Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

Mój Boże, jakaś gazeta napisała, że minister Fotyga zmieniła kurs i w MSZ znów wraca do łask „korporacja Geremka”. Rzucili się ludzie w MSZ popatrzeć, kto tę korporację tworzy. I przeczytali, że Tomasz Orłowski, który wciąż walczy o Paryż, Krzysztof Dębnicki, który ma jechać do Pakistanu, Sławomir Czarlewski, który jest już ambasadorem w Belgii, i Anna Grupińska, która jedzie do Kenii. Z ręką na sercu, z tej grupy tylko Grupińską zaliczyć można do tej „korporacji”, ona przez długie lata była sekretarzem sejmowej Komisji Spraw Zagranicznych, gdy szefował jej Geremek, potem przyszła do MSZ, pracowała m.in. w departamencie ds. ONZ. No i jest spokrewniona ze Stanisławem Komorowskim.
A reszta?
Sławomir Czarlewski to emigrant z Paryża, który zawsze podłączał się pod aktualnie rządzących. Był więc solidarnościowcem (dostał za to konsulat w Lyonie), a w ostatnich latach był kolegą ze studiów w Gdańsku Jolanty Kwaśniewskiej. Obnosił się z tą znajomością, chyba skutecznie, bo o mały włos zostałby ambasadorem w Maroku. Wszystko już było załatwione, MSZ stało na uszach, żeby rzecz dopiąć, ale Czarlewski się rozmyślił i z wyjazdu do Rabatu zrezygnował. Miał nosa, bo teraz znów przypomniał sobie o solidarnościowych „korzeniach” i został ambasadorem w Brukseli. To się nazywa sprzedać nic za taką cenę!
A Dębnicki? Wcześniej był ambasadorem w Mongolii, mało kto go w MSZ pamięta. Inna z kolei jest sytuacja Orłowskiego – bo ludzie w MSZ pamiętają go jako osobę, która zawsze obnosiła się z prawicowymi poglądami. Daleko na prawo od Geremka. Ale trafił mu się brat bliźniak, Witold Orłowski, który pracował w kancelarii prezydenta Kwaśniewskiego. To go zdyskwalifikowało. Więc teraz cierpliwie, wdzięcząc się do Fotygi, odbudowuje swoją pozycję. No i coś już odbudował…
Więc tak sobie ludzie szepczą, że widocznie i Fotyga, i jej wiceministrowie nie za bardzo wiedzą, kto w MSZ jest od Geremka, a kto nie.
Może to i dobrze.
Choć faktem jest, że zaczęto wreszcie wysyłać ludzi na placówki. Jedzie więc Katarzyna Skórzyńska (pisaliśmy już o tym) do Portugalii. Ten wyjazd to jest śmiech na sali – bo Portugalia obecnie przewodniczy Unii, więc ambasadora powinniśmy mieć tam co najmniej od paru miesięcy. Ale Skórzyńskiej Kaczyńscy nie chcieli wysłać (bo znajoma Bartoszewskiego), więc wszystko się przeciągało. I nagle, w parę godzin, w trybie pilnym, jej kandydatura stanęła na Komisji Spraw Zagranicznych. Ni stąd, ni zowąd. Zrobiono to tak szybko, że Skórzyńska stając przed posłami, nie miała jeszcze załatwionego portugalskiego agrément.
I teraz pewnie pojedzie do Lizbony. Nie szybciej niż we wrześniu. Pojedzie, złoży listy uwierzytelniające, rozejrzy się i rok minie. I Portugalia odda przewodnictwo Słowenii. Więc, w gruncie rzeczy, teraz jej wyjazd to musztarda po obiedzie. Zamiast do ciężkiej roboty pani Skórzyńska pojedzie sobie na miłą placówkę, niewymagającą zbyt wiele wysiłku. Oceniając jej dotychczasowe dokonania i zapał do pracy, trafiła jak ulał.
Nasze gratulacje.

Wydanie: 31/2007

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy