Dorsz a sprawa polska

Dorsz a sprawa polska

10 lutego politycy będą świętować 100-lecie zaślubin Polski z morzem. Nasi rybacy nie mają czego świętować

Henryk Indyk, rybak z Helu z prawie 40-letnim stażem, pokazuje specjalne zezwolenie połowowe. W tym roku na dorsza nie popłynie, bo zakaz jego połowu wprowadzony w lipcu 2019 r. Komisja Europejska przedłużyła do końca tego roku, wskazując, że odbudowa stada wschodniego może potrwać nawet do 2024 r. Łososia rybak może złowić 270 sztuk, na połowy śledzia i szprota, których nie prowadził nigdy, zezwolenia nie dostał, nie ma tzw. bazy historycznej.

– Dorsza będę mógł wyłowić jako tzw. przyłów, przy okazji połowów innej ryby, np. flądry, trochę powyżej tony, ale to jest nic! Za 270 sztuk łososia otrzymam 40-50 tys., nawet na ZUS nie wystarczy, a gdzie wypłaty, remonty, paliwo? Załoga mojego kutra liczy pięć osób: trzech współwłaścicieli i dwóch załogantów. Żeby eksploatacja 17-metrowej jednostki się zwróciła, limit powinien wynosić 80 ton dorsza. Takich kwot nie było nigdy. Nie mówię, że zakaz połowów nie jest zasadny, dorsza rzeczywiście w Bałtyku nie ma. Wielu innych rybaków jest w podobnej sytuacji. Przychodzimy na kuter rano, pokręcimy się, pogadamy i wracamy do domu.

Wśród rybaków narastają marazm i zniechęcenie. – W tej chwili nie mogę nawet kutra zezłomować, bo żeby dostać rekompensatę, muszę przez ostatnie dwa lata mieć 180 dni połowowych, a tyle nie uzbieram – mówi Henryk Indyk. – Zresztą żal mi go kasować, jest dobrze wyposażony, niedawno kupiłem radar, kompas satelitarny, autopilota. Sprzedać też nie mogę, bo nikt nie kupi jednostki z tak małym limitem. Rozpuścić załogę żal, to doświadczeni ludzie – wyjaśnia. – Pod koniec lutego wybiorę się na łososia, wystarczy jeden rejs i to wszystko. Urodziłem się w Helu, średnią szkołę rybacką skończyłem w Darłowie. W 1977 r. ojciec kupił łódź wiosłową, w 1980 r. – łódź motorową, a w 1984 r. – kuter zarejestrowany jako „Hel 23”, na którym do dzisiaj łowię. Dorabialiśmy się pomału, kocham to, co robię.

Henryk Indyk zaznacza, że byłby hipokrytą, gdyby powiedział, że Unia nic mu nie dała. – Dostałem dofinansowanie na tzw. dywersyfikację zawodową. Z tych środków i kredytu postawiłem hotelik na sześć pokoi, dopiero go wykańczam. Korzystałem też z dofinansowania na zakup sprzętu nawigacyjnego. Ale mam żal do unijnych decydentów, że traktowano nas nierówno, że nie zastopowano połowów paszowych na Bałtyku, że nie dbano o nasze morze, jak należy.

Kto niszczy Bałtyk

Od wejścia Polski do UE rybacy protestowali niemal co roku. W grudniu 2004 r., gdy pisałam tekst „Polski rybaku, broń się sam”, domagali się powołania komisji sejmowej do zbadania działań Departamentu Rybołówstwa, należącego wówczas do Ministerstwa Rolnictwa. Aby wstrząsnąć elitami, grupa rybaków z Ogólnopolskiego Komitetu Protestacyjnego z Grzegorzem Hałubkiem z Ustki na czele, dziś doradcą ministra gospodarki morskiej i żeglugi śródlądowej Marka Gróbarczyka, zagroziła zarejestrowaniem swoich jednostek pod banderą szwedzką. Ostatecznie do tego nie doszło. Już wtedy jednym z powodów niezadowolenia były niskie limity połowowe na dorsza i nierówne traktowanie rybaków – szwedzcy mieli większe kwoty połowowe niż polscy. Obawy rodził też Sektorowy Program Operacyjny na lata 2004-2006, który miał dostosować nasze rybołówstwo do malejących zasobów. Zakładał zezłomowanie 40% naszej floty rybackiej, kasację wymuszały małe limity, 24-27 ton dorsza rocznie na kuter.

– W 1982 r. 1,4 tys. łodzi i kutrów łowiło 120 tys. ton dorsza. Dzisiaj ta sama ich liczba może wyłowić tylko 16 tys. ton, jak przewiduje unijny limit – mówił mi w 2004 r. Marek Gzel, rybak z Kołobrzegu.

Michał Kohnke, który zezłomował kuter w 2006 r., do dziś przeżywa ten fakt: – To moja osobista tragedia. Rybę w Bałtyku łowili moi pradziadowie, dziadowie, ojciec. Zdecydowałem się na ten krok, bo nie chciałem być dłużej zakładnikiem biurokratycznych absurdów. Za rekompensatę za skasowany kuter otworzyłem inną działalność, odszkodowania za sprzęt rybacki wart ok. 1 mln zł nie dostałem, jego część rozdałem.

W „Wiadomościach Rybackich” z września 2008 r. czytamy, że na pytanie, czy redukcja floty pozwoliła na dostosowanie się do istniejących zasobów, aż 78% rybaków odpowiedziało „nie”. Uwag było wiele. „Skandalem można nazwać promowanie kasacji prawie nowych jednostek. Jest to po prostu przestępstwo czynione przez biurokratów z UE i ubezpieczane przez polski rząd”, skarżyli się rybacy. Podkreślali, że kryteria selekcji jednostek przeznaczonych do skasowania były złe, o wiele trudniej było skompletować dokumenty potrzebne do wycofania starej jednostki niż nowej.

Po złomowaniu protesty i przepychanki trwały nadal. W 2007 r. za rzekome przełowienia polscy rybacy zostali objęci półrocznym zakazem połowu dorsza. W latach 2009-2011 wprowadzono tzw. trójpolówkę, jedna trzecia floty mogła łowić dorsza, dwie trzecie otrzymywało rekompensaty, a decydowało losowanie. W latach 2012 i 2013 odbyły się kolejne protesty przeciw polityce połowowej UE. We wrześniu 2017 r. rybacy zwrócili się do Ministerstwa Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej o uznanie Bałtyku za obszar katastrofy ekologicznej. Resort wysłał polskie stanowisko do unijnego komisarza, domagając się okresu ochronnego w czasie rozrodu dorsza na całym Bałtyku oraz ograniczenia połowów paszowych. „Populacji dorsza zagrażają prowadzone na gigantyczną skalę połowy przemysłowe (tzw. paszowe), które niszczą ekosystem Bałtyku”, napisano. Przypomniano też, że „polscy rybacy nie używają narzędzi ciągnionych w strefie 6 mil morskich, zaakceptowali zakaz połowu szprota od 11 czerwca do 10 października w celu zachowania bazy pokarmowej dorsza. Dodatkowo, by zapewnić pokarm dla dorsza, wprowadzono kwotę połowową na tobiasza i dobijaka”. O bardziej zdecydowane działania w zakresie ochrony Bałtyku apelował minister Gróbarczyk w lipcu zeszłego roku. Podkreślał, że rozporządzenie KE o zakazie połowów dorsza tylko na wschodnim Bałtyku jest niewystarczające: „Stoimy na stanowisku radykalnych zakazów i całkowitego ograniczenia połowów na Bałtyku dla wszystkich gatunków, nie tylko dorsza”.

Michał Kania, rzecznik MGMiŻŚ, mówi, że dotąd nie było żadnej oficjalnej odpowiedzi na polskie monity. Odbyły się jedynie spotkania z unijnym komisarzem ds. środowiska, gospodarki morskiej i rybołówstwa Karmenu Vellą, które wiele nie wniosły. Poza tym unijny zakaz połowu dorsza na wschodnim Bałtyku to działanie PR-owe, żeby pokazać, że cokolwiek się robi. – Uderza on w małych i średnich rybaków, podczas gdy lobby paszowe powiązane z politykami krajów takich jak Dania czy Szwecja ma się dobrze.

Nasi dziadowie brali z morza łyżeczką

Przed wejściem do Unii mieliśmy 1426 jednostek rybackich. Po złomowaniu zostało 871:217 kutrów oraz 654 łodzie motorowe i wiosłowe. Średni wiek kutrów na koniec roku 2007 wynosił niemal 39 lat, a łodzi niemal 23 lata. Najliczniejsza grupa kutrów to jednostki mające 15-17,9 m długości.

– Konwencja gdańska z 1972 r. zabraniała wchodzenia na Bałtyk jednostkom większym niż 30 m – przypomina Michał Kohnke. – Mój dziadek, gdy pod koniec lat 60. zobaczył 24-metrowy kuter, był przerażony. Powtarzał, że to będzie klęska dla tego morza. Pierwszy raz takie potężne jednostki zobaczyłem w 2004 r. 64 kutry wpłynęły na nasz teren jednego dnia. Łowiły w tukę, dwa kutry ciągnęły sieć. A wszystko dyktował popyt na mączkę rybną używaną do produkcji pasz, bo po wybuchu choroby szalonych krów (BSE) od 1999 r. wprowadzono w Europie zakaz stosowania w paszach dla bydła mączki mięsno-kostnej.

– Wchodziliśmy do Unii z obawami, że przegramy z większymi, jednak nie przypuszczaliśmy, że stanie się to tak szybko – dodaje Henryk Indyk. – Do 12 mil od brzegu są wody terytorialne, dalej są nasze wody ekonomiczne, gdzie zawsze były najlepsze łowiska, to na nich pojawiły się paszowce. Do 2004 r. nie wolno było łowić tam obcym kutrom.

Rybak wchodzi na stronę internetową MarineTraffic, która pozwala na śledzenie ruchu statków. 23 stycznia 2020 r. sprawdzamy objęty zakazem połowu dorsza wschodni Bałtyk, szukając wielkich jednostek do połowów przemysłowych.

– Zaraz pokażę pani „Szweda” – zapowiada. Gdy najeżdża kursorem na niebieską strzałkę, wyświetlają się wszystkie dane jednostki „Clipperton”: długość 63 m, GT (tonaż) 1400. – To wyporność 30 naszych kutrów – ciągnie rybak. – 7,5 m zanurzenia, do Helu nie wejdzie, jest za duży. Statek został zbudowany w 2017 r. w Polsce dla armatora szwedzkiego. Dalej mamy „Westfjord”, 42 m długości, i „Stellę Novą”, 1023 GT, też zbudowaną w Polsce, oraz „Polar” – 62 m, 1211 GT.

Michał Kohnke podkreśla, że po przejściu takiej jednostki pozostaje w morzu pustynia. – Nasi ojcowie brali z morza łyżeczką, a nie chochlą. Były siatki na każdy rodzaj ryby, chroniono tarliska. Gdy przychodził okres połowowy, tzw. zimówka, łowiono. A nie że ryba jest mordowana non stop.

– To jest proteza, a nie rozporządzenie – komentował w lipcu zeszłego roku unijny zakaz połowu dorsza w stadzie wschodnim Grzegorz Hałubek. – Jeżeli nie zamkniemy połowu innych ryb, to prawdopodobnie młode dorsze będą rywalizować o pokarm, którego nie ma, bo przecież to pożywienie wciąż jest odławiane.

– Wprowadzono zakaz połowów dorsza, a można łowić śledzia i szprota. Jaki to ma sens, jeśli pokarm dorsza łowi się dalej? – pytał Jan Omylak z Port Fish w Darłowie.

W 2019 r. połowów paszowych na swoich wodach zabroniła Dania.

Dorsz a populacja fok

Na jeszcze inne czynniki zaniku dorsza zwraca uwagę prof. Iwona Psuty z Morskiego Instytutu Rybackiego w wywiadzie dla Money.pl z czerwca 2018 r. Mało jest np. kluczowych dla tej ryby wlewów natlenionych wód z Morza Północnego, poza tym dorsze są niszczone przez pasożyty – jeżeli nie mają pod dostatkiem łatwo dostępnego pożywienia, ich wątrobę atakują nicienie, które są ubocznym skutkiem rosnącej populacji fok. Pani profesor podkreśla, że wbrew obiegowej opinii foka nie jest gatunkiem zagrożonym, bo szacunkowa populacja fok na Bałtyku wynosi ok. 50 tys. osobników, oficjalne dane Komisji Ochrony Środowiska Morskiego Bałtyku to ok. 30 tys., a bezpieczny poziom tej populacji według HELCOM to 10 tys. osobników.

Znalezienie w 2018 r. na polskim wybrzeżu martwych fok oburzyło opinię publiczną i środowiska ekologiczne. Na rybaków posypały się gromy, wyznaczono nawet 30 tys. zł nagrody za wskazanie osób, które zabijają zwierzęta. Tymczasem prof. Iwona Psuty twierdzi, że tradycyjne rybołówstwo łodziowe przegrywa z fokami: „Wystarczy kilkanaście osobników wyspecjalizowanych w wybieraniu ryb z sieci lub polujących u ujścia rzek, by wyeliminować ekonomiczny sens połowów lub poważnie zmniejszyć efektywność zarybień łososiowatymi”.

Henryk Indyk pokazuje spis szkód wyrządzonych przez foki w ostatnich latach. – Tylko w 2013 r. poniosłem straty na ok. 60 tys. zł. Trzeba doprowadzić do wyrównania populacji, foka potrafi zjeść rocznie 2,5 tony ryby, w tym dorsza. Michał Kohnke zaś dodaje, że największa kolonia focza, ponad 200 sztuk, usadowiła się w korytarzu biologicznym u ujścia Wisły, gdzie na tarło przychodzą łososie, trocie, pstrągi, w związku z tym nie ma naturalnego tarła, nie mówiąc już o roznoszeniu przez foki pasożytów.

Prezes tczewskiej spółdzielni rybackiej, która trudni się zarybianiem akwenów, także Bałtyku, mówił w 2018 r. na portalu Tcz.pl, że foki zniszczyły jego firmę: „Wprowadziły się na łachę przy ujściu Wisły i pożarły wszystko, co tam przepływało. W ubiegłym roku złowiłem tylko jednego łososia, i to pochlastanego foczymi pazurami”. Pod artykułem hejt na rybaków, że „dorsz w Bałtyku został wybity przez nich, a nie przez foki”, że są pazerni, że przełowili i powinni podzielić los zabitych fok.

– U naszych północnych sąsiadów jest inne podejście, dyskusja, ważenie racji. W Szwecji i Finlandii są odstrzały fok. Od lokalnej grupy rybackiej z tego kraju dostałem książkę kucharską o przyrządzaniu mięsa z fok, a u nas jest tylko krzyk – kontruje Henryk Indyk.

Gorzka rocznica

10 lutego mija 100 lat od zaślubin Polski z morzem. Przygotowywane są duże uroczystości w Pucku. W mediach pełno historycznych treści. Sejm i Senat ustanowiły rok 2020 Rokiem Zaślubin Polski z Morzem. Rybacy nie mają czego świętować.

– Polska odwróciła się od morza – mówi Michał Kohnke. – Pozwolono dokonać zbrodni na naszym morzu, popełniono zbyt dużo błędów przyklepanych administracyjnie, nie słuchano tych, co morze mają we krwi. Ale jak mogło być inaczej, skoro w okresie przełomu, przed przystąpieniem do Unii, dyrektorem departamentu rybołówstwa został dyrektor mieszalni pasz? Największą cenę zapłaciło za to rybołówstwo przybrzeżne, nieinwazyjne, na małych łodziach, będące wartością kulturową. Za 10-15 lat, gdy być może zasoby się odnowią, będziemy patrzeć, jak obcy łowią ryby na naszych wodach.

– O ochronę niemieckich rybaków przybrzeżnych na zachodnim Bałtyku walczy polityk federalny Ingo Gädechens, tam nie dąży się do likwidacji wszystkiego, ale stara się zachować infrastrukturę i życie w małych portach – uzupełnia Henryk Indyk.

Po wprowadzeniu zakazu połowów dorsza w trudnej sytuacji znaleźli się nie tylko rybacy, ale i przetwórcy ryb oraz właściciele 150 jednostek wędkarskich, których od stycznia też objął ten zakaz. – Do 7 lutego mamy dostać informację z ministerstwa na temat wielkości pomocy – mówił w styczniu Andrzej Antosik, prezes Bałtyckiego Stowarzyszenia Wędkarstwa Morskiego z Darłowa. Ministerstwo zwróciło się do KE o rozszerzenie programu operacyjnego, gdyż jednostki wędkarskie nie są objęte Funduszem Rybackim. Minister Marek Gróbarczyk ostrzegał w grudniu, że pozyskanie unijnej pomocy dla wędkarzy morskich będzie „niezwykle trudne”.

Według danych unijnych (Europejskie Rybołówstwo w liczbach w 2017 roku) Polska ma 839 statków, Dania 2222, Szwecja 1266, Niemcy 1382, a Finlandia aż 3197, lecz o małym tonażu.

Pod koniec grudnia Komisja Europejska zaproponowała pomoc dla rybaków objętych zakazem. Ma to być rekompensata za trwałe zaprzestanie działalności połowowej. – Nie chcemy złomować kutrów, bo potem nie będziemy mogli wrócić do łowienia. Ostatnia kasacja była w 2017 r., następne złomowanie prognozowano na rok 2025. Zainwestowaliśmy w swoje kutry i nie wiemy, na jakich zasadach to złomowanie ma się odbyć. Nie będziemy niszczyć dziedzictwa, na które pracowały całe pokolenia. Co zrobiła Unia, by ograniczyć np. połowy paszowe? – pyta Henryk Indyk. W sobotę, 25 stycznia, na redy wszystkich portów wypłynęły oflagowane kutry. Henryk Indyk protestował w Helu.

– Propozycja KE dalej jest w mocy, ale cały czas prowadzimy rozmowy na temat działań osłonowych za przestój dla rybaków objętych zakazem połowu dorsza. W ciągu kilku tygodni powinny zapaść ostateczne ustalenia. Nie pozostawimy też bez pomocy wędkarzy morskich, w planach jest finansowa rekompensata ze środków krajowych – uspokaja Michał Kania z ministerstwa.

Fot. archiwum prywatne

Wydanie: 6/2020

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy