Biblioteki spisane na straty

Biblioteki spisane na straty

Szkolna biblioteka staje się fikcją, bo jak inaczej określić miejsce czynne przez godzinę w tygodniu?

Zapiski bibliotekarki

Od 18 lat pracuję w bibliotece szkolnej i od 18 lat słyszę o kryzysie czytelnictwa w Polsce. Politycy kiwają głowami: „Tak, czytanie to ważna sprawa, trzeba przeciwdziałać kryzysowi”. Kiwają głowami, choć tak naprawdę nic ich to nie obchodzi, sami nie czytają i nie rozumieją, o co tyle szumu.

Głośno tego nie mówią, bo na szczytach władzy ciągle jeszcze wypada udawać, że się czyta. Na szczeblach samorządowych jest już inaczej – nieczytanie nie jest żadnym powodem do wstydu. Kiedy w swoim samorządzie upominam się o pomoc dla bibliotek szkolnych, słyszę: „Moi wyborcy czekają na drogi”, „Ja nigdy nie chodziłem do biblioteki szkolnej, a wyszedłem na ludzi”, „Pani tu o jakichś bibliotekach, a są ważniejsze sprawy”.

Ważniejsze sprawy niż biblioteki szkolne mają dyrektorzy szkół, samorządy, kuratoria, Ministerstwo Edukacji Narodowej, posłowie i senatorowie. Dlatego rzeczywistość polskich bibliotek szkolnych to przestarzałe księgozbiory, rozpadające się meble, dogorywające komputery i zerowe budżety na zakupy nowości.

Oszczędza się na remontach i wyposażeniu bibliotek, oszczędza się także na etatach bibliotekarzy. Z powodu tego oszczędzania biblioteka w szkole staje się fikcją, bo jak inaczej można określić sytuację, że jest czynna jedną godzinę w tygodniu? Sposób myślenia samorządowców jest zawsze taki sam: „Za mała subwencja oświatowa? Oświata drenuje miejski budżet? Poszukajmy oszczędności. Nie możemy zabrać dzieciom matematyki czy polskiego, ale po co im biblioteka? Ile osób tam pracuje? Dwie na 1,5 tys. uczniów? Wystarczy jedna. Jedna na 300 uczniów? Wystarczy jej jedna trzecia etatu, jedna czwarta, jedna szósta…”.

Biblioteka tętni życiem

Skąd się bierze takie lekceważące traktowanie bibliotek przez tych, którzy decydują o ich losach? Może to uraz z dzieciństwa? Od wielu dorosłych słyszę, że swoje szkolne biblioteki wspominają jako miejsca, w których nic się nie dzieje, a bibliotekarki z nudów piją kawę.
Takie biblioteki zdarzają się i dzisiaj, bo nierzadko trafiają do nich osoby zupełnie swoją pracą niezainteresowane. Nauczycielowi jakiegoś przedmiotu brakuje kilku godzin do etatu, więc uzupełnia sobie ten etat w bibliotece i ani mu w głowie rozwijanie czytelnictwa. Albo starsi nauczyciele, wypaleni zawodowo, ze zdartymi gardłami, przeczekują w bibliotece lata dzielące ich od emerytury i nie życzą sobie, aby uczniowie im w tym czekaniu przeszkadzali.

Ta sytuacja uderza w bibliotekarzy szkolnych pracujących z pasją, uderza też we mnie. Pracuję w bibliotece szkolnej w Augustowie. W mojej bibliotece wiele się dzieje, nie mam ani chwili na nudę i plotkowanie, a im więcej dzieci do mnie przychodzi, tym bardziej jestem zadowolona.
Klasy I-III co tydzień spędzają u mnie jedną lekcję. Czytam im najlepszą współczesną literaturę dziecięcą, a jej fragmenty dobieram tak, żeby stały się pretekstem do dyskusji o ważnych dziecięcych sprawach. Organizuję imprezy czytelnicze: Międzynarodowy Miesiąc Bibliotek Szkolnych, Dzień Pluszowego Misia, Światowy Dzień Książki, Ogólnopolski Tydzień Czytania Dzieciom. W bibliotece odbywają się wtedy konkursy i zajęcia czytelnicze dla wszystkich klas – od najmłodszych z podstawówki po najstarsze z gimnazjum. Czytamy np. fragmenty książek o miłości i tworzymy w grupach poradniki dla zakochanych nastolatków albo na podstawie fragmentów książek przygodowych kręcimy scenki w konwencji kina niemego. Z młodszymi uczniami czytamy książki o misiach, smokach, krasnoludkach, a potem dzieci rywalizują w konkurencjach związanych z tymi bajkowymi postaciami.

Te imprezy i zajęcia przynoszą efekt – dzieci przychodzą do biblioteki i wypożyczają książki. Dobrze, że mają co wypożyczać, bo w innych bibliotekach szkolnych nie jest to takie oczywiste. W wielu na półkach stoją rozpadające się książki z lat 80. i niewiele więcej. U mnie też tak było jeszcze 10 lat temu, ale po bezskutecznym zwracaniu się do dyrektora po pieniądze na nowości wzięłam sprawy w swoje ręce. Prośby o pomoc w odnowieniu księgozbioru kierowałam do wydawnictw, do lokalnych przedsiębiorców, do nauczycieli i rodziców uczniów. Udało się – tą drogą zdobyłam wiele książek. Największymi darczyńcami jesteśmy ja i mój mąż – przez lata kupiliśmy do biblioteki ponad 700 książek i kupujemy nadal.

Kupujemy poza tym wiele innych rzeczy – pomoce dydaktyczne, nagrody w konkursach, dekoracje do biblioteki, gry planszowe, audiobooki i odtwarzacze do audiobooków, żeby dzieci w bibliotece dobrze się czuły i miały czym zająć w czasie przerw. Znajomi pukają się w głowę i nie rozumieją, dlaczego płacimy za to my, a nie dyrektor szkoły. Kiedy ja o to pytałam dyrektora, słyszałam: „Jak ci się nie podoba, nie musisz tu pracować”, „Przesadzasz”, „Za dużo byś chciała”.

Obiecanki cacanki

Pomyślałam, że skoro rozmowy z dyrektorem nic nie dają, a moje koleżanki z sąsiednich bibliotek mają podobne doświadczenia, trzeba połączyć siły i zawalczyć o przyszłość naszych bibliotek. Zaczęło się od debaty na temat oświaty miejskiej przed wyborami samorządowymi w 2014 r., w której uczestniczyło sześciu kandydatów na burmistrza Augustowa. Odczytałam im list otwarty, w którym przedstawiłam problemy szkolnych bibliotek w mieście, i zaapelowałam o pomoc do przyszłego burmistrza. Wszyscy kandydaci publicznie zaoferowali swoje wsparcie i zapewnili, że bibliotekom pomogą.

Mojego wystąpienia słuchał też ówczesny kierownik miejskiego wydziału edukacji i poczuł się nim osobiście dotknięty. „Pani postanowiła zostać gwiazdą!”, wykrzykiwał, wygrażając mi pięścią na zebraniu rady pedagogicznej w mojej szkole. Krzyczał, straszył, groził, ale gróźb nie zdążył spełnić, bo po wyborach samorządowych przestał być kierownikiem.

Zmienił się burmistrz, zmienił się kierownik edukacji, a ja naiwnie wierzyłam, że nastały lepsze czasy dla szkolnych bibliotek. Naiwnie, bo już kilka miesięcy po wyborach okazało się, że nastały czasy gorsze. Nowe władze postawiły na oszczędzanie na oświacie i poobcinały etaty bibliotekarzy, mocno ograniczając czas pracy bibliotek – cztery z sześciu bibliotek miały pracować tylko trzy godziny dziennie zamiast dotychczasowych sześciu. Wystąpiłam na sesji rady miejskiej, tłumacząc radnym, dlaczego dzieci powinny mieć dostęp do bibliotek szkolnych w godzinach pracy szkół, a nie tylko trzy godziny dziennie. W odpowiedzi kierownik skontrolował wszystkie biblioteki, spisując z dzienników liczbę wypożyczeń i uczniów biorących udział w zajęciach czytelniczych. Spędził cały dzień w jednej z bibliotek, licząc wchodzących do niej uczniów. Wpadł też do mojej i pytał, kogo reprezentuję, występując przed radnymi.

Po roku sytuacja się powtórzyła. Kierownik edukacji ustalił nowe wskaźniki zatrudnienia bibliotekarzy powodujące skracanie czasu pracy kolejnych bibliotek. Znowu apelowałam na sesji rady miejskiej o zmianę tej decyzji, opisywałam działania władz wobec bibliotek szkolnych na łamach lokalnych mediów. Spotkałam się z ogromną życzliwością i wsparciem mieszkańców Augustowa.

Dalej od Europy

W końcu władze postanowiły położyć kres mojej bezczelności. Burmistrz wezwał na spotkanie w urzędzie wszystkich bibliotekarzy i dyrektorów szkół. „Ostatni raz z wami rozmawiam, nie jesteście dla mnie żadnymi partnerami do dyskusji”, oznajmił, patrząc na bibliotekarzy. Zdaniem burmistrza to niedopuszczalne, żeby całe miasto żyło czymś tak nieistotnym jak biblioteki szkolne. Pan kierownik zaś dodał, że nie podoba mu się moja roszczeniowa postawa wobec urzędu. Doradził, żebym znalazła sponsorów i za ich pieniądze wyremontowała augustowskie biblioteki.

Teraz już mam pewność – samorządy nie pomogą szkolnym bibliotekom. Uratować nas może tylko ustawa, która jasno określi, ile godzin powinna być czynna biblioteka, jak powinna być wyposażona, aby sprostać wymaganiom XXI w., i kto może w niej pracować.
Jeśli taka ustawa się nie pojawi, bibliotek w szkołach nie będzie. A nie ma na nią co liczyć, dopóki w Polsce pokutować będzie myślenie, że czytanie to rozrywka dla elit intelektualnych, czynność archaiczna i nieprzydatna „normalnym” ludziom. Do naszych decydentów na pewno nie przemówią argumenty, że czytanie rozwija empatię, rozbudza wyobraźnię, rozwija słownictwo, uczy wyrażać myśli, poszerza wiedzę o świecie, przynosi dobre wzorce zachowań. Może więc przemówi do nich fakt, że kraje wysoko rozwinięte traktują inwestowanie w biblioteki jako inwestycję w gospodarkę, bo wiedzą, że społeczeństwo czytające to społeczeństwo mądrzejsze, kreatywne, innowacyjne. Bez dobrych bibliotek, bez dobrej promocji czytelnictwa na zawsze zostaniemy krajem dostarczającym taniej siły roboczej stawiającej na biblioteki i czytanie Europie Zachodniej.

Wydanie: 46/2016

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy