Nie hamowane emocje

Nie hamowane emocje

Autorzy apelu skromnie zaadresowanego: „Do Rządu Rosyjskiego. Do elity umysłowej Rosji, do wszystkich Rosjan. Do oświatowej opinii pu­blicznej” ostrzegają rząd moskiewski, że „gotując apokalipsę Czeczenom; pozbawia swój kraj sympatii, którą zyskała Rosja, wszedłszy na drogi de­mokracji”. Dużo tu powiedziano nieprawdy. Rosja nigdy nie cieszyła się na świecie taką sympatią i podziwem, jak w okresie, gdy panował tam ko­munizm, Za kierowniczą siłę obozu antyfaszystowskiego była Uznawana podczas masowego terroru, „czystek” i głodu. Stalin na swoje 70. urodzi­ny otrzymał 20 wagonów podarunków od samych tylko dzieci francu­skich. Niektóre z tych szczodrych dzieci zaczęły pisać swoje czarne księ­gi komunizmu wówczas, gdy Rosja weszła na drogi demokracji. W Polsce sondaże opinii publicznej wykazały, że odsetek respondentów wrogo na­stawionych do Rosji zwiększył się po upadku Związku Radzieckiego. Sympatie i antypatie do rzeczy dalekich nie mają wiele wspólnego ani z demokracją, ani z brakiem demokracji, ani z rzeczywistością. Rosja nie w tym celu się demokratyzowała, aby zyskać sympatie Polaków i nie zy­skała jej. Niezależnie od tego, co zrobi w Czeczenii, czy gdzie indziej, nie będzie miała wiele do stracenia w polskiej opinii publicznej. Oceniamy fakty, jak chcemy, nikt nam wolności, opiniowania o wszystkim według naszej woli nie odbierze. Nikt nam też nie zabroni nazywania tego, co Ro­sjanie robią w Czeczenii, apokalipsą.

Pociski wystrzeliwane w złej sprawie (w Czeczenii) działają tak samo, jak wystrzeliwane w dobrej sprawie (w Serbii), to znaczy zbaczają z toru, trafiają w pomyłkowo wyznaczone obiekty, a jeśli osiągają właściwe cele, to tym dokładniej zabijają ludzi i powodują inne „szkody uboczne”. A więc tylko istoty bez serca mogą obojętnie przyjmować wiadomość, że gdzieś toczy się wojna. Przypominam sobie, że już sam pokojowy prze­marsz wojska radzieckiego przez wsie i miasteczka pozostawiał za sobą płacz i zgrzytanie zębów. W porównaniu z tym, wojna w Czeczenii jest niewątpliwie apokalipsą. Ale to nie jest właściwe porównanie. Trzeba pa­miętać, jak przebiegają konflikty w republikach poradzieckich, w Tadży­kistanie na przykład, i jak wyglądał pokój w samej Czeczenii. To nie Ro­sjanie „gotują apokalipsę Czeczenom”. Zgotowali ją tej krainie czeczeń­scy heroiczni niepodległościowcy, którym Jelcyn dał w swoim czasie wol­ną rękę i pozwolił wyposażyć ich w najnowocześniejszą broń z magazy­nów armii rosyjskiej.

Co się rzuca w oczy obecnie, to usiłowania Rosjan utrzymania tej woj­ny w mniej więcej cywilizowanych formach i granicach. Bestialstwo jako metodę widzimy po stronie Czeczenów, a nie Rosjan. Rosyjscy generało­wie próbują naśladować pewne elementy strategii NATO z Kosowa i przy­najmniej tyle osiągają, że rekruci nie są posyłani na pewną śmierć, jak , w poprzedniej wojnie. Ideał humanitarny podczas wojny może być na ra­zie osiągalny tylko w tej postaci, iż oszczędza się swoje wojsko, swoich ludzi. Co Amerykanom udało się w stopniu doskonałym w Serbii, dla Ro­sjan pozostaje niedościgłym ideałem, ale już to, że wzór amerykański ich pociąga, oznacza pewien postęp.

Zastanawiam się, jaka jest funkcja bombastycznego apelu „do świato­wej opinii publicznej” (świat może wybierać wśród setek tysięcy nie mniej wiarygodnych mentorów) oraz „do wszystkich Rosjan”. Którym poza tym programowo i może w niejednym przypadku słusznie się nie ufa. Tłumaczę to sobie tak: w Polsce panuje „zoologiczna” antyrosyjskość, ciągle, nawiasem mówiąc, na prawicy utożsamiana z antykomunizmem. Do jednych ta antyrosyjskość przylega tym lepiej, im bardziej jest zoologiczna, inni jednak wiedzą, że uleganie jej jest upokarzające, I szukają jakiegoś języka, który by uwznioślił ich emocje. Jedni przy byle oka­zji wybijają szyby w konsulatach, drudzy piszą apele do całej ludzkości. Nie lekceważę tego, co te postawy różni, ale wydaje mi się jednak, żęto, co je łączy, jest ważniejsze. Nie jestem rusofilem, przeciwnie, widzę, jak zostałem uzależniony od tradycji antyrosyjskiej, ale nudzi mnie cała pro­blematyka rosyjska w polskim ujęciu. Raz wydaje się, że mamy obiek­tywnych analityków polityki rosyjskiej, ale wystarczy, że Rosjanie urzą­dzą jakąś marudną strzelaninę gdzieś na azjatyckich czy kaukaskich ru­bieżach, a już po obiektywnych analizach śladu nie ma, wszyscy łączą się w oburzeniu, które uważają za święte i godne wystawienia na pokaz „światowej opinii publicznej”. Gzy to takie trudne, w obliczu wielce nie­bezpiecznego sąsiada, zachować oziębłość emocjonalną i jednocześnie dyskretnie działać na rzecz powiększenia własnej siły? Dla Polaków to jest bardzo trudne.

Premier Buzek oświadczył, że polska młodzież powinna organizować regularne wyjazdy do Katynia, biorąc sobie wzór z „marszu żywych” w Oświęcimiu. Zostały też zapowiedziane obchody 60. rocznicy zbrodni katyńskiej. Ta rytualizacja wrogości do Rosji należy do następstw zdemo­kratyzowania i zliberalizowania się tego kraju. Jeżeli w wyniku serii wo­jen podobnych do czeczeńskiej albo i nie (na które nie mamy i nie będzie­my mieli żadnego wpływu), w Rosji ustali Się jakiś autorytarny reżim, am­basador moskiewski w Warszawie tupnie nogą ( pielgrzymki do Katynia I się skończą. Jeżeli tupnięcia nie wystarczy, ambasadorowie niemiecki | i francuski dołączą słowa perswazji.

Jerzy Giedroyc jest szanowany, czczony, odznaczany i słusznie uznawa­ny za wielki autorytet polityczny, zwłaszcza gdy chodzi o politykę wscho­dnią. I oto co premier Buzek zrozumiał z jego nauk: trzeba edukować polską młodzież w nienawiści do Rosji tam, na miejscu, w Katyniu. Niezależ­nie od tego, czego dowie Się ona o Rosji, czy wychowana tak martyrologicznie nie stanie się najsmutniejszą młodzieżą w Europie?

 

Wydanie: 1/1999

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy