Biesłan – tragedia terroru

Biesłan – tragedia terroru

Po tragedii w Osetii kaukaska wojna stała się fragmentem światowej walki z fanatycznym islamizmem

Czeczeni strzelili sobie samobójczego gola. Reakcje świata po zajęciu przez kaukaskie komando budynku szkoły w osetyjskim Biesłanie nie pozostawiały wątpliwości, że – niezależnie od intencji, którymi kierowali się terroryści – poparcie dla sprawy czeczeńskiej skurczyło się do minimalnych wysepek w morzu potępienia dla terrorystów. Znamienne były wypowiedzi polityków, także tych, którzy jeszcze kilka tygodni temu przypominali Rosjanom, że w Czeczenii ich wojska łamią prawa człowieka.
Teraz brytyjski minister spraw zagranicznych, Jack Straw, ogłosił – jeszcze przed atakiem sił Specnazu na szkołę – że ma „pełne zaufanie” do Władimira Putina i władz rosyjskich, że podejmą najwłaściwszą decyzję dla rozwiązania kryzysu w Biesłanie. Amerykanie mówili o wyrazach solidarności z Putinem i wskazywali głównego winnego ostatnich rosyjskich wydarzeń – a więc, obok ataku w Biesłanie, zamachu samobójczego w Moskwie 28 sierpnia i wysadzenia w powietrzu dwóch samolotów cztery dni wcześniej – czyli międzynarodowy terroryzm. Terrorystów potępiły kolejne rządy, opinia publiczna w wielu państwach i organizacje międzynarodowe, poczynając od ONZ.
Znamienne, że tego stosunku nie zmieniła

hekatomba wśród zakładników

po nieplanowanym, jak się wydaje, i sprowokowanym przez ostrzał ze strony terrorystów szturmie rosyjskiego Specnazu na szkołę opanowaną przez czeczeńskie komando. Scott McClellan, rzecznik Białego Domu, już po akcji w Biesłanie oświadczył jednoznacznie: „Stany Zjednoczone stoją ramię w ramię z Rosją w globalnej walce z terroryzmem”.
Kanclerz Schröder, który wcześniej oferował Rosji wszelką pomoc dla oswobodzenia zakładników w Osetii, po tragedii w czasie akcji uwalniania dzieci wezwał w Berlinie do walki z terroryzmem wszędzie, gdzie się pojawi. Głos światowej opinii publicznej akcentował głównie, że za śmierć setek dzieci i dorosłych w Osetii odpowiedzialność ponoszą terroryści, a nie władze Rosji.
Jak słusznie zauważają analitycy z brytyjskiego instytutu badań strategicznych Strafor, czeczeńska wojna w ten sposób ostatecznie przestała być konfliktem lokalnym i zaczęła być postrzegana jako fragment wielkiej, ogólnoświatowej walki z międzynarodowym terroryzmem – którego zwłaszcza społeczeństwa zachodnie, te najbardziej przecież czułe na łamanie praw człowieka, coraz bardziej się boją i dla zwalczania którego będą gotowe przymykać oko na deptanie czeczeńskich swobód. Tym bardziej że coraz częściej, choć nie do końca zjawisko to potwierdzają żelazne dowody, mówi się o współpracy kaukaskich desperatów z Al Kaidą, dla Zachodu synonimem wszelkiego zła. Tym bardziej też, że jedno nie podlega wątpliwości – czeczeńskich bojowników i Al Kaidę, która wyrosła z walki afgańskich mudżahedinów przeciwko radzieckiej okupacji Agfanistanu, łączą islamska ideologia i nienawiść do Moskwy. O Czeczenii wspomina się też czasem w komunikatach bin Ladena. Teoretycznie tworzy to pole do przyzwolenia w przyszłości nawet

na… dywanowe bombardowania

czeczeńskich aułów, w końcu – było nie było – wylęgarni czeczeńskiego terroru.
Tę swoistą złość świata na Czeczenów mogło tylko podsycić, a nie osłabić żałosne oświadczenie Asłana Maschadowa (przywódcy separatystów, którzy proklamowali w Czeczenii powstanie „niepodległej” Republiki Iczkerii), mówiącego jednym tchem, że – co prawda „dla tej nieludzkiej akcji (tj. zajęcia szkoły w Biesłanie – przyp. MG) nie ma usprawiedliwienia”, ale „tak samo nie ma usprawiedliwienia dla rosyjskiej soldateski, która zamordowała 42 tys. czeczeńskich dzieci w wieku szkolnym”. Jeden z moskiewskich komentatorów trzeźwo i okrutnie ocenił znaczenie tego apelu: „Z jednej strony (Maschadow) położył na szali jakiś skumulowany, a więc arytmetyczny, a nie emocjonalny rachunek za wieloletnie czeczeńskie krzywdy, z drugiej znalazła się rozgrywająca się poprzez telewizyjne ekrany na oczach wszystkich tragedia konkretnych maleńkich dzieci. To oczywiste, po której stronie musi opowiedzieć się międzynarodowa opinia publiczna”.
Kolejny kamyk do lawiny emocjonalnego potępienia terrorystów dołożyły relacje zakładników, chociażby takie jak relacja 27-letniej Zaliny Dzandarowej, która opowiedziała światu: „W ciągu pierwszych minut (po szturmie terrorystów na szkołę) było wielu rannych. Tych, którzy leżeli na podwórku szkolnym, dobijano. Terroryści zabijali też mężczyzn, którzy próbowali stawiać opór. Łącznie zginęło około 20 osób. Niektórych rannych Czeczeni wyprowadzili już z sali gimnastycznej

i dobili w korytarzu.

Dwie kobiety, szahidki, wysadziły się w powietrze na szkolnym korytarzu razem z kilkoma mężczyznami zakładnikami”.
Taka sytuacja – sprokurowana przez terrorystów! – otworzyła przed Władimirem Putinem nie tylko wrota współczucia w światowej opinii publicznej, ale też możliwość siłowego rozwiązania dramatu, czyli przeprowadzenia szturmu na szkołę w Biesłanie – nawet z ryzykiem ofiar wśród przetrzymywanych przez kaukaskie komando dzieci. „Jeśli sytuacja rozwinie się tak, że powstanie zagrożenie dla zakładników, to nie będzie innego wyjścia, trzeba będzie atakować”, ogłosił jeszcze przed szturmem na szkołę analityk z Ośrodka Technologii Politycznych w Moskwie, Boris Makarenko. „Rosjanie bez wątpienia dokonają szturmu na szkołę. Nie będą nic robić przez pewien czas, by zebrać wystarczające informacje wywiadowcze na temat budynku, później przeanalizują metody i przygotują plan”, przewidywał inny ekspert, Adam Dolnik, współautor studium o kryzysie na Dubrowce. Thomas de Waal z Instytutu Informacji o Wojnie i Pokoju w Londynie oceniał z kolei: „Rosjanie ponegocjują trochę na temat zaopatrzenia – żywności, wody itp. Ale poza tym nie widzę za bardzo, co jeszcze mieliby negocjować”.
W ten sposób świat dał przyzwolenie nie tylko na akcję w Biesłanie, lecz także na inne działania wojenne Rosji wobec Czeczenii. Ofiary szturmu na szkołę w Osetii opinia publiczna zaliczy (słusznie zresztą)

na konto terrorystów

i… Czeczenii, a obrazy półnagich, zakrwawionych dzieci uciekających spod ognia i walącego się dachu budynku długo jeszcze w pamięci normalnego człowieka będą wywoływać przede wszystkim nienawiść do autorów terrorystycznego zamachu.
Nie zmienia to faktu, że trudna do wyobrażenia hekatomba niewinnych ludzi w Biesłanie – widziana zwłaszcza w kontekście całej serii zamachów terrorystycznych w Rosji w ostatnich tygodniach – stawia także pytanie, czy rosyjskie władze i siły specjalne potrafiły zrobić wszystko, by zapobiec takiemu scenariuszowi wydarzeń. Tu zdania są podzielone. Jeśli np. rosyjski ekspert wojskowy Wiktor Litowkin przekonywał tuż po szturmie na szkołę, że „to w każdej sytuacji musiało się skończyć tragedią. Nie ma bowiem optymalnego wariantu szturmu, w czasie gdy budynek jest zaminowany, w środku siedzą terroryści, a ich żądania są nie do spełnienia”, to liczni, także moskiewscy analitycy pytali, dlaczego grupa co najmniej kilkunastu na czarno ubranych młodych ludzi tak łatwo przedarła się do centrum miasta. Jak mogło się to stać w Osetii, gdzie na obszarze raptem 8 tys. kilometrów kwadratowych stacjonuje ponad 30 tys. rosyjskich żołnierzy, nie licząc miejscowej milicji i sił paramilitarnych?
Już wcześniej zresztą, po sierpniowych zamachach na samoloty startujące z moskiewskiego lotniska Domodiedowo i samobójczym ataku pod metrem Riżskaja, rosyjska prasa oskarżała służby bezpieczeństwa o nieudolność, o to, że nie zrobiły nic, aby powstrzymać terrorystów. „Stu zabitych i co najmniej 60 rannych. Tyle niewinnych ofiar pociągnęły za sobą ataki, które zostały najwyraźniej dokonane przez tę samą grupę”, pisała wtedy moskiewska „Gazieta”.
Według „Izwiestii”, trzy „czarne wdowy” – jak nazywane są czeczeńskie terrorystki samobójczynie – które dokonały sierpniowych zamachów, wyruszyły z Groznego w towarzystwie jeszcze jednej kobiety. „Nasze śledztwo wskazuje, że w Moskwie jest jeszcze co najmniej jedna szahidka gotowa dokonać kolejnego zamachu”, pisała gazeta. I pytała: „Czy Federalna Służba Bezpieczeństwa w ogóle jest zdolna do uratowania Rosjan przed terrorystycznym zagrożeniem?”.
Po tragedii w Biesłanie powraca na dodatek

wspomnienie teatru na Dubrowce,

gdzie niespełna dwa lata temu Czeczeńcy także wzięli ponad 800 zakładników i gdzie akcja ich uwolnienia spowodowała nie tylko śmierć 41 terrorystów, lecz także 129 niewinnych ludzi.
Część Rosjan – niewielka, to warto pamiętać – oskarżała wtedy Specnaz, że zadziałał typowo po rosyjsku, czyli „chciał dobrze, a wyszło jak zawsze”. Nie brakowało głosów, że rosyjscy antyterroryści wpisali się swoją akcją na Dubrowce w długą tradycję uwalniania zakładników w Rosji, gdzie „za dopuszczalną” uznaje się śmierć 20-50% więzionych osób, bo „najważniejszy jest prestiż państwa”.
Większość Rosjan i moskiewskich komentatorów była jednak wtedy innego zdania. „Operacja sił rosyjskich przeciwko terrorystom w moskiewskim teatrze była konieczna, podobnie jak zastosowanie gazu”, napisał Witalij Trietiakow w dzienniku „Rossijskaja Gazieta”, polemizując z tezą „Kommiersanta”, że gaz zastosowany do uśpienia terrorystów samobójców i uniemożliwienia im wysadzenia gmachu teatru w powietrze był przyczyną śmierci ponad setki wycieńczonych zakładników. „Żaden prezydent żadnego współczesnego państwa, w momencie gdy terroryści trzymający zakładników nie chcą okupu, tylko stawiają absolutnie kategoryczne i absolutnie polityczne żądania, (…) nie ma prawa pójść im na ustępstwa”, kategorycznie podkreślała z kolei „Ruskaja Gazieta” w tekście zatytułowanym „Prezydenci inaczej nie postępują”.
Tuż po tragedii moskiewskiej Dubrowki w sondażu Wszechrosyjskiego Centrum Badania Opinii Społecznej (WCIOM) aż 85% Rosjan pozytywnie lub bardzo pozytywnie oceniło postępowanie Władimira Putina w sprawie rozwiązania problemu zakładników w moskiewskim teatrze. Blisko połowa Rosjan uznała, że siły ich kraju w Czeczenii postępują zbyt łagodnie!
Jak będzie teraz? Wygląda na to, że w samej Rosji – gdzie od pewnego czasu coraz więcej ludzi przebąkiwało o potrzebie negocjacji z rebeliantami z Iczkerii – seria zamachów czeczeńskich ostatnich tygodni wzmocni na nowo przekonanie, że tylko siłą można uratować kraj przed terrorem. „Nad Czeczenią zbierają się czarne chmury”, ogłosił anonimowy przedstawiciel Ministerstwa Obrony Rosji tuż po akcji w Biesłanie. Może to oznaczać – co zresztą przewidują międzynarodowi eksperci – nową wojnę na całym Kaukazie. „Nie byłbym zaskoczony, gdybyśmy zobaczyli teraz wielką ofensywę wojsk w Czeczenii, gdzie od pewnego czasu był relatywny spokój, jako odpowiedź na przemoc ze strony terrorystów”, oświadczył nie bez racji analityk ds. terroryzmu, Dan Grey, w amerykańskiej telewizji MSNBC.
A na Kaukazie Czeczeni będą mieli nowego wroga. Jak słusznie bowiem zauważył Aleksiej Małaszenko z Fundacji Carnegiego dla Pokoju Międzynarodowego w Moskwie: „To były osetyjskie dzieci. Reakcja Osetyjczyków może być wyjątkowo groźna. Możemy mieć nową wojnę” (Osetii przeciw Czeczenii – przyp. MG).


Czeczeni biorą zakładników* Sierpień 1995 r. – w graniczącym z Czeczenią rosyjskim Kraju Stawropolskim w miejscowość Budionnowsk terroryści barykadują się w szpitalu wraz z 2 tys. zakładników. Ginie 166 osób, a ponad 400 zostaje rannych.
* Styczeń 1996 r. – w dagestańskiej miejscowości Kizlar w szpitalu uwięzionych zostaje około 3 tys. osób. Po kilkunastu dniach terroryści wycofują się z częścią zakładników w kierunku granicy czeczeńskiej, gdzie zostają zaatakowani przez siły rosyjskie. Ginie 78 osób, a kilkaset zostaje rannych.
* Lipiec 2001 r. – w Mineralnych Wodach w rosyjskim Kraju Stawropolskim grupa Czeczenów przetrzymuje 40 pasażerów autobusu. Wszyscy zakładnicy zostają uwolnieni przez siły rosyjskie.
* Październik 2002 r. – zajęty zostaje moskiewski teatr na Dubrowce, a do niewoli dostaje się ponad 800 widzów. Podczas szturmu sił specjalnych ginie około 130 osób.


Iczkeria (zawsze) przeciwko Rosji
Dla znacznej części polityków czeczeńskich oraz praktycznie wszystkich komendantów polowych wojna w Czeczenii jest – jak oficjalnie głoszą – kontynuacją historycznego oporu kaukaskich górali przeciwko rosyjskiej kolonizacji. Rosjanie i mieszkający w tym rejonie muzułmanie (bo nie tylko sami Czeczeni) walczą ze sobą na północnym Kaukazie od ponad 200 lat. Po raz pierwszy carowie rosyjscy próbowali objąć swoim władaniem Kaukaz już w XVI w. W 1783 r. rozpoczęli regularną kampanię wojenną, mającą na celu podporządkowanie Moskwie kaukaskich plemion. W historii zapisało się zwłaszcza powstanie w latach 1825-1859, którym kierował legendarny przywódca Czeczenów, Szamil. Nie powiodła się także próba zbudowania republiki kaukaskiej po rewolucji październikowej – oddziały bolszewików szybko spacyfikowały buntownicze plemiona. W czasie II wojny światowej Stalin deportował właściwie całą ludność Czeczenii do Kazachstanu (skąd powrócili w drugiej połowie lat 50.).
Nowa odsłona konfliktu to lata 90. Dwie wojny czeczeńskie zostały spowodowane, z jednej strony, pragnieniem Czeczenów uzyskania niezależności, z drugiej, walką o wpływy z przemytu narkotyków i sprzedaży kaukaskiej ropy, a z trzeciej – konfliktem XXI w., czyli starciem islamu ze światem chrześcijańsko-zachodnim. Znawcy tej problematyki, m.in. twórca książki „Zderzenie cywilizacji”, Samuel Huntington, twierdzą, że dzisiejsza wojna w Czeczenii to jeden z wielu konfliktów toczących się na przełomie XX i XXI w. pomiędzy światem Zachodu a wielkim blokiem islamskim, rozciągającym się od Maroka po Indonezję. Brak równowagi politycznej na tym styku oraz rosnąca liczba młodych mężczyzn w krajach islamskich budują radykalizm postaw. Od Kosowa przez Czeczenię, Afganistan, Filipiny, Somalię i Sudan po Palestynę, Jemen i Irak rozwija się międzynarodowa współpraca islamskich fundamentalistów.


Kto kieruje czeczeńską rebelią?
Czeczeni walczący o niezależność swego kraju dzielą się w ocenie obserwatorów na trzy główne ugrupowania. Najbardziej radykalna grupa, finansowana przez kapitał arabski (i być może bezpośrednio Al Kaidę), zasłynęła przede wszystkim zajęciem w październiku 2002 r. teatru na Dubrowce. Jej liderem był wówczas Mowsar Barajew, znany także jako Sulejmonow, który zginął w czasie szturmu Specnazu. To ta frakcja szkoli do samobójczych zamachów kobiety, szachidki, i mocno akcentuje religijny, radykalnie islamski charakter swojej walki przeciwko „niewiernym”, a więc także Rosji. Według rosyjskich służb specjalnych, bojowników kamikadze do zamachów samobójczych i brania zakładników na Północnym Kaukazie i w Rosji przygotowują instruktorzy Al Kaidy.
Drugą wpływową politycznie grupę reprezentuje Szamil Basajew, znany dowódca czeczeński. Także on stosuje radykalne metody walki. Według agencji Itar-Tass, on właśnie zaplanował operację zajęcia szkoły w Biesłanie w Osetii Północnej. Zrealizował ją natomiast inny dowódca polowy – Mahomet Jewłojew, ps. Magas. Operację miał sfinansować jeden z ideologów wahabizmu (skrajnej odmiany islamu), Abu Omar as-Sejf, który jest przedstawicielem Al Kaidy w Czeczenii i rozporządza pieniędzmi napływającymi z zagranicy.
Na przeciwległym politycznym biegunie sytuuje się Asłan Maschadow, który sądzi, że akty przemocy wymierzone w ludność cywilną szkodzą sprawie niepodległości Czeczenii. Jego zwolennicy są muzułmanami, ale nie radykalnymi islamistami.


Ogniwo w łańcuchu terroru

Komentarze Berlina i Londynu

Brita Hilpert, moskiewska korespondentka II programu niemieckiej telewizji publicznej ZDF, zwróciła uwagę, że wśród zabitych terrorystów są Arabowie. Prezydent Władimir Putin zawsze podkreślał, że Rosja walczy nie tylko z separatystami czeczeńskimi, ale przede wszystkim z międzynarodowym terroryzmem islamskim, z ośmiornicą Al Kaidy, która dosięgła także Kaukazu. Do tej pory takie przedstawianie sprawy traktowano na Zachodzie sceptycznie. Jeśli jednak doniesienia o zabitych Arabach zostaną potwierdzone, oświadczenia rosyjskiego przywódcy trzeba będzie traktować bardzo poważnie.
Klaus Segbers, politolog z Wolnego Uniwersytetu w Berlinie, podkreśla, że w ostatnich dniach doszło do zamachów terrorystycznych w Pakistanie, Malezji oraz w Izraelu. Tragedia w Osetii Północnej jest ogniwem tego światowego łańcucha terroru. Zdaniem Segbersa, trudno jest negocjować z czeczeńskimi rebeliantami, ponieważ są wśród nich różne nurty – partyzanci pragnący pomścić zabitych ojców czy braci, islamscy fundamentaliści walczący z pluralistycznym, świeckim społeczeństwem oraz pospolici kryminaliści, którzy biorą zakładników dla zysku. Rosja nie może zrezygnować z Czeczenii, ponieważ mogłoby to doprowadzić do secesji także innych kaukaskich republik – Inguszetii i Dagestanu. Gdyby nawet Czeczenia uzyskała niepodległość, w regionie nie zapanowałby spokój – islamscy fundamentaliści próbowaliby ustanowić swoje państewka także w sąsiednich krainach.


Komentarz brytyjskiej BBC stwierdza, że po masakrze Putin będzie musiał wykazać, że rozkaz do szturmu nie został wydany, lecz siły bezpieczeństwa musiały wkroczyć do akcji, aby ratować życie zakładników. Ale właściwie wszyscy eksperci uważają, że rosyjskie siły działały z konieczności, a nie według planu. Assaf Heffetz, założyciel izraelskiej jednostki antyterrorystycznej Jamam, podkreśla, że skoro wzięto setki dzieci jako zakładników, wysłanie rosyjskich komandosów do szturmu na szkołę jest nieprawdopodobne. Podjęli oni akcję, gdy wydawało się, że terroryści zaczęli dokonywać egzekucji.
Według komentarza BBC, prezydent Rosji będzie musiał bronić swej polityki wobec Czeczenii. Doszedł przecież do władzy i został ponownie wybrany, bowiem obiecywał, że zaprowadzi spokój w Czeczenii i zapewni Rosji bezpieczeństwo. Te obietnice jednak nie zostały spełnione. Także chaotyczna akcja sił bezpieczeństwa w Biesłanie nie odpowiada oficjalnemu wizerunkowi rosyjskiego prezydenta jako polityka, który działa chłodno i skutecznie.
Dr Sean McGough z wydziału politologii Uniwersytetu w Birmingham uważa jednak, że Rosjanie mogą w niebezpiecznych czasach poprzeć swego przywódcę, bowiem bezwzględny przeciwnik uderzył w to, co jest dla narodu rosyjskiego najcenniejsze – w jego dzieci. Podobnie Izraelczycy po krwawych zamachach skupiają się wokół premiera Szarona. Z pewnością w Rosji wprowadzone zostaną ostrzejsze środki bezpieczeństwa, rozpocznie się dyskusja na temat Czeczenii. Jedną z opcji byłoby rozpoczęcie negocjacji z umiarkowanymi przywódcami czeczeńskimi, takimi jak Asłan Maschadow, który dawał do zrozumienia, że rebelianci mogą złagodzić swe żądania niepodległości, jeśli Rosja zakończy wojskową okupację ich kraju. Problem jednak w tym, że Czeczeni walczą także między sobą, nie wiadomo, kto reprezentuje większość narodu, i gdyby rozpoczął się proces pokojowy, elementy radykalne z pewnością próbowałyby go ten zakłócić, doszłoby może nawet do jeszcze większych okrucieństw. Być może, Rosja kiedyś rozważy wycofanie się z Czeczenii, ale obecnie jest na to za wcześnie.


Terror w Biesłanie przekroczył kolejną granicę. Celem terrorystów stały się dzieci

W którą stronę zmierza świat?

Jerzy Jedlicki, profesor w Instytucie Historii PAN

1.
Znamieniem czasów nowożytnych było zdobycie przez państwa monopolu środków przemocy. W związku z tym przynajmniej od XVIII w. w Europie, a od XX w. na świecie głównym niebezpieczeństwem były wielkie wojny między potężnymi przeciwnikami. Otóż w ostatnim 15-leciu ten monopol środków przemocy został utracony.
To sprawia, że cała doktryna wojenna, myśl wojskowa XX w. jest dziś nic niewarta. Ogromna łatwość zdobycia wszelakiej broni (z wyjątkiem najcięższej, jak dotąd) sprawia, że świat jest pełen prywatnych armii, tak jak w epoce prenowożytnej. W dodatku są to przeważnie armie tajne – nowość XXI w. W związku z tym uderzenie może spaść z każdego miejsca i wraz z tym została utracona przewaga silnego nad słabymi.
Oczywiście, że mała Czeczenia nie może pokonać wielkiej Rosji, ale jak widzimy, również wielka Rosja nie jest w stanie pokonać małej Czeczenii. Oczywiście, że powstańcy palestyńscy nie pokonają Izraela, ale nic nie wskazuje na to, żeby Izrael mógł pokonać powstańców palestyńskich.

2.
Z przerażeniem można oglądać takie zjawisko, że wszędzie antyterroryści i terroryści upodobniają się do siebie pod względem moralnym. To bardzo dobrze widać w tej chwili na Kaukazie, jeśli przyjrzeć się metodom używanym przez obie strony. To widać również na innych frontach walki: w konflikcie izraelsko-palestyńskim lub amerykańsko-irackim. Nikt już nie oszczędza dzieci: ani własnych, ani cudzych. Stają się one dziś i ofiarami, i wyszkolonymi zabójcami.

3.
Zasada ślepego odwetu sprawia, że świat staje się coraz bardziej niebezpieczny, czyli akurat odwrotnie, niż deklarował prezydent Bush przed inwazją w Iraku.
Przez ślepy odwet rozumiem taki, który wcale nie musi być wymierzony w terrorystów, bo ci są przeważnie nieuchwytni, tylko jest wymierzony w ich miasto, ich naród, po to, żeby nasycić pragnienie zemsty. Ta zasada ślepego odwetu staje się coraz bardziej przeciwskuteczna. Powiększa zagrożenie, zamiast je wygaszać. Pod tym względem Bush, Putin i Szaron zachowują się prawie w taki sam sposób, są warci jeden drugiego.
Sądzę, że będzie coraz straszniej, jeżeli rozprawa z terroryzmem będzie się nadal opierać wyłącznie na ślepym odwecie bez udziału politycznej mądrości, której tragiczny brak daje się zauważyć w tych wszystkich konfliktach. Życie ludzkie jest coraz tańsze, myślenie o tym, co dalej – coraz rzadsze i droższe.

Prof. Andrzej Walicki, historyk idei, członek rzeczywisty PAN

1.
Jestem przerażony tym, co się stało w Północnej Osetii, ale nie całkiem zaskoczony. Samobójczej logiki ekstremistów nie da się usprawiedliwić. Myślę, że sprawa jest skomplikowana głównie ze względu na ambicje bojowników czeczeńskich, którzy dążą do destabilizacji całego regionu Kaukazu. To jest więc problem geopolityki Kaukazu i dobrze byłoby przestudiować, jakie byłyby skutki tej destabilizacji.

2.
W relacjach i komentarzach z Osetii prasa i media polskie odbijają od mediów światowych w stronę krytycyzmu Rosji. Co jest naszą przypadłością. Cały świat wyraża solidarność z Rosją i współczucie. Polska też powinna być w tym gronie.

3.
Czeczeni ponieśli porażkę tak jak Rosjanie. Rosjanie – bo szturm się odbył, bo były ofiary. Czeczeni – bo tracą na legitymacji swojej sprawy. Świat od nich się odwraca, stają się izolowani. Co ich spycha w objęcia międzynarodowego terroryzmu.

4.
Czy świat czeka epoka terroryzmu? Nie chcę o tym myśleć, ale muszę z tym się liczyć. Wojna z terrorem ma to do siebie, że nikt jej nie wywołał i nikt jej nie zakończy. Żeby ją wygrać, trzeba solidarnej, międzynarodowej współpracy. Sama Rosja, czy jakiekolwiek inne państwo, w pojedynkę nie da rady. Więc takiej współpracy oczekuję.

5.
Wszyscy w tej chwili potępiają terroryzm, ale jako historyk mogę dodać, że nie zawsze tak było. Po rewolucji 1905 r. mieliśmy w Rosji 4 tys. ofiar terroru, a intelektualiści, pisarze mdleli z zachwytu, że przybliża to do wyzwolenia. Owszem, to był inny terror, indywidualny, ale terror. W Paryżu XIX-wieczny anarchista zabił niewinnych ludzi i wołał, że oni nie byli niewinni, że wszyscy są winni. Bo są produktem tego świata, tego systemu, więc są winni.
W Oxfordzie miałem studenta, Izraelczyka, który walczył w latach 40. z Brytyjczykami o niepodległość Izraela, był terrorystą, wysadzał hotele. On zachwycał się powieścią Stanisława Brzozowskiego „Płomienie”, która była aktem pochwały rosyjskiego terroryzmu i „Narodnoj Woli”. Przypomnijmy, że wcześniej, w czasie rewolucji 1905 r., też była tzw. krwawa środa, podczas której PPS-owcy zabili kilkudziesięciu policjantów, stójkowych, stróżów porządku. To byli ludzie, których niekoniecznie trzeba było zabić. Terroryzm popierał również Józef Piłsudski, który pisał w słynnym liście do Perla: „Nie mogę dystansować się od terroru”.
Takie były wtedy czasy. Rewolucja miała kolosalną legitymizację w różnych kręgach społecznych, więc wszystko, co do niej zbliżało, było dobre. Teraz rewolucje uważamy za akt gwałtu, jest inny świat, więc potępiamy terroryzm. I dobrze, bo to pierwszy krok w kierunku jego zwalczania.

Notował RW

Wydanie: 37/2004

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy