Bitwa o ustawę

Bitwa o ustawę

O co chodzi w konflikcie o media? O wielkie pieniądze czy o władzę?

To wygląda jak wojna. Stosowana jest metoda zakrzyczenia przeciwnika, przyciśnięcia go do ziemi. „Rząd knebluje prywatne media, hamuje ich rozwój, grozi nam monopol telewizji publicznej”, powtarzają przeciwnicy ustawy, czyli największe media prywatne.
Wyprzedaż polskości, zamach na wolność, nowy monopol – słowa maczugi. Aleksandra Jakubowska, prezentując w Sejmie projekt nowelizacji ustawy o radiofonii i telewizji, mówiła więc: „To, co się stało w związku z projektem ustawy, to, jak zareagowały media komercyjne, do jakich argumentów się uciekały, daje przedsmak tego, jak wyglądałyby polskie media, gdyby nie udało się wprowadzić zapisów uniemożliwiających koncentrację”.
Nowelizacja ustawy o radiofonii i telewizji poruszyła i

poróżniła świat mediów.

Cóż w niej jest takiego, że wywołuje emocje? Pisaliśmy już o tym tydzień temu. Spory wzbudzają zapisy zabraniające koncentracji kapitałów w mediach oraz wzmacniające telewizję publiczną.
Zacznijmy od zakazu koncentracji. Propozycja jest tu prosta: nie można dysponować więcej niż jednym medium ogólnopolskim – jedną stacją radiową albo jedną stacją telewizyjną. Zakaz kupowania ogólnopolskich stacji dotyczy również właścicieli ogólnokrajowych gazet. W imię obrony wielorakości w mediach.
Co oznacza to w praktyce? Otóż mamy dziś w Polsce taką sytuację, że na rynku medialnym istnieć mogą trzy ogólnopolskie stacje radiowe – Radio Zet, RMF FM i Radio Maryja, oraz jedna stacja telewizyjna – Polsat. Dorzućmy do tego kilka gazet o zasięgu ogólnokrajowym – z „Gazetą Wyborczą” i „Super Expressem” na czele.
Zapis o koncentracji uniemożliwia więc kapitałowe łączenie się wymienionych firm. Sęk jednak w tym, że od kilkunastu tygodni mówi się, iż do kupna Polsatu przymierza się koncern Agora, wydawca „Gazety Wyborczej”, właściciel i współwłaściciel 19 regionalnych stacji radiowych. Projekt ustawy okrzyknięto więc próbą zablokowania przejęcia Polsatu przez Adama Michnika. A to natychmiast ustawiło całą dyskusję.
Sądząc po zaangażowaniu „Gazety Wyborczej” w zwalczanie ustawy, zarząd Agory rzeczywiście przygotowuje się do przejęcia Polsatu. Już widzi się jako właściciel wielkiej telewizji i wielkiego domu medialnego dominującego na rynku.
Tymczasem ustawa może te plany pokrzyżować. W środowiskach warszawki trwa więc obstawianie, czy Agorze uda się ustawę (a przynajmniej feralny zapis) „uwalić”, czy nie. Ta sprawa urasta już do papierka lakmusowego, który pokaże zasięg politycznych wpływów „Gazety”.
Z kolei Polsat i TVN atakują ustawę również z innych powodów. Za to, że wzmacnia telewizję publiczną. M.in. gwarantując jej stały dochód w postaci

obowiązkowego abonamentu.

To zasadniczo wzmocniłoby TVP, podobnie jak pozwolenie na tworzenie programów tematycznych emitowanych poprzez platformę cyfrową. W ten sposób telewizja publiczna otrzymałaby instrumenty, które pozwoliłyby jej podjąć rywalizację z Polsatem i TVN. Czyli także powiększać swój udział w rynku reklam. A pamiętajmy, że ten rynek w ostatnich miesiącach zaczął się gwałtownie kurczyć, że stacje zaczęły udzielać nawet kilkudziesięcioprocentowych rabatów. Tort, który jeszcze kilkanaście miesięcy temu przynosił miliony czystego zysku, skurczył się do rozmiarów ciasteczka. I stąd też nerwowość wśród właścicieli prywatnych mediów.
Można to zrozumieć – według danych AGB Polska, tygodniowe wydatki na reklamę emitowaną w stacjach telewizyjnych wynoszą 125 mln zł (zgodnie z oficjalnymi cennikami). Z czego Polsat i TVN zbierają po prawie 30 mln zł. W siedem dni.
W całej sprawie mamy zatem splot interesów politycznych i wielkiego biznesu. A także spór wizji dotyczących przyszłości polskiej kultury i społeczeństwa obywatelskiego. „Kto ma media, ten ma władzę”, powiedział w Sejmie podczas debaty nad ustawą przedstawiciel Ligi Polskich Rodzin. „Media są kreatorem ludzkich zachowań”, dodał. A słuchający go politycy z różnych stron sali kiwali głowami.
„O telewizjach komercyjnych nie mam nic dobrego do powiedzenia – mówił parę minut później Aleksander Małachowski. – Nie wnoszą nic dobrego do kultury polskiej. Warto odróżnić to, co jest dobre dla społeczeństwa, od tego, co jest dobre dla ludzi, którzy żyją z uprawiania tych telewizji”.
No właśnie, co jest dobre dla społeczeństwa?


Prywatne czy publiczne?
Prywatni nadawcy powtarzają, że telewizja publiczna jest uprzywilejowana, bo jedna trzecia jej wpływów to dochody z abonamentu. Zapominają przy tym, że sami korzystają z przywilejów – mogą przerywać swoje programy, by nadawać reklamy. W ten sposób uzyskują 75% ogólnych dochodów z reklam.
„Prywatni” mogą epatować publiczność brutalnymi filmami czy też reality show, gdzie obejrzeć możemy kopulujące pary. Telewizja publiczna takich „dzieł” pokazywać nie może. Za to zobowiązana jest emitować tzw. programy misyjne. Dzięki temu oglądamy w TVP Teatr Telewizji, programy katolickie albo „Forum”.
Innym zarzutem „prywatnych” jest to, że TVP znajduje się obecnie w rękach SLD. Ten „argument” zakłada, że np. dziennikarze pracujący w „Wiadomościach” są prorządowymi propagandystami, natomiast dziennikarze mediów prywatnych realizują program wolny od politycznych sympatii.
Tymczasem praktyka często jest odwrotna – system zabezpieczeń wmontowany w TVP powoduje, że łatwiej tu o wielorakość poglądów niż w mediach prywatnych, których linię programową wyznacza właściciel. Przykłady Radia Maryja, RMF FM, które utworzyło własny komitet w wyborach samorządowych w Krakowie, czy też „Gazety Wyborczej” popierającej Unię Wolności są oczywiste. Dopiero więc wielość mediów i ich zróżnicowanie gwarantują, że najważniejsze informacje dotrą do ludzi. Bo jeśli nawet jeden nadawca coś ukryje, natychmiast powiedzą o tym inni

 

Wydanie: 14/2002

Kategorie: Media

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy