Blog
Rynek kryptowalut w 2026
Artykuł sponsorowany Publikowane prognozy finansowe są fantastycznym źródłem wiedzy dla początkujących, ale również doświadczonych inwestorów. Udostępniane dane ułatwiają bowiem zdobycie odpowiedniej orientacji w złożonym świecie finansów, pomagając jednocześnie w budowaniu osobistego planu działania na nadchodzące
Kiedy rusztowania aluminiowe są najlepszym wyborem na budowie?
Artykuł sponsorowany Rusztowania stanowią jeden z kluczowych elementów zaplecza technicznego na każdej budowie, niezależnie od jej skali i charakteru. Od ich jakości, stabilności i funkcjonalności zależy nie tylko komfort pracy, ale przede wszystkim bezpieczeństwo pracowników oraz tempo realizacji robót. W ostatnich
Czym się różni kibic od kibola?
Dr hab. Mirosław Pęczak,
kulturoznawca, dziennikarz, UW
Kibic, kibol – to pojęcia umowne i nacechowane, odnoszące się do szeroko rozumianej subkultury kibicowskiej, która przez dekady wykształciła własną specyfikę. Współczesne środowiska kibolskie wyewoluowały z publiczności stadionowej w struktury w dużej mierze autonomiczne. W wielu przypadkach przejęły realną kontrolę nad klubami, mają wpływy finansowe i organizacyjne, a niekiedy funkcjonują w obrębie przestępczości zorganizowanej, spełniając kryteria gangu. Charakterystyczny jest też ich ideologiczny profil: nacjonalistyczny, faszyzujący, czasem otwarcie nazistowski, wyraźnie antydemokratyczny. Towarzyszy temu wizja społeczeństwa hierarchicznego, z podporządkowaniem kobiet mężczyznom. W Polsce dochodzi jeszcze czynnik kościelny – odwoływanie się do autorytetu Kościoła, co w połączeniu z retoryką patriotyczną tworzy pozór konserwatyzmu. Jest to jednak konserwatyzm skrajny i niebezpieczny.
Grzegorz Lato,
król strzelców Mistrzostw Świata 1974, rozegrał 100 meczy w reprezentacji Polski
Kibic jest z drużyną na dobre i na złe. Zawsze. Przychodzi na stadion i wspiera swoją drużynę, budując piękny klimat. Nigdy w sposób wulgarny, bo na boisku musi być kultura. Szczególnie że na mecze przychodzą też całe rodziny. Kibolskie przyśpiewki nie nadają się tymczasem dla nikogo, tym bardziej kilkuletnie dzieci nie powinny słuchać tak niecenzuralnych słów. Do tego dochodzi kwestia niesławnych ustawek. To nie ma nic wspólnego ze sportem, a tym bardziej ze wspieraniem konkretnej drużyny. Sport powinien łączyć, a nie być pretekstem do jakichkolwiek przejawów agresji.
Henryk Budzyński,
obecnie sporadyczny kibic Pogoni Szczecin i FC Barcelony, przewodniczący Federacji Stowarzyszeń Służb Mundurowych
Kibice i kibole bywają postrzegani jako ta sama grupa ludzi, ponieważ łączy ich miłość do sportu i własnych zawodników. Różnica między nimi jest jednak zasadnicza. Kibic nigdy nie przekracza określonych granic. Działa zgodnie z dobrymi obyczajami i prawem. Kibol natomiast granice te regularnie narusza i nierzadko łamie prawo. Kibic szanuje drużynę przeciwną oraz jej sympatyków, okazując im elementarny respekt. O kibolu nie można powiedzieć tego samego, ponieważ jego postawę cechuje nieprzyjazny stosunek, zarówno do rywali, jak i do ich kibiców. Kibic nie uczestniczy w ustawkach z fanami innych drużyn, podczas gdy kibol właśnie w nich bierze udział, o czym wielokrotnie informowały media. Dla kibica impreza sportowa jest okazją do wspólnego, przyjemnego spędzenia czasu i do zabawy. Dla kibola staje się natomiast pretekstem do wyładowania frustracji, manifestowania wrogości wobec innych ludzi, a niekiedy agresji.
Listy od czytelników nr 04/2026
Ja też tak to widziałem
Jestem po lekturze książki Andrzeja Karpińskiego „Jak ja to widziałem” i w pełni zgadzam się z sugestiami Pana Profesora dotyczącymi negatywnej (może nie w całości) oceny okresu transformacji po 1989 r. Należę do pokolenia 60+ i wychowałem się oraz wykształciłem w Polsce Ludowej, z czego jestem podobnie jak Pan Profesor dumny. Po ukończeniu studiów pracowałem dla dobra kraju i naszej gospodarki w dużym kombinacie energetycznym. Fakt, że doczekaliśmy czasów, gdy liczy się głównie kasa, nie jest wcale pozytywny, wręcz przeciwnie – sprawdza się powiedzenie: „Pieniądze szczęścia nie dają”. Znam wiele osób, w tym z bliskiego otoczenia, które w pogoni za kasą i karierą zatraciły rozum. Wiele z nich niestety straciło albo zdrowie, albo rodziny, a w niektórych przypadkach nawet życie. A ci, którzy w pogoni za pieniędzmi jeszcze funkcjonują, czy są szczęśliwi? Wątpię. Najważniejszym dobrem, przynajmniej dla mnie, jest zdrowa i szczęśliwa rodzina. Czyż nie jest pięknie pobawić się z zadowolonymi i szczęśliwymi wnukami? Wielu bogatych zapewne oddałoby duże pieniądze, aby mieć szczęśliwą rodzinę.
Myślę, że Pan Profesor powinien czuć się spełniony. A życie zawodowe jest tylko częścią naszej ziemskiej egzystencji.
Okres transformacji również przeżyłem boleśnie, gdy na naszych oczach restrukturyzowano (czytaj: likwidowano) kolejne zakłady przemysłowe. Niestety, po 1989 r. mamy rządy zarządzające Polską, a nie działające w interesie Polski, w którym to przypadku planowa polityka gospodarcza powinna być jednym z nadrzędnych celów. Weźmy pod uwagę np. potęgę gospodarczą – Chiny, gdzie polityka planowa jest sukcesywnie i konsekwentnie realizowana, niezależnie od tego, kto jest u władzy.
Myślę, że historia pozytywnie oceni zdobycze PRL, ale niestety nie nastąpi to zapewne szybko. Panie Profesorze, może Pan chodzić z podniesioną głową, czego nie da się powiedzieć o „elitach” politycznych po roku 1989.
Witold Misztela, stały czytelnik
Kartka na nowy rok
W notatniku w zapisie mojej pierwszej „tygodniowej kartki życia” w nowym roku zaznaczyłem, że rozpoczynam go z dużym pesymizmem, żeby nie powiedzieć z obawą, czy zapiszę kolejne kartki bez wiadomości o wojnie na świecie.
Przeżyłem 80 lat w ojczyźnie bez wojny. Chociaż pewne podobne stany były wprowadzane w kraju i na świecie. Wprowadzano je, aby powstrzymać próby radykalnego rozwiązania sporów społeczno-politycznych. W sposób prawnie uzasadniony lub bezprawnie. Historia potwierdza, że nauka poszła w las. (…)
W mojej ocenie w naszym kraju wypaczono prawie wszystko: PRL uznano za komunę, z lewicą, która zniszczyła kraj; Solidarność była inicjatywą klasy robotniczej i kierunkiem przemian społecznych, które jednak pogrzebały klasę robotniczą; pojęcia sprawiedliwość i prawo zostały wykorzystane przez partię; „szacunek dla historii Polski” – obecnie preferowany przez IPN. Przed wyborami pretendenci do rządzenia podnosili hasła likwidacji tej bardzo kosztownej instytucji, ciągle wspieranej przy braku środków na służbę zdrowia i oświatę (…).
Szanuję urząd Prezydenta RP – oceniam, że każdy, nawet pełniący ten urząd, powinien go szanować. Według mnie krzyki prezydenta na zlocie kibiców na Jasnej Górze były nie na miejscu. Chwalił się on, ile to już stanowisk państwowych zajmował, wykorzystując formę powitań z instytucji państwowych do innych celów. (…)
W mojej opinii dziś dopełnia się procedura i działanie twórców sprawiedliwości i prawa w naszym kraju na azylu węgierskim.
Zbigniew Olszewski, sierota po PRL
Trump jest wynaturzeniem i nie przetrwa
Nareszcie ktoś to wyartykułował: „Frustracja i rozczarowanie dotyczą nie tego, że czujemy się biedni, ale tego, że inni mają lepiej”. Dlatego im więcej Trzaskowski pokazywał, że świetnie rządzi Warszawą, która rozwija się wspaniale, tym chętniej jego przeciwnicy głosowali na Nawrockiego. Istnieje z pewnością psychologia zazdrości.
Anna Zawadzka
Wojna w rzymskim metrze
Po raz pierwszy od lat pojechałam ostatnio do Mediolanu. Dotąd wydawało mi się, że w Berlinie i innych niemieckich miastach zrobiło się nieciekawie, ale to, co zobaczyłam w stolicy Lombardii, naprawdę mnie przeraziło. To miasto zostało właściwie przejęte przez gangi. Strach poruszać się tam w biały dzień, a normalne niegdyś wieczorne wyjścia to już niemal sport ekstremalny. (…) Nie mam pojęcia, jak można było dopuścić do czegoś takiego w Europie, w cywilizowanych krajach, w takich pięknych miastach. Włos się jeży na głowie. I do tego ta omerta mainstreamu, omijającego jak najszerszym łukiem istotę rzeczy. Jakieś gangi, jacyś tajemniczy kieszonkowcy, jakieś – jak to się zgrabnie ujmuje w niemieckich mediach – „grupy agresywnych młodych mężczyzn”, których nagle jakimś cudem namnożyło się w europejskich metropoliach…
Nie wiadomo kto, nie wiadomo co, nie wiadomo skąd, co to za jedni, skąd ich tylu, jak to się stało, że tu się znaleźli. Czy to był jakiś desant, czy może Europejczycy nagle rozmiłowali się nadmiernie w złodziejstwie, napadach, gwałtach, wymachiwaniu nożami i maczetami? Tysiąc pytań, żadnych sensownych odpowiedzi. Niby człowiek widzi na własne oczy, ale boi się nazwać rzecz po imieniu, by nie dostać od razu po głowie pałką poprawności politycznej.
Eva-Maria Golos
Tao światła i koloru
Stefan Gierowski: ciekawość podglądania nieskończonej przestrzeni
W awangardowym centrum światowej kultury, 30-milionowym Szanghaju, wielkim wydarzeniem artystycznym stała się prezentacja obrazów Polaka, Stefana Gierowskiego (1925-2022). Jej kurator, uznany brytyjski ekspert, były dyrektor londyńskiego Instytutu Sztuki Współczesnej Philip Dodd, twórczość naszego abstrakcjonisty określa wręcz mianem objawienia.
Co powoduje, że w miejscu będącym syntezą nowoczesności naszej cywilizacji popularyzatorzy sztuki zwrócili oczy (i to nie po raz pierwszy) akurat na tego polskiego malarza i jego abstrakcyjne dzieła? Odpowiedzi na to pytanie mogłem szukać bez kosztownej podróży do Szanghaju – w Warszawie. W salach Fundacji Stefana Gierowskiego przy Placu Dąbrowskiego trwa właśnie duża, przeglądowa wystawa prac tego autora, zorganizowana w 100-lecie jego urodzin. Jej tytułem stało się wyznanie artysty: „Malowanie jest radością”.
Faktycznie – tę radość czuje się od wejścia. Przestronne pomieszczenia galerii fundacji mającej siedzibę w starej kamienicy w samym sercu miasta wypełnia nadspodziewanie dobra energia. Wnosi ją nie tylko urzekająca, pogodna kolorystyka wielu obrazów. Większe znaczenie zdaje się mieć doskonała harmonia kompozycji, geometria obrazowanych kształtów i niezwykłość ich prostoty. Zadziwiające, że przy swojej abstrakcyjności wywołują wrażenie nie przypadkowych, lecz głęboko przemyślanych – wymownych i intrygujących.
Klasyk abstrakcji
O Gierowskim mówią, że stał się „klasykiem abstrakcji”. Poświęcił jej nie tylko większość swojej twórczości, ale również, jako profesor ASP, wiele rozważań teoretycznych. Podkreślał w nich, że w malarstwie wcale nie wszystko, co niefiguratywne, może zostać uznane za abstrakcję. Być nią może wyłącznie uwidocznienie ściśle obmyślonego obrazu, ukształtowanego w mózgu człowieka i mającego konkretne znaczenie. Abstrakcją jest tylko „wyjątkowy sposób spojrzenia, zrozumienia i pokazania tego, co w rzeczywistości wydaje się nieosiągalne. A jednak”.
Wyklucza to, jak rozumiem,
Malowanie jest radością!
100. rocznica urodzin Stefana Gierowskiego
Galeria sztuki – Fundacja Stefana Gierowskiego
Warszawa, Pl. Dąbrowskiego 8
w nawiązaniu do wystawy That’s How the Light Gets in. The Art of Stefan Gierowski
Fosun Foundation w Szanghaju
do 25 stycznia
Polskie Porto i piłkarscy koloniści
Najlepsze lata polskiej reprezentacji przypadały na czas, gdy po kilku kadrowiczów grało ze sobą w silnym klubie
Kwestia transferu Oskara Pietuszewskiego, uchodzącego za najzdolniejszego polskiego młodzieżowca, rozpaliła nadwiślańskie głowy, wszak odeszło nasze nastoletnie dobro narodowe, któremu zwiastuje się światową karierę. Wyłożone przez FC Porto 10 mln euro to prawie rekord Ekstraklasy (Moder i Kozłowski odchodzili w swoim czasie do Brighton za 11 baniek każdy), dla Jagiellonii to kosmiczna kwota równa rocznemu budżetowi klubu, ale nie brakuje marudnych głosów besserwisserskich, że to dużo za mało, że Polaków się nie szanuje, że taki talent poszedłby za trzy razy więcej, gdyby był Hiszpanem albo Anglikiem. Osobiście widzę same zyski – Jaga będzie miała okazję wzmocnić kadrę przed wiosną na dwóch frontach, o ile oczywiście pieniądze zostaną rozdysponowane rozsądnie. Nasz zdolny skrzydłowy trafił zaś do drużyny, której kluczowymi graczami w tym sezonie są dwaj reprezentanci Polski – Jakub Kiwior i Jan Bednarek.
O tym, ile obaj znaczą dla legendarnych Dragões, mogliśmy się przekonać na własne oczy w minioną środę, kiedy w ćwierćfinale krajowego pucharu rozegrano portugalskie El Clásico między Porto a Benficą. Jedyną bramkę w meczu zdobył głową właśnie Bednarek, który ponadto ze stoickim spokojem kierował blokiem defensywnym, Kiwior w ostatnich chwilach zaliczył interwencję ratunkową, blokując na linii bramkowej strzał rywali – obaj nasi obrońcy są regularnie wybierani na najlepszych defensorów miesiąca w Liga Portugal. Trudno temu się dziwić, skoro Porto po prostu nie przegrywa, prawie w ogóle nie traci goli i pewnie zmierza po dublet. W Lidze Europy, grając na pół gwizdka, Smoki też mieszczą się w ósemce, a w najbliższy czwartek w Pilznie można się spodziewać europejskiego debiutu Pietuszewskiego w nowych barwach.
Polacy mają nierówne szczęście do FC Porto. Pierwszym naszym bramkarzem, który sięgnął po piłkarski Puchar Mistrzów, był Józef Młynarczyk, przed bez mała 40 laty jeden z bohaterów zwycięskiego finału przeciw Bayernowi Monachium. Ależ się wtedy ekscytowaliśmy golem, którego bezczelnie strzelił piętą Bawarczykom Rabah Madjer, niejako mszcząc się za „hańbę w Gijon” z Mundialu 1982, kiedy to Niemcy dogadali się z Austriakami, aby wyeliminować Algierię.
W Porto spędził kilka sezonów także Grzegorz Mielcarski, ale
Pani Profesor
Gdybym zwrócił się do niej per „Pani Profesorko”, spojrzałaby zaskoczona i raczej nie kontynuowałaby rozmowy. Dokładnie dziś, 19 stycznia, mija stulecie urodzin Marii Podrazy-Kwiatkowskiej.
To nazwisko poznałem w liceum, gdy z opracowanej przez Mieczysława Jastruna antologii „Poezja Młodej Polski” dowiedziałem się, że istnieje badaczka, która literaturą tą – przeze mnie wtedy odkrywaną – aktualnie się zajmuje. Ale dopiero gdy na UJ zostałem delegatem studentów do Dyrekcji Instytutu Filologii Polskiej, przeżyłem pierwsze z nią – zaoczne – spotkanie. Chodziło o ofertę zatrudnienia, jaką złożyła pracująca w PAN doc. Maria Podraza-Kwiatkowska. Nasz dyrektor, prof. Mieczysław Karaś, lekko się skrzywił: „Wolałbym jego”, wycedził. Nie wiedziałem, że to „jego” odnosi się do męża pani Podrazy, doc. Jerzego Kwiatkowskiego: jego dorobek był wówczas rzeczywiście obszerniejszy. Tymczasem na słowa Karasia zareagował przedstawiciel młodszej kadry naukowej, świeżo upieczony dr Franciszek Ziejka: „Ależ panie rektorze (Karaś był równocześnie rektorem UJ), pani Kwiatkowska jest dziś pierwszą gwiazdą w badaniach nad Młodą Polską!”.
Często wspominam tę scenę. Także ze względu na Ziejkę, z którym po latach się zaprzyjaźniłem,
a.romanowski@tygodnikprzeglad.pl
Żądamy Bornholmu
Stojąc na straży bezpieczeństwa Polski, pomni tradycji II Rzeczypospolitej, wpisując się w doktrynę Trumpa i tym samym demonstrując jedność ideową z aktualnym prezydentem Ameryki, co niewątpliwie temu ostatniemu sprawiłoby przyjemność, mamy niepowtarzalną okazję wykorzystania trudnej sytuacji Danii. Powinniśmy zażądać od niej Bornholmu!
Ten Bornholm „po prostu nam się należy”, jak powiedziałaby pani ekspremier Szydło, albo, mówiąc prościej, tak jak o Grenlandii mówi prezydent Trump, „on nam po prostu jest potrzebny”. Jest potrzebny z wielu powodów. Niedaleko Bornholmu zdradziecko po morskim dnie przebiega (lepiej byłoby powiedzieć przepełza) rurociąg Nord Stream łączący Rosję i Niemcy. Niby na razie nieczynny, ale nie wiadomo na jak długo. Już samo to powoduje, że powinniśmy nad nim sprawować kontrolę. Z Bornholmu byłoby łatwiej. Wymaga tego bezpieczeństwo Polski! Mieszkańcy Polski Północnej, mając daleko do lotniska w Radomiu, z którego, jak słusznie wywiódł swego czasu poseł Suski, bliżej jest do Egiptu niż z Warszawy, zamiast latać w tak odległe rejony, mogliby wypoczywać na Bornholmie. A już na pewno bliżej na Bornholm niż do Egiptu mieliby kibole Lechii Gdańsk. Przecież za deklarowany tak głośno patriotyzm jakaś premia tym walecznym kibolom chyba się należy?.
Do tego dochodzą jeszcze racje historyczne, a także geograficzne. Zacznijmy od tych ostatnich. Z Kopenhagi na Bornholm jest ponad 180 km, i to tranzytem, przez kawałek Szwecji. Z Kołobrzegu tylko 50 mil morskich (ok. 93 km)! O połowę bliżej, w dodatku żaden tranzyt przez Szwecję nie jest potrzebny! A historycznie? Na Bornholmie ludzie żyli już w latach 9000-8000 p.n.e. i w tym czasie Bornholm miał połączenie lądowe z terenami dzisiejszej Polski i Niemiec. A z Danią nie! Później już (nawet znacznie później!) wyspę zamieszkiwali Burgundowie. No przecież nie Duńczycy! Potem mieszkańcy wyspy się zmieniali. Zasiedlali ją wikingowie, następnie pojawili się Duńczycy.
W wiekach IX-XII władztwo Duńczyków nad wyspą nie było wcale oczywiste, trwały o nią walki między Słowianami a Duńczykami. W XII w. znaczna część Bornholmu należała do szwedzkiego katolickiego arcybiskupstwa w Lund. W Lund już prawie nie ma katolików, a w Polsce jeszcze są, bez trudu można by wywieść, że już z tego powodu prawem dziedziczenia coś nam, katolikom, na tym Bornholmie się należy. Ale to dopiero początek.
W czasie wojny 13-letniej Duńczycy wspierali Krzyżaków i w pobliżu Bornholmu ich flota, wespół z inflancką, stoczyła walkę z trzema okrętami kaprów gdańskich. Za ten przykry incydent Duńczycy do dziś nie przeprosili. Potem był czas, gdy nad wyspą władzę sprawował związek hanzeatycki i dopiero w XVI w. Dania Bornholm odzyskała, ale nie na długo, bo wkrótce Duńczyków przepędzili Szwedzi. W przepędzeniu Szwedów z Danii pomagał dowodzony przez hetmana Czarnieckiego korpus polski,
Zmierzch budapeszteńskich term?
Czy spór Orbána z władzami Budapesztu doprowadzi do zapaści najpiękniejszych łaźni i kąpielisk w Europie
Nie ma drugiej europejskiej stolicy, która mogłaby się poszczycić tak niezwykłymi, zabytkowymi termami. Prawie dwumilionowy Budapeszt to praktycznie jeden wielki kurort. Jest tu ok. 400 źródeł z wodami magnezowymi (gorzkimi) oraz ok. 80 źródeł termalnych i mineralnych (głównie siarczanowych). Ich temperatura wynosi 50-70 st. C. Źródła termalne w Budzie tryskają na powierzchnię naturalnie, samoczynnie, a na Wyspie Małgorzaty i w Peszcie – są wiercone.
Słynne Gellért Spa w Budzie i Termy Széchenyiego w Peszcie od dziesięcioleci stanowią godną pozazdroszczenia wizytówkę węgierskiej stolicy. Łaźnie Gellérta mieszczące się w zabytkowym hotelu o tej samej nazwie (pierwszym luksusowym hotelu w Budapeszcie wyposażonym w najnowocześniejsze udogodnienia na początku XX w.) odwiedziło w zeszłym roku 420 tys. zagranicznych kuracjuszy. Wielu turystów z najodleglejszych zakątków świata przyjeżdża do Budapesztu tylko po to, by skorzystać z dobrodziejstwa tamtejszych term.
Zamknięte bez wizji otwarcia
Zamknięcie Łaźni Gellérta w październiku 2025 r. natychmiast wpłynęło na zmniejszenie liczby zagranicznych turystów odwiedzających Budapeszt. Władze węgierskie w oficjalnym komunikacie podały, że przyczyną zamknięcia był kiepski stan techniczny, który ponoć zagrażał bezpieczeństwu użytkowników. Z pewnością sporo w tym prawdy, ale jeszcze więcej prawdy o Gellért Spa przynoszą coraz liczniejsze artykuły ukazujące się w zagranicznych mediach. Te donoszą, że głównym powodem zamknięcia Gellért Spa w Budzie są narastające spory finansowe między rządem Viktora Orbána a budapeszteńskim ratuszem, który daleki jest od popierania autorytarnych rządów premiera Węgier i kłaniających się mu towarzyszy. W Budapeszcie słychać, i to coraz częściej, że dziś bardziej liczy się zysk z bylejakości niż symboliczna i historyczna tradycja, która narodziła się w czasach osmańskich.
Warto przypomnieć, że ostatni poważny remont Gellért Spa miał miejsce w latach 70. XX w., za towarzysza Jánosa Kádára. Oficjalne węgierskie media podają, że obecny remont term ma być zakończony w roku 2028. Jednak z powodu krachu finansowego, jaki przeżywa zarówno Budapeszt, jak i cały kraj, termin ten prawdopodobnie nie zostanie dotrzymany.
„Poza słynnymi Łaźniami Gellérta byliśmy zmuszeni zamknąć jeszcze dwa inne, mniejsze budapeszteńskie parki termalne”, żali się w wywiadzie dla „New York Timesa”, Ildikó Szűts, dyrektor wykonawcza miejskiej spółki BGYH,
Zaślepienie
Unia nie niszczy naszego rolnictwa, ale dopłaca do niego grube miliony
W wielu miejscach Polski odbyły się niezbyt liczne demonstracje rolników oraz działaczy związanych z PiS i obiema Konfami, a przeciwko podpisanej przez Unię Europejską umowie z Mercosurem, przede wszystkim zaś przeciwko rządowi Donalda Tuska, koalicji rządowej i Unii. Demonstrujący sympatyzowali z nacjonalistami, Batyrem i tym wszystkim, co wrogie postępowi, tolerancji, demokracji i sojuszowi z Zachodem. Za to nie było żadnych gestów wrogości wobec Putina i zagrożenia, jakie rosyjska agresja na Ukrainę stanowi dla Polski. Demonstranci machający flagami i antyunijnymi transparentami, którymi obwiesili traktory warte czasem po milion złotych, przyjechali protestować przeciwko nędzy, upadkowi rolnictwa i udręczeniu przez okrutny reżim Donalda Tuska. To od dawna ci sami ludzie, w większości związani z obozem nacjonalizmu, a także chłopską Solidarnością, która stała się taką samą zdegenerowaną przybudówką do zadań specjalnych jak Solidarność Piotra Dudy.
Hasła też te same. Precz z Unią, która jest oczywiście niemiecka i rządzona z Berlina, więc słusznie budzi gniew polskich narodowych patriotów i ludzi głębokiej wiary, zwłaszcza wyznawców głoszącego ubóstwo i obronę Polski przed Zachodem Rydzyka, sług Maryi i rycerzy świętego JPII. Skoro Unia jest niemiecka, a Tusk to ktoś w rodzaju gauleitera na Polskę, tylko kwestią czasu jest, kiedy słusznie zostanie za okrutne represje i doprowadzenie narodu do nędzy skazany na dożywocie (jak trafnie wezwał jeden z pisowskich mężów stanu i kryształowo uczciwych polityków, pan Romanowski).
Ta demonstracja to przejaw nie tylko głupoty, co zdarza się na wielu demonstracjach, ale i niepojętego zaślepienia. Rolnictwo stanowiące ok. 3% PKB jest w Polsce nowoczesne przede wszystkim dzięki unijnym dopłatom, a grupą, która najbardziej na wejściu Polski do Unii skorzystała, są chłopi.
Sama umowa Unia-Mercosur została podpisana mimo zapewnień Batyra, że ma jako nacjonalista i gorący patriota doskonałe stosunki z premier Włoch Giorgią Meloni i, jak sugerował, „załatwił” włoski sprzeciw wobec tej haniebnej, antypolskiej i antywłoskiej, szerzej – antyludzkiej, umowy.
Jak widać, dał się zwieść. Włochy były za Mercosurem. Wieś jest wroga wobec Unii i jakiejkolwiek demokratycznej formacji politycznej (ufa ludziom wskazanym przez Kościół, przede wszystkim nacjonalistom, antyszczepionkowcom i Radiu Maryja). Moim zdaniem głównym źródłem tej wrogości jest ciągle cieszący się na prowincji i w wielu wioskach prestiżem i zaufaniem Kościół, będący przechowalnią nacjonalizmu. I teraz trzeba biednym prawdziwym chłopom patriotom i rycerzom wiary dalej o Polskę walczyć.
Nie bardzo wiadomo, co nasi dzielni, niezłomni współcześni rycerze mają zrobić. Jak przekonać niemiecką Unię i jak obalić znienawidzonego Tuska oraz wyprowadzić Polskę z okrutnego Mercosuru? Chyba nadszedł czas, aby postawić kosy na sztorc, co obiecują od lat działacze wiejskiej Solidarności,






