Bójki na przystankach

Bójki na przystankach

Konflikt między przewoźnikami w Zakopanem

Kilka dni temu na parkingu w Palenicy Białczańskiej wzięli się do bitki dwaj kierowcy osobowych mikrobusów. Poszło, oczywiście, o dutki, czyli o to, kto ma zabrać z przystanku turystów czekających na przewóz do stolicy Tatr. W starciu zwyciężył kierowca niestowarzyszony, w związku z czym Zrzeszenie Transportu Prywatnego w Zakopanem zaalarmowało policję i prokuraturę. Scysja z użyciem pięści doskonale odzwierciedla atmosferę panującą wśród przewoźników na Podhalu.
Pod względem oferty przewozowej Zakopane dorównuje największym metropoliom. Usługi świadczą autobusy PKS, taksówki oraz busy. Od niedawna, kiedy to władze miasta spowodowały, że część busiarzy zajęła się przewozowymi usługami regularnymi, czyli prowadzonymi według rozkładu jazdy, na każdym przystanku co 60 sekund pojawia się jakiś środek transportu! Takiej częstotliwości nie notuje żadne miasto w Polsce, a przecież dodatkowo taksówki oraz busy „okazjonalne” są nieustannie do dyspozycji na telefon lub machnięcie ręką.
– Wypoczywamy z rodziną na wczasach od czterech dni – relacjonuje Marian z Żor. – Na początku, jako kierowca własnego wozu, byłem wnerwiony, bo na wszystkich ulicach obowiązuje zakaz zatrzymywania się, a parkingi są drogie jak cholera. Teraz już sobie chwalę, bo busiarz bierze za transport parę złotych, a ja mogę łyknąć jedno i drugie piwko. Żona trochę mruczy, ale dzięki busiarzom każdy facet na urlopie w Zakopanem może funkcjonować na lekkiej bańce…

Twardy klincz

Zadowoleni z podhalańskiego transportu są tylko pasażerowie. Przewoźnicy mają pretensje – do konkurentów oraz władz miasta.
Niedawno Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów wszczął postępowanie antymonopolowe przeciwko gminie Zakopane. Powodem była skarga wystosowana przez tutejsze Zrzeszenie Transportu Prywatnego.
– Mogę powiedzieć tylko tyle, że pracujemy bardzo intensywnie i rozstrzygnięcie sprawy nastąpi w ciągu najbliższych kilku tygodni informuje Dariusz Łomowski z UOKiK.
Krzysztof Owczarek, wiceburmistrz Zakopanego, zachowuje olimpijski spokój: – Urząd może zrobić tylko jedno – umorzyć postępowanie przeciwko nam. Władze samorządowe nie prowadzą działalności gospodarczej w dziedzinie transportu, więc nie stanowimy dla nikogo konkurencji. Nie naruszamy swoim postępowaniem interesu publicznego, lecz go chronimy. Stworzenie warunków do powstania przewozów regularnych leży w żywym interesie mieszkańców i turystów. Cała ta historia to absurd rozdmuchany przez kilkanaście osób, które poczuły się skrzywdzone, kiedy zaczęliśmy porządkować bałagan panujący w miejskich przewozach pasażerskich.
Jakub Karpiński, prezes Zrzeszenia Transportu Prywatnego, nie kryje rozgoryczenia: – Władze samorządowe zachowują się tak, jak gdyby chciały za wszelką cenę wesprzeć zakopiański PKS oraz prywatne firmy powiązane familijnie z figurami pracującymi w UM. Co do mnie, to reprezentując interesy zrzeszenia, wycofałem się z prowadzenia działalności gospodarczej. Mimo to moja rodzina zajmująca się biznesem jest teraz nękana ciągłymi kontrolami.
W zrzeszeniu uważa się, że poczynania UM doprowadziły do odebrania części busiarzy chleba. W ratuszu twierdzą, że niedawne posunięcia odebrały cwaniakom możliwość żerowania na miejskiej infrastrukturze.

Awantury pierwsze

Kilka zdezelowanych mikrobusów pojawiło się w Zakopanem już w ostatnich latach PRL. Biznes okazał się kokosowy, więc w warunkach rynkowych właściciele sędziwych nys szybko wymienili je na robury, potem fordy, następnie mercedesy, świadcząc usługi już nie tylko w samym mieście, ale i w okolicy. Zrzeszenie Transportu Prywatnego powstało z jednej strony po to, by skończyć z awanturami w środowisku samych busiarzy, po drugie – ażeby stworzyć reprezentację do rozmów z władzami miasta. Niebawem kierowcy ZPT objęli w posiadanie kluczowy przyczółek – uliczną zatokę przy rondzie ul. Kościuszki, obok baru Fis. Dziś twierdzą, że udostępnili im tę lokalizację gospodarze Zakopanego, ale ci zaprzeczają.
– Zrzeszenie zajęło część pasa drogowego samowolnie i nie ponosząc z tego tytułu żadnych opłat – twierdzi burmistrz Owczarek.
– W dodatku busiarze, nie pytając nikogo o zgodę, zainstalowali głośniki reklamujące ich usługi. Położony po sąsiedzku PKS, w obliczu zagrożenia konkurencją, podkręcił jeszcze bardziej własne głośniki. Posypały się skargi mieszkańców pobliskich ulic, nękanych nieustannym hałasem. Kiedy podjęliśmy interwencję, kierownictwo ZTP zaczęło oskarżać nas otwarcie o złą wolę, ograniczanie wolnej konkurencji oraz forowanie transportu publicznego.
Busiarze wspominają, że pierwsze problemy ze strony UM pojawiły się w momencie, gdy stolica województwa była jeszcze w Nowym Sączu. W owym czasie nowelizacja ustawy nałożyła na nich obowiązek odbycia specjalnego przeszkolenia oraz wniesienia opłaty za otrzymanie zezwolenia na świadczenie usług. Łączną kwotę, w wysokości 1,4 tys. zł, inkasował UW.
– Od zarządu miasta usłyszeliśmy wtedy: skoro wasze pieniądze wędrują do „województwa”, to nie macie prawa zarabiać w Zakopanem
– relacjonuje Jakub Karpiński. – Posypały się też szykany. Zgodnie z przepisami, nie mamy prawa zatrzymywać się na przystankach autobusowych, ale zdarza się, że musimy to robić, kiedy pasażerowie sobie tego życzą. Zresztą ulice w mieście są tak oznakowane, że praktycznie nigdzie nie można się zatrzymać. Sypały się mandaty, PKS zaś prowadził przeciw nam kampanię oskarżeń, choć przecież połowa zakopiańskich busiarzy nie należy do zrzeszenia.

Regularnie i okazjonalnie

– Trzeba się skrzyknąć i zakorkować busami Zakopane – wzrusza ramionami właściciel mikrobusu, zagadnięty na Skibówkach. – Ci w urzędzie ustępują tylko wtedy, kiedy czują siłę. Przed zimą chcieli zainstalować tu duże przedsiębiorstwa przewozowe z Łodzi i Warszawy, firmowane przez Mercedesa i Renault, a nas puścić z torbami. Protestowaliśmy i odpuścili!
W czasie tamtego konfliktu upubliczniono oficjalną informację burmistrza o kryteriach, według których UM zamierza organizować na nowo regularny transport w Zakopanem. Pierwszeństwo w otrzymaniu licencji miało przysługiwać potentatom zdolnym obsłużyć za pomocą swoich pojazdów wszystkie istniejące linie. Poza PKS-em nikt z miejscowych nie dysponuje takim taborem, podejrzewano więc, że to zachęta dla wielkich firm krajowych i zagranicznych. Podejrzenia wzmagał wymóg pomalowania jednakowo wszystkich pojazdów obsługujących daną linię. Do szewskiej pasji doprowadziło busiarzy żądanie burmistrza, by do Kuźnic odbywały się tylko kursy regularne i aby wszystkie pojazdy tam jeżdżące spełniały wyśrubowane normy emisji spalin nazywane euro 2.
Króciutka droga do Kuźnic jest dochodowa niczym kopalnia diamentów. Podczas każdego sezonu można tutaj zarobić na transporcie turystów ponad 40 tys. zł dziennie. Jeszcze niedawno busiarze mogli świadczyć usługi okazjonalnie, czyli jeżdżąc bez rozkładu, według własnej woli. Teraz już nie mogą.
Szafa w gabinecie Jana Gołąbka, dyrektora zakopiańskiego PKS, wypełniona jest fotografiami, kasetami wideo i informacjami o podkradaniu pasażerów przez busiarzy.
– Najczęściej praktykowana przez nich metoda polega na tym, że pierwszy mikrobus przyjeżdża na przystanek chwilę przed naszym autobusem, drugi tuż za nim. Pierwszy zabiera nam pasażerów sprzed nosa, po czym blokuje podczas jazdy autobus po to, żeby drugi bus mógł się wysforować do przodu i zabrać następnych turystów wcześniej niż PKS.
– Zmuszając busiarzy do świadczenia przewozów regularnych, władze miasta w istocie rozbiły nasze środowisko, powodując, że nie jesteśmy w stanie kontrolować zjawisk patologicznych – przyznaje prezes Karpiński. – Na pół tysiąca osób świadczących te usługi ponad połowa to ludzie, których nie przyjęliśmy do ZTP albo z naszej organizacji usunęliśmy.
Co ciekawe, część usługodawców okazjonalnych nie pozostaje w konflikcie z zakopiańskim magistratem. Zajmują się wyłącznie przewozami na telefon, współpracując z właścicielami hoteli, pensjonatów i restauracji.
Pasażerów mało obchodzą starcia konkurencji, jeśli co chwila mogą wsiąść do pojazdu, który zawiezie ich tam, gdzie chcą dotrzeć. Szkopuł w tym, iż niektórzy przewoźnicy oszukują. Zamiast zainkasować za transport określoną ściśle kwotę od osoby, to – jeśli przewożą np. trzech pasażerów, a nie ośmiu, żądają od nich należności za wszystkie fotele albo i więcej.
Parę miesięcy temu policja przeprowadziła w całej Małopolsce, również na Podhalu, wielodniową kontrolę ponad 600 mikrobusów oraz autobusów lokalnych. Ujawniono wiele nieprawidłowości: zły stan techniczny pojazdów, zabieranie i wysadzanie podróżnych w niebezpiecznych miejscach, nagminne popełnianie wykroczeń w ruchu. Zatrzymano ponad 60 dowodów rejestracyjnych, nałożono łącznie ponad 50 tys. zł grzywny. Dziś ponoć jest już znacznie lepiej.

Lepiej, czyli… gorzej?

Zezwolenia na świadczenie usług transportowych – na drogach powiatowych – wydaje również starosta. Na niego skarg ze strony transportowców nie ma.
– Dochodzimy do konsensusu przekonuje Andrzej Skupień, wicestarosta tatrzański. – Ustaliliśmy razem z miastem nową organizację ruchu na naszym terenie, co powinno się przyczynić do uspokojenia sytuacji tak samo jak rezygnacja z niektórych radykalnych rozwiązań.
Magistrat ostatecznie nie wpuścił na teren Zakopanego żadnej obcej firmy i remontuje uliczną zatokę obok Fisa z przeznaczeniem dla busiarzy świadczących usługi regularne. Zdecydował jednocześnie o zakazie wjazdu przewoźników okazjonalnych na drogę do Kuźnic. Musieli oni także przenieść swój główny punkt postojowy na prywatny teren obok dworca PKP.
– Z trudem staramy się przetrwać, dzieląc między sobą tę resztkę przewozów, która pozostała – wyjaśnia Jakub Karpiński. – Wyznaczyliśmy na niektóre linie regularne po czterech, pięciu przewoźników, którzy będą zarabiali tylko przez dwa dni w tygodniu. Niestety, prawda jest taka, że przy tak gęstym obłożeniu rozkładów jazdy dla przewoźników okazjonalnych brakuje miejsca. A ponieważ to władze miejskie kształtują politykę transportową, zdecydowaliśmy się zaskarżyć ich postępowanie do UOKiK.
W PKS, który busiarze uważają za pupila lokalnej władzy, nastrój jest niewesoły.
– Jeśli nawet ktoś w UM próbował analizować perspektywy przewozowe w mieście, to nie mógł zrobić tego rzetelnie, nie zgłosił się bowiem po dane, którymi dysponujemy tylko my – powątpiewa dyrektor Gołąbek. – Dziś, z naszego punktu widzenia, bałagan jest jeszcze większy, niż był. Udostępniając busiarzom przewozy regularne, wpuszczono ich na nasze przystanki, gdzie robią, co chcą. Przyjeżdżają tuż przed autobusami, a kiedy w godzinach szczytu my podstawiamy „bisy”, czyli drugie autobusy, oni podjeżdżają w pięć samochodów. My, jeśli jest kiepska pogoda albo po sezonie, musimy wozić powietrze, oni – choć powinni jeździć według rozkładu jazdy, zostają w domach…
Niezależnie od postanowienia UOKiK dla wczasowiczów wypoczywających pod Giewontem najważniejsze jest, by na skutek konfliktu nie stanęło nagle wszystko, co porusza się tutaj na czterech kołach.

Wydanie: 33/2004

Kategorie: Kraj
Tagi: Adam Molenda

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy