Brzydota z pazurem

Brzydota z pazurem

Chciałbym, żeby pozostało u nas coś z tej dzikości. I myślę, że pozostanie. Polska się nie da

Ziemowit Szczerek – absolwent prawa i podyplomowych nauk politycznych. Interesuje się wschodem Europy, historią alternatywną oraz dziwactwami geopolitycznymi, historycznymi i kulturowymi. Autor książek „Przyjdzie Mordor i nas zje, czyli tajna historia Słowian” (Paszport „Polityki” 2013) i „Rzeczpospolita zwycięska”, współautor zbioru opowiadań „Paczka radomskich”. Jako pierwszy w Polsce przetłumaczył „Upadek i demoralizację na Derby Kentucky” Huntera S. Thompsona. Jego najnowsza książka to „Siódemka”.

Jednym z głównych bohaterów twojej ostatniej książki jest polska przestrzeń publiczna. Zgadzasz się z Krzysztofem Vargą, który po lekturze „Siódemki” napisał, że „jesteśmy narodem tekstu, a nie obrazu”?

– Wiem, o co mu chodziło, ale myślę, że jednak można fajnie plastycznie użyć tej polskiej brzydoty, kiczoty, matejkozy. Potrafią to robić Amerykanie, Rosjanie także się uczą, jak wykorzystać brzydotę i kicz wokół.

Niech pasteloza będzie rozpoznawalnym symbolem Polski, tak jak wielkie świecące szyldy, które symbolizują Las Vegas?

– Z każdej estetyki można wyciągnąć coś interesującego i nawet jeśli jest brzydka, może być ciekawa. Nie mówię, że nie potrzebuję więcej ładu, więcej harmonii. Jasne, że chciałbym czasem się zachwycić jakimś subtelnym ujęciem urbanistycznym nieprzysypanym szyldozą – same szyldy zresztą też byłoby fajnie trochę uestetycznić. Nie chciałbym jednak, żeby cała Polska zamieniła się w Polkowice, dumę Polski zachodniej, gdzie w wyniku przejechania po całym mieście tynkiem barankiem miasteczko ma wyglądać rzekomo jak nasz największy historyczny zakompleksiacz, czyli Niemcy. Ale ono nie wygląda jak Niemcy, tyko jak wyobrażenie Niemiec przez prowincjonalnego samorządowca. Polkowice wyglądają nie tyle jak realizacja wizualizacji deweloperskiej, ile jak sama wizualizacja. Tak samo wygląda odbudowana starówka Elbląga – niczym prowincjonalne marzenie o Europie Zachodniej. Sztucznie jak projekt zrobiony na starym komputerze, ponieważ plany zagospodarowania przestrzennego to jedno, ale ludzie muszą mieć też wdrukowaną potrzebę wspólnego ogarniania przestrzeni. Oddolnego. To oczywiście się wykształci, ale potrzeba czasu.

Nie wiem, czy to możliwe, ale po przeczytaniu „Siódemki” patrzę na polską brzydotę z pewnym dystansem, a nawet z uśmiechem. Z kolei po lekturze „Wanny z kolumnadą” Filipa Springera chciałem ją podpalić, jak grupka hipsterów w twojej książce.

– No właśnie, dlatego zresztą wrzuciłem hipsterom do samochodu Springera. Ja do tej polskiej estetyki (albo raczej pseudoestetyki) mam klasyczną Hassliebe. Nie mogę powiedzieć, że mi się to wszystko zupełnie nie podoba. Brzydkie to jest, owszem, ale ma pazur. No i jest jednak odbiciem polskiego stanu ducha, możliwości i potrzeb. Pokazuje nas takimi, jakimi jesteśmy, bez eleganckiej narzutki, jakimi nakrywają się inne kraje Europy. Ameryka też jest brzydka, ale z tej swojej brzydoty zrobiła jakość, kult i znak rozpoznawczy. Nikt teraz nie mówi o tym „brzydota”, lecz „amerykańska przestrzeń”, jest to już pewien styl. Spałem ostatnio niedaleko drogi A1 w paskudnym motelu, a z okna widać było całą tę przaśność, jakieś zmiany opon, kantory, to, owo i wszystko było piękne w swojej paskudności. Szczerze mówiąc, nie chciałbym, żeby Polska wyglądała jak usypiające Niemcy czy coraz nudniejsze Czechy. Chciałbym, żeby pozostało tu coś z tej dzikości. I myślę, że pozostanie. Polska się nie da.

Pod względem estetyki bliżej nam do wschodu czy zachodu Europy?

– Polsce na razie bliżej do Rosji czy Ukrainy, a nawet do Kosowa, niż do Czech, Litwy bądź Niemiec. Nawet ta wyśmiewana Białoruś łukaszenkowska z ogarnięcia przestrzeni zrobiła pewien fetysz i mimo że tę przestrzeń ogarnia równie prostacko, jak zarządza państwem, to jednak ogarnia. Polska rzucała się na własną estetykę kilka razy: najpierw dziki gon lat 90. chciał roznieść w proch i pył szarość PRL i nastawiał pastelowych disneylandów, przeprowadził rewitalizację za pomocą kostki polbrukowej i tynku baranka, a teraz po tym trzeba sprzątać, jak na Świętokrzyskiej w Warszawie. Miasta rewitalizowane w latach 90. wyglądają niezbyt ładnie, jak Rzeszów – przyjemne skądinąd miejsce i zadbane, ale stylówa tego zadbania wygląda, jak wygląda. Teraz idzie jednak druga fala rewitalizacji i ta jest już raczej w porządku. Nasz kraj dorobił się w końcu wielu świetnych architektów i specjalistów od przestrzeni.

Strony: 1 2 3

Wydanie: 30/2015

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy