Brzydota z pazurem

Brzydota z pazurem

Wciąż jednak w wielu miastach o wszystkim decydują deweloper i radni, a nie poważne grono architektów.

– Ostatnio jeździłem po miasteczkach nadmorskich i, owszem, w większości jest dramat, tani plastik, dicho…, parodia estetyki i czyste barbarzyństwo, lecz im dalej od Władysławowa czy Jastrzębiej Góry, tym coraz lepiej. Coraz wyraźniej widać stare kształty rybackich wiosek czy miasteczek. W ogóle Kaszuby z roku na rok są śliczniejsze. Coraz rzadziej używa się topornego polbruku, a częściej drobniejszej kostki, coraz rzadziej rewitalizacja oznacza po prostu rzucenie tynku na ścianę, staje się wydobywaniem z tej ściany jakiejś historii. Rewitalizacja Kielc idzie coraz ciekawiej, choć w niektórych miejscach nadal przypomina Kosowo. Dobrym przykładem jest Lublin i coraz więcej miejsc na wschodzie kraju. Albo taka Warszawa, odświeżona przed Euro, okazała się bardzo przyjemnym, ładnym miastem, i to chyba po raz pierwszy w swojej historii. Wbrew mitowi przedwojennej „pięknej Warszawy” stolica uchodziła wtedy za brzydką. Niektóre rzeczy trudno jednak odwrócić. Moja mama pochodzi z Jury Krakowsko-Częstochowskiej, gdzie tradycyjnie budowało się z białego, wapiennego kamienia, no i z drewna – wiadomo, Kongresówka to Kongresówka. Ten wapień mógłby nadal być elementem spajającym. Nie twierdzę, że powinno być z niego wszystko, ale jako motyw, baza, wapień mógłby być nadal wykorzystywany. Dzięki temu Jura byłaby jednym z najpiękniejszych regionów Europy. Ale nie jest, bo w czasie, kiedy ludzie gardzący swoimi wiejskimi, drewnianymi chałupami, w których mieszkali razem z trzodą, mogli wystawić sobie coś murowanego, budowali, co się dało i z czego się dało, estetyka zaś była fanaberią. A już coś takiego jak dbanie o harmonię zabudowy…

Zaczynają się znów pojawiać przyjemne małe miasteczka, a przecież jeszcze nie tak dawno nie było ich w Polsce. No i cóż, rewitalizacja rewitalizacją, ale pozostaje nam ten ogólnopoloszajs jakoś oswoić, polubić, bo on nie zniknie i jest go sporo.

Skąd się wziął ten przestrzenny ogólnopoloszajs?

– To sprawa związana z polską pełzającą postapokalipsą. Te miasta i miasteczka nie są zamieszkane przez potomków tych, którzy je zbudowali. A ci, którzy w nich zamieszkali, nie wytworzyli jeszcze społecznych mechanizmów koniecznych do utrzymywania i użytkowania tych miejsc zgodnie z ich przeznaczeniem. W związku z tym miejsca z przyjemnie zorganizowaną miejską tkanką zostały zasyfione przez nalot nanoszony na nie od dziesięcioleci, przez dobudówki, nadbudówki, budy, szyldozę, pastelozę.

Jak rozumiesz pojęcie piękna?

– Jest coś takiego jak wewnętrzna potrzeba ładu i harmonii, ale na tym jednak się nie kończy. Ładne jest też to, co jest ciekawe, co trudne do polubienia pierwszym odruchem, ale gdy się w to wsłuchać, wpatrzeć – pobudza jednak zmysły.

Jakiś czas temu oddaliśmy deptaki bankom i salonom telefonii komórkowej. Są jednak tacy, którzy twierdzą, że kapitalizm z kulturą konsumpcjonizmu na tyle skutecznie pozamykał nas w domach, że masowe, kawiarniane picie kawy w wielu miastach i miasteczkach się nie uda, pomijając już sytuację finansową polskich rodzin.

– Nie, nie, Polacy, gdy już wyjdą na ulice, zostają tam. Kraków, Wrocław żyją na ulicach. Podobnie jest w Warszawie. Gdy w końcu ci ludzie z podwarszawskich wsi nauczyli się funkcjonować wielkomiejsko, teraz obsiadają knajpy, kawiarnie itp. Warszawa znów jest miastem, które nie zasypia, jak przed wojną. Bo wtedy też taka była. W małych miasteczkach robi się podobnie. Polacy nie żyją w domach bardziej niż ktokolwiek inny. U nas, wbrew pozorom, jest zdecydowanie większy ruch niż w Europie Środkowej. Czechy, Słowacja, Węgry – tam dopiero są pustki na ulicach i siedzenie po domach! To osławione siedzenie w gospodach przy piwie… Fakt, to sposób na nawiązywanie więzi społecznych, ale ono zostało w Polsce tak zmitologizowane, że traktujemy je jak fetysz, czeską komunię świętą. A oni siedzą, owszem, ale i w Polsce coraz bardziej się siedzi. Tylko u nas siedzi inne pokolenie. Raczej młodsi. U nich siedzą wszyscy i razem. Wystarczy jednak przejść się po jakimś środkowoeuropejskim mieście w dzień powszedni o dowolnej porze i można odnieść wrażenie, że walnęła bomba biologiczna.

Pomówmy o wychodzeniu na ulicę w zupełnie innych celach. Bierzesz udział w marszach protestacyjnych, pikietach?

– Nie.

Strony: 1 2 3

Wydanie: 30/2015

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy