Bunt potęgą jest i basta

Bunt potęgą jest i basta

Warszawa 08.02.2017 r. dr. Michal Rauszer - Instytut Slawistyki - PAN. fot.Krzysztof Zuczkowski

Wiele praw, z których na co dzień korzystamy, ma początek w chłopskim nieposłuszeństwie Dr Michał Rauszer – badacz buntów chłopskich Przeciwko czemu buntowali się polscy chłopi w ciągu czterech wieków obowiązywania pańszczyzny? – Przede wszystkim przeciwko samej tej instytucji, czyli przymusowi pracy na pańskim polu przez określoną liczbę dni w tygodniu. Mocno ograniczało to ich możliwości rozwijania własnych gospodarstw, a nawet wyżywienia się, bo rolnictwo było o wiele bardziej pracochłonne niż obecnie. W wielu krajach, np. we Francji, chłopi nie świadczyli darmowej pracy, tylko płacili ustaloną kwotę czynszu. Polskie chłopstwo konsekwentnie domagało się identycznego rozwiązania. Praca na nie swoim polu, czyli na folwarku, obowiązywała zarówno posiadaczy niewielkiego kawałka ziemi, jak i najbogatszych kmieci. W pozostałych kwestiach te grupy miały sprzeczne interesy, ale względem pańszczyzny były w wymuszony sposób solidarne. Poza tym pamiętajmy, że pan miał nad chłopami praktycznie nieograniczoną władzę. Stawał się więc tym wrogiem, wobec którego podejmowano wspólne działania. Chłopi potrafili wyobrazić sobie świat, w którym nie musieliby obrabiać pańskiego pola? – Przez długi czas robili to od dwóch do czterech dni rocznie, aż nagle w 1520 r. Zygmunt Stary nadał szlachcie przywilej, na mocy którego pańszczyzna zaczęła wynosić minimum jeden dzień tygodniowo. Bez wątpienia wśród ludu długo przetrwała pamięć o czasach, kiedy pracowano na rzecz dworu jedynie kilka dni w roku. Z kolei w XVIII w. także na polską wieś zaczęły docierać koncepcje, które na Zachodzie zaowocowały m.in. rewolucją francuską, takie jak idea równości wszystkich ludzi. Bardzo trudno jednak ustalić, co tak naprawdę myśleli chłopi, gdyż nie dysponujemy źródłami, w których szczerze wypowiadaliby się na ten temat. Nie istniały przecież wówczas żadne badania tej grupy, nie było organizacji, które wyrażałyby ich aspiracje, nie było prasy, książek itp. Pewnych wskazówek dostarcza nam za to wiejski folklor. Gdy zaczęto go rejestrować, okazało się, że jednym z tematów opowieści i pieśni było to, jak w przeszłości wszyscy byli równi wobec króla. Inne pieśni zawierały wyobrażenie zbójnika rewolucjonisty wprowadzającego porządek, w którym każdy jest traktowany tak samo. Były też opowieści o Chrystusie, który wędruje wśród ludu i wprowadza powszechną równość. Chłopom nieobce było zatem myślenie, że system, w którym funkcjonują, jest niesprawiedliwy. Marzyli o silnej władzy, która przywróciłaby naturalny stan równości. Podważanie istniejących stosunków rzadko przyjmowało radykalną postać. – W okresie pańszczyźnianym jawne buntowanie się przeciw szlachcie było działalnością samobójczą. I to dosłownie: do drugiej połowy XVIII w. pan nie ponosił żadnych konsekwencji za zabicie chłopa, który był jego własnością. Niezadowoleni nie mogli więc po prostu zebrać się w grupę i np. rozpocząć strajk. W takich sytuacjach podporządkowani bardzo często odwołują się do tzw. ukrytych form oporu. Są one mało spektakularne, ale nierzadko skutecznie podważają dany system wyzysku. Na co dzień chłopi przeciwstawiali się pańszczyźnie właśnie w ten sposób: podkradając panu zboże, pracując wolno i niedbale, celowo niszcząc niezbędne narzędzia itd. Francuz Hubert Vautrin, który pod koniec XVIII w. przebywał w Polsce, zaobserwował scenę podnoszenia beczki przez „sześciu wysokich włościan”. Zajęło im to strasznie dużo czasu, dlatego zainteresował się, co tak ciężkiego znajdowało się w środku. Okazało się, że beczka była pusta. Chłopi odgrywali przed panem spektakl ciężkiej pracy pańszczyźnianej, a w rzeczywistości trwonili jej czas na bezużyteczne zajęcia. Gdy jeden chłop pańszczyźniany tylko udawał, że pracuje, nie miało to większego znaczenia, ale gdy robili to wszyscy zobowiązani do pracy w danym majątku, oznaczało to realne straty dla jego właściciela. W ten sposób codzienny, niewidoczny, anonimowy opór wyrządzał systemowi opresji dużo większe szkody, niż przyniosłaby otwarta konfrontacja. Były jednak sytuacje, w których chłopi mogli walczyć o swoje prawa na drodze sądowej. – W Polsce istniały dwa rodzaje dóbr: prywatne i należące do władcy, tzw. królewszczyzny; opłaty za dzierżawę tych drugich były jednym z głównych źródeł utrzymania państwa. Chłopi przypisani do dóbr królewskich, którzy uważali, że dzierżawca nakłada na nich zbyt duże obciążenia, mieli możliwość odwoływania się do sądów referendarskich. Bardzo często zarzucali tę instytucję skargami, a gdy otrzymywali od niej jakikolwiek „papier”, uznawali to za podstawę do wstrzymania pracy. Sądy referendarskie czasem wydawały wyroki

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 2020, 49/2020

Kategorie: Historia