Najpierw pańszczyzna, potem ojczyzna

Najpierw pańszczyzna, potem ojczyzna

Bunt chłopów z 1846 r. mówi o polskiej historii więcej niż wszystkie powstania niepodległościowe razem wzięte

„Wściekłe hordy z cepami, widłami, napadają bezbronnych, biją, mordują, odwożą do cyrkułów, a tam im płacą. O przeklęci, na wieki przeklęci, w których głowach rozwinął się ten pomysł! Ale nie – to nie podobna, aby człowiek, chrześcijanin, mógł coś podobnego wymyślić, samo piekło musiało im to poddać. Tak obłąkać ciemne umysły tylu ludzi, porobić ich zbójami, mordercami swoich braci, swojej Ojczyzny – to okropne”, zapisała w dzienniku pod datą 25 lutego 1846 r. Marianna Pikuzińska, wówczas 17-letnia dziedziczka majątku w Dołędze.

„Skupili się wieśniacy, jak gdyby za danym znakiem, i uderzyli na zamki i szlacheckie sioła. W gminie Dobr­ków szczególniej w dniach tych na zawsze pamiętnych, wściekłość ludu doszła do najwyższego stopnia. Rzuciła się najprzód chciwa krwi horda, na mieszkanie komisarza, i zamordowała tego wiernego rządcę majątku Dobrkowa nim mu w pomóc ktokolwiek mógł przybydź”, pisał autor wydanej w 1848 r. relacji „Rzeź galicyjska 1846 r. czyli szczegółowy opis dokonanych morderstw, rozbojów i łupieztw”.

Kult Polski szlacheckiej

Nasze wyobrażenia na temat tzw. rabacji galicyjskiej z 1846 r. tworzone były – i są – przede wszystkim pod wpływem podobnych do zacytowanych źródeł szlacheckich. To na ich podstawie powstały pierwsze popularne i naukowe opracowania dotyczące tego wydarzenia, których tezy powtórzono następnie w podręcznikach do historii. Nawet gdyby wśród ówczesnej masy niepiśmiennych chłopów znalazło się kilku potrafiących pisać, kto odważyłby się opublikować ich wspomnienia? Garstka chłopskich relacji, która przetrwała do odrodzenia państwa polskiego w 1918 r., została w większości pominięta lub wypaczona przez ówczesnych historyków. Kult Polski szlacheckiej przetrwał niemal pół wieku PRL, by po 1989 r. trafić już na stałe do oficjalnego dyskursu historycznego.
Powstanie krakowskie, choć mniej znane od listopadowego i styczniowego, zostało wpisane w poczet narodowych zrywów niepodległościowych epoki rozbiorów. Trwało zaledwie dwa tygodnie, zbyt krótko, aby zapisać się w historii choć jedną spektakularną potyczką. Stoczona z wojskami austriackimi jedyna bitwa pod Gdowem z 26 lutego 1846 r. przyniosła oddziałom powstańczym całkowitą porażkę. Trudno było się spodziewać innego rezultatu, skoro spośród 6 tys. powstańców zaledwie co trzeci miał broń.

Było to zarazem najtragiczniejsze powstanie w naszej historii, gdyż jak żadne inne uwidoczniło podział w polskim społeczeństwie. Chociaż przywódcy insurekcji – Ludwik Gorzkowski, Jan Tyssowski i Aleksander Grzegorzewski – zdawali sobie sprawę, że powodzenie całej akcji zależało od poparcia chłopów, w rzeczywistości niewiele zrobili, aby je uzyskać. Ograniczyli się do deklaracji, za którymi nie stały konkretne działania.

Już 22 lutego 1846 r. ogłosili Manifest Rządu Narodowego Rzeczypospolitej Polskiej do Narodu Polskiego, w którym pisali: „Polacy! Nie znamy odtąd między sobą żadnej różnicy, jesteśmy odtąd Braćmi, Synami jednej Matki Ojczyzny, jednego Ojca Boga na Niebie!”. Cóż po tych pięknych słowach, skoro – jak pisze historyk Marian Tyrowicz – „w kręgach notabli i szlachty zatrwożonej o swój los i mienie, o spokój i bezpieczeństwo życia, manifest przyjęty został z niedowierzaniem, u niektórych z tajną wrogością”?

Także sami chłopi z dystansem podchodzili do zapewnień przywódców powstania. O tym, jak wielka była ich nieufność do polskiej szlachty, najlepiej świadczy fakt, że szybciej i chętniej zaufali cesarskim zapowiedziom zniesienia pańszczyzny niż obietnicom polskiego rządu. Sytuacji nie poprawiła podjęta przez powstańców próba „wzbudzenia moralnego lęku chłopów przed krzyżem i sztandarem narodowym”, która jedynie pogłębiła chłopską wrogość wobec powstańców i Kościoła.

Dostatnie życie czy nędza galicyjska

Co się jednak stało, że powstanie krakowskie zostało zgniecione nie tyle przez wojska austriackie, ile przez bunt polskiej wsi? Wszak do tej pory większość podręczników pisze o łatwowiernych chłopach, którzy zamiast walczyć o niepodległą ojczyznę, niczym Judasz sprzedali powstańców za kilka cesarskich srebrników. Rzeczywiście, przeglądając dawne wydawnictwa opisujące Galicję w połowie XIX w., nie można oprzeć się wrażeniu, że ówczesne życie na wsi było istną sielanką.

„Nigdzie nie widziałem dotąd podobnych ogrodów chłopskich i takiego we wsi ruchu, jak między Krakowem a Łobzowem. Nie można kroku zrobić bez spotkania się z dziewczyną mleko niosącą, kobietą uginającą się pod koszem pełnym ogrodowizn, mężczyzn wozami konno prowadzących produkty swoje do miasta lub stamtąd inne w zamian”, notował w 1835 r. polski szlachcic o nazwisku Prek.

Jak zatem było naprawdę? Większość publikacji poświęconych historii gospodarczej jest zgodna: Galicja należała do najuboższych i najbardziej zacofanych regionów porozbiorowej Polski. Wątpliwości co do tego nie miał Marian Żychowski, który w swojej monografii poświęconej wydarzeniom z 1846 r. pisał: „Na przełomie XVIII i XIX w. Galicja zaczyna chylić się ku upadkowi, przekształcając się w kraj coraz powszechniej określany mianem »nędzy galicyjskiej«”.

Począwszy od lat 30. XIX w., Galicja już zupełnie pogrążyła się w zapaści gospodarczej. Po kolei upadały przemysł gorzelniczy, włókienniczy i cukrowniczy. Przyczyna kryzysu zawsze pozostawała ta sama – przestarzały sposób produkcji. Oddajmy głos Janowi Rutkowskiemu, autorowi monumentalnej „Historii gospodarczej Polski (do 1864 r.)”: „W galicyjskich cukrowniach wydobywano z surowego cukru zaledwie 50% rafinady, podczas gdy w Czechach wydobywano 80%, wobec czego wywożono surowy cukier do Czech w celu rafinowania”. I dalej: „Przemysł lniany zaczął upadać wskutek niemożności zastosowania w drobnych warsztatach nowych metod moczenia lnu w jednolitej temperaturze, co wymagało urządzeń fabrycznych”.

Tu wszystko idzie po staremu

Zacofanie przemysłu wynikało bezpośrednio ze skostniałego systemu społecznego, niezmiennego od wieków. Cytowany wcześniej Żychowski wprost pisał, że „administratorzy w Galicji prowadzili z góry nakreśloną politykę, utrzymującą w zasadzie status quo w stosunkach gospodarczych i społecznych, która hamowała i opóźniała rozwój ekonomiczno-społeczny kraju”. Spośród ponad 4,7 mln osób zamieszkujących Galicję zaledwie 32 tys. stanowiła szlachta herbowa.

Strony: 1 2

Wydanie: 13/2016

Kategorie: Historia

Komentarze

  1. Emano
    Emano 11 września, 2020, 12:20

    Kolejny narzekacz. Prawda jest taka że to co wiemy o tamtych czasach to jest przeważnie „g*wno prawda”. Czytając już setny raz z kolei o tym że „najcięższa jest dola chłopa” wychodzę z przekonania że oświeceniowcy a potem komuniści stworzyli celowo obraz gnębionego chłopa żeby pasowało do ich poglądów politycznych. Historia zawsze była zakładnikiem bieżącej polityki i historię tą przeważnie tworzyli przywódcy oddziałów zwycięskiego plebsu. Że niby chłop oddawał 50% swoich dochodów? W książce Piotra Guzowskiego „Chłopi i pieniądze w czasach średniowiecza i nowożytności” są przedstawione badania z których jasno wynikało że kmieć, zagrodnik czy innych chłop musiał odrobić, oddać albo śpięniężyć od 10 do 20% z całości produkcji rolnej aby pokryć wszelkie świadczenia na rzecz pana, państwa i kościoła. Dodatkowo chłopi sami kupowali i sprzedawali swoje gospodarstwa a feudał jako dziedziczny zwierzchnik terytorialny lub jakiś jego urzędnik jedynie zatwierdzał te transakcje w księdze ziemskiej albo gromadzkiej. Co jednocześnie oznacza że chłopi jeszcze na długo przed kapitalizmem i tym całym pseudo-uwłaszczeniem byli uznawani za właścicieli swoich gospodarstw. Ta reforma pseudo-uwłaszczeniowa kazała chłopom wykupować chałupy które i tak od dawna były uznawane za ich własności dziedziczne ufundowane na staropolskim prawie zwyczajowym. Zlikwidowano jedynie własność tradycyjną opartą na zwyczaju i przerobili ją na własność kapitalistyczną i burżuazyjną czyli tą z której posiadania nie wynikają żadne obowiązki a właściciel środków produkcji i narzędzi pracy to samowolny posiadacz który może sobie pracować kiedy chcę i nie musi w ogóle osobiście tą własnością zarządzać. Po prostu własność kapitalistyczna tak samo jak socjalistyczna to fikcja. Dajmy na to że właścicielem dużej fabryki jest anonimowa spółka akcyjna, państwowo albo społeczeństwo czyli właściwie kto? Lichwa. I tylko po to była ta cała reforma uwłaszczeniowa która była tak naprawdę wywłaszczeniem. Im dalej od kapitalizmu i bliżej do feudalizmu tym więcej kmieci i innych chłopskich gospodarstw. Im bliżej kapitalizmu i dalej od feudalizmu tym mniej kmieci i coraz większe rozwarstwienie stanu chłopskiego. Kilku bogatych chłopów wykupiło ziemię od tych biedniejszych i zamienili się w wiejską burżuazję. Natomiast masy tych biedniejszych uciekło do miasta aby zasilać podmiejski proletariat. Potomkowie dawnych kmieci zostali zmienieni w nędzarzy. Potem jeszcze przyszedł socjalizm i komunizm który pozbawił chłopa już całkowicie realnej własności i dał mu przywilej do bycia sądzonym przez trójkę NKWD która nie pozwalała mu opuszczać kołchozu ale o tym komuniści nic nie piszą. Dlatego wolą wymyślać bajki o złych panach żeby odwrócić uwagę motłochu że tak naprawdę to komuniści wprowadzili ustrój prawdziwie niewolniczy.

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy