Buntownik ujarzmiony

Buntownik ujarzmiony

Stasiuk z młodzieńca z groźną miną, w nadniszczonej skórzanej kurtce i z cygarem w zębach, stał się biznesmenem w marynarce i z kieliszkiem czerwonego wina w zasięgu ręki

Liryczny poeta, brutalny prozaik. Pisarz o najbardziej czadowym życiorysie spośród polskich literatów – napisali o Andrzeju Stasiuku Krzysztof Varga i Paweł Dunin-Wąsowicz, autorzy wydanego w połowie lat 90. „Parnasu Bis. Słownika literatury urodzonej po roku 1960”. Czas zweryfikował te słowa. Dziś Stasiuk, jeden z najbardziej wpływowych polskich prozaików i wydawców, pewnie wolałby już nie pamiętać o jedynym w swoim dorobku tomie poezji, wydanym dwa lata po oszałamiającym debiucie prozatorskim. A i brutalnym czy skandalizującym prozaikiem trudno już obecnie nazywać piewcę gorszej, pomijanej, niedocenianej Europy Południowo-Wschodniej, popularyzatora kultury tego regionu, twórcę literatury kontemplacyjno-podróżniczej.

Skandalista po odsiadce
W chwili wydania słownika Stasiuk miał 35 lat i został laureatem prestiżowej Nagrody Fundacji im. Kościelskich za powieść „Biały kruk”, wyróżnienia przyznawanego corocznie pisarzom lub krytykom literackim, którzy nie ukończyli 40. roku życia. Trzy lata wcześniej zadebiutował kontrowersyjnym zbiorem opowiadań „Mury Hebronu”, który w znacznej części składał się z monologu dumnego z własnych dokonań recydywisty, odsiadującego kolejny w swoim życiu wyrok. Słuchaczem był 20-letni chłopiec, który trafił do celi za jakąś błahostkę i wedle słów recydywisty „niebezpiecznie dużo czytał”. Mało istotna drugoplanowa postać stanowiła najpewniej literackie alter ego samego Stasiuka, którego z jednej strony doceniono za niezwykłą umiejętność odtworzenia więziennej gwary, a z drugiej zganiono za niespotykane dotąd w historii polskiej literatury bardzo drastyczne sceny i kalanie czystości polskiej mowy.
„Mury Hebronu” zostały wydane w jednym z wielu efemerycznych wydawnictw początku lat 90., Wydawnictwie Głodnych Duchów, które wkrótce przestało istnieć. Stasiuk natomiast został uznany za skandalistę – otrzymując łatkę niepokornego buntownika – po odsiadce (która w rzeczywistości była konsekwencją niefrasobliwości – pisarz ponoć po prostu zapomniał wrócić na czas z przepustki podczas odbywania obowiązkowej służby wojskowej), palącego tony papierosów i używającego brzydkich wyrazów nawet podczas występów w telewizji, samouka bez matury, wyrzucanego po kolei z liceum ogólnokształcącego, później z technikum, wreszcie ze szkoły zawodowej.

Europejczyk w chacie bez prądu
Nic dziwnego, że wielkiego rozgłosu nie zdobyły wydane jeszcze w roku 1995, a zekranizowane niedawno przez Dariusza Jabłońskiego „Opowieści galicyjskie”, zbiór dość subtelnych opowiadań pisanych prozą poetycką o ludności Beskidu Niskiego, efekt fascynacji rejonem, do którego wkrótce Stasiuk miał się przenieść ze stolicy. Rok później pisarz wraz z żoną, Moniką Sznajderman, antropolożką kultury, postanowili wydać własnym sumptem kolejny zbiór opowiadań, „Przez rzekę”. I tak zaczyna się historia wydawnictwa Czarne, które obecnie stanowi ewenement na polskim rynku książki – będąc przyczółkiem dla pisarzy bałkańskich, ukraińskich czy węgierskich za sprawą takich inicjatyw jak seria „Inna Europa, inna literatura”, wydaje jednocześnie wiele tytułów współczesnych pisarzy polskich w serii „Linie krajowe” i jest jedną z najważniejszych polskich oficyn.
Podobno po przeprowadzce w góry Stasiuk mieszkał w chacie bez prądu, zajmując się hodowlą bydła parzystokopytnego – „czadowy życiorys”, działając na wyobraźnię, generuje powstawanie legend. Po trudnych początkach, dzięki dotacjom rządowym wpływającym z krajów pisarzy, których utwory Czarne zaczęło wydawać, firma stanęła na nogi. Momentem przełomowym było nawiązanie współpracy z Jurijem Andruchowyczem, ukraińską gwiazdą literacką pierwszego sortu, wspólnie z którym Stasiuk napisał cieszącą się dużym powodzeniem książkę eseistyczną „Moja Europa. Dwa eseje o Europie Zwanej Środkową”.

Szlachectwo prowincji
Stasiuk na dobre zanurzył się w świat prowincji – w skali mikro: wraz z żoną począł wspierać popegeerowską społeczność Beskidu Niskiego, a w znaczeniu globalnym – otwarcie deklarował w wywiadach uznanie dla „gorszej” Europy, odrzucając zachodnioeuropejską ponowoczesną pustkę. Rejony, do których nie dotarł postęp, zostały przez pisarza uznane za jednoznacznie szlachetniejsze z powodu dawnego kształtu relacji międzyludzkich tam panujących. Tego rodzaju nostalgia była już widoczna w „Opowieściach galicyjskich” i w „Jak zostałem pisarzem (próba autobiografii intelektualnej)”, powieści, która wyrażała m.in. tęsknotę za minioną epoką i młodością pokolenia roczników 60., ostatniego, które było mało zainteresowane zyskiem, a poszczególne jednostki – według przekazu autora – wykazywały nawet chęć ciągłego tracenia dóbr materialnych.
Fascynacja prowincją znalazła pełen wyraz w uhonorowanej Nagrodą Literacką NIKE w roku 2005 powieści-drodze „Jadąc do Babadag”, która rejestruje podróż do symbolizującej zaplecze Europy Albanii. Stasiuk został wyróżniony jako autor już uznany, wkrótce niepalący, mało przeklinający, wypowiadający się ze zdecydowanie łagodniejszą intonacją w głosie. Gdyby NIKE istniała w roku 1993, „Mury Hebronu” nie miałyby szans nawet na nominację, mimo że jest to utwór znacznie przewyższający „Jadąc…” – jury okazuje się w takich przypadkach zachowawcze.
Nowa obsesja twórcza Stasiuka została zatem w pełni zaanektowana przez krytykę i opinię publiczną. Publiczny wizerunek pisarza uległ przepoczwarzeniu, zdjęcie z ostatniej strony „Wierszy miłosnych i nie”, na którym widnieje młodzieniec z groźną miną w nadniszczonej, skórzanej kurtce, z cygarem w zębach, jest już dawno nieaktualne, zostało zastąpione w powszechnej świadomości (jeśli jeszcze w taką wierzyć w kraju, gdzie czyta się coraz mniej książek) przez fotografię Stasiuka w marynarce i z kieliszkiem czerwonego wina w zasięgu ręki.

Wydanie: 33/2009

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy