Worek z niespodziankami

Worek z niespodziankami

Przegląd Teatrów Małych Form Kontrapunkt znalazł się w punkcie zwrotnym

Jeden z najstarszych festiwali, Przegląd Teatrów Małych Form Kontrapunkt, znalazł się w punkcie zwrotnym. W coraz mniejszym stopniu jest przeglądem małych form, a coraz bardziej – różnych form. Jeśli małych, to tylko w pewnym sensie, bo trwających nie dłużej niż półtorej godziny. Ale czy małą formą jest przedstawienie tzw. work in progress, produkcja berlińskiego Schaubuhne am Lehniner Platz i Teatru Habima z Tel Awiwu „Dritte Generation” („Trzecia generacja”) w reżyserii Yael Ronen, w której bierze udział dziesięcioro aktorów? Albo produkcja Rene Polescha j jego Volksbühne am Rosa-Luxemburg-Platz z udziałem kilkunastoosobowej grupy artystów?
Nie bądźmy jednak małostkowi. Koniec końców triumfowała mała forma – grand prix werdyktem publiczności przypadło spektaklowi „Lipiec” Iwana Wyrypajewa w mistrzowskim wykonaniu Karoliny Gruszki (i kilku towarzyszących jej osób) z warszawskiego Teatru na Woli. To była bez wątpienia mała forma, choć spektakl wielki.
Przesunięcie akcentu z ortodoksyjnej dbałości o formalną zgodność z regulaminem konkursu na sens znaczeniowy przesłania przeglądu, czyli Kontrapunkt, było jednak ze wszech miar decyzją słuszną, która

uchroniła przegląd przed skostnieniem.

Dzięki temu przesunięciu w konkursie sąsiadują ze sobą spektakle ansamblowe, monodramy, klasyczne małe formy, performance, zdarzenia plastyczne i dokudramy. Przegląd staje się sondą twórczych poszukiwań na polu pomiędzy tradycyjnym teatrem repertuarowym a całkiem nietradycyjnymi działaniami niezależnych artystów, między dużymi produkcjami międzynarodowymi i skromnymi akcjami familijnymi. Taki tygiel to oczywista korzyść dla widzów i trudność dla jurorów, którzy muszą w tym wszystkim jakoś się odnaleźć i ogłosić sensowny werdykt. W tym roku trochę im pracę ułatwiła nieobecność Teatru Pieśń Kozła – „Makbet” ze względu na chorobę aktora na przegląd nie dojechał, z wyraźną szkodą dla poziomu całości.
W tej sytuacji obok „Lipca” znakiem firmowym Kontrapunktu stał się tzw. program transgraniczny (na jeden dzień festiwal przeniósł się do Niemiec), który przyniósł kilka spektakli zagranicznych ze wspomnianą „Trzecią generacją” jako sztandarowym spektaklem politycznym, zrealizowanym w duchu poprzednich prac słynącej z odwagi i niekonwencjonalności w działaniach polityczno-teatralnych Yael Ronen. W Izraelu wsławiła się spektaklem „Plonter” w Teatrze Cameri w Tel Awiwie, przedstawieniem będącym swoistym lustrem konfliktu palestyńsko-izraelskiego. Spektakl objechał pół świata, włącznie ze strefą Gazy, wszędzie przyjmowany entuzjastycznie jako odważny znak pokoju i otwarcia, ważny głos w trudnej debacie o przyszłości Bliskiego Wschodu.
W Polsce Yael Ronen dała się poznać jako partnerka Michała Zadary w projekcie „Bat-Yam Tykocin” – wspólnym przedsięwzięciu Teatru Habima i Teatru Współczesnego we Wrocławiu, złożonym z dwóch przedstawień przygotowanych metodą na krzyż: izraelska reżyserka pracowała z polskimi aktorami, polski reżyser z izraelskimi, co dało w rezultacie niebanalny obraz resentymentów polsko-żydowskich, otwierając nowe możliwości dialogu i porozumienia trzeciej generacji po Holokauście.
Ten sam motyw jest punktem wyjścia projektu „Trzecia generacja”, w którym spotkali się aktorzy z Niemiec i Izraela, w krótkich scenkach – monologach i dialogach
– prezentujący

zawiłości stosunków niemiecko-żydowskich,

traumę po Holokauście i cały katalog współczesnych urazów. Prawdę mówiąc, to nie jest spotkanie dwóch stron, ale co najmniej czterech, bo z jednej strony są to Niemcy zachodni i poenerdowscy, a z drugiej Żydzi i Palestyńczycy, a jeśli pamiętać, że gdzie dwóch Żydów, tam, jak powiadają sami Izraelczycy, cztery partie (bardzo to polskie!), tych stron w dziesięcioosobowym zespole jest jeszcze więcej.
Mimo wagi poruszanych spraw, ich ciężaru gatunkowego Ronen jest jak najdalsza od nudziarstwa czy wzniosłości – debata toczy się jak rwący potok, inkrustowana sytuacjami zabawnymi i dramatycznymi na przemian. Wielce pouczający spektakl, wyznaczający poziom publicznych debat o polityce.
Z tym poziomem kłopot w przypadku polskiego spektaklu teatru z Wałbrzycha, „Niech żyje wojna” wedle scenariusza Pawła Demirskiego, a reżyserowanego przez Monikę Strzępkę. Jury nagrodziło ten spektakl, ale chyba przede wszystkim za intencje. Antywojenna wymowa spektaklu, polemika z ucukrowanymi portretami wojny rodem z „Czterech pancernych i psa” czy upudrowanymi opowieściami o powstaniu warszawskim, ideowo jest jak najbardziej słuszna i godna poparcia, ale środki ku temu użyte wydają się co najmniej dyskusyjne. Spektakl robi wrażenie bałaganu, ględzenia w nim co niemiara, nikt nad nim nie panuje, a to, co pozostaje w pamięci, to

idiotyczne rozbieranki

– początkowo męskie striptizy, a na koniec damskie. Aktor występujący chwilowo w roli premiera Mikołajczyka w negliżu, jak go Pan Bóg stworzył, budzi wprawdzie współczucie, ale nie to było chyba założeniem autorów.
W tej sytuacji jak haust świeżego powietrza wybrzmiały dialogi Milana Kundery z jego adaptacji „Kubusia i jego pana” wedle Diderota w reżyserii Pawła Aignera, spektakl szczecińskiej Pleciugi, przedstawiony lekko, zabawnie i bez pretensji do przyćmiewania sobą świata. Aktorsko co najmniej poprawne, kulturalnie poprowadzone i niegłupie. Taki kontrapunkt po wałbrzyskim zgrzycie był konieczny.

Wydanie: 20/2010

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy