Bush w Białym Domu

Bush w Białym Domu

Zwolennicy Ala Gore’a obiecują odwet, a przeciętna Ameryka straciła wiarę w bezstronność wymiaru sprawiedliwości

Pierwszy efekt wyborczej zawieruchy, jaka przez ostatnich pięć tygodni przeszła przez Stany Zjednoczone, to propozycja Kalifornijskiego Instytutu Technicznego oraz słynnego Massachusetts Institute of Technology, że na następne wybory obie uczelnie przygotują wspólnie dla Amerykanów nową maszynę do głosowania. Już pojawili się chętni do sfinansowania całego przedsięwzięcia, m.in. Fundacja Carnegie z Nowego Jorku przeznaczyła na ten cel 250 tys. dolarów, by – jak to ogłosił rektor MIT, prof. Charles Vest -“uniknąć poniżających kraj deliberacji na temat wyborczych nadużyć”.
Prasa podchwyciła ten pomysł z entuzjazmem, a przy okazji ujawniono, że niektóre maszyny do głosowania w USA mają nie tylko po 40 lat, jak te z Florydy, gdzie trwał najostrzejszy bój pomiędzy George’em Bushem i Alem Gore’em o ostateczne zwycięstwo, ale nawet po sto kilkadziesiąt lat, np. w stanie Nowy Jork.
“Ameryka potrzebuje jednolitej procedury wyborczej”, napisał też w związku z wielodniowymi

dyskusjami na temat dziurek

wybijanych w kartach do głosowania na Florydzie “The New York Times”. Na razie to zresztą marzenie ściętej głowy. W Stanach Zjednoczonych dotychczasowe prawodawstwo pozwala, by każde z 3141 istniejących w tym kraju hrabstw (odpowiednik naszego powiatu) ustalało własne procedury głosowania i liczenia głosów. Nowa maszyna autorstwa MIT i instytutu z Kalifornii mogłaby w tej sytuacji, przewidują jej entuzjaści, obniżyć do zera prawdopodobieństwo niewłaściwego liczenia głosów, nawet jeśli reguły gry byłyby w zależności od miejsca i stanu nieco inne.
Od kilku dni – kiedy Sąd Najwyższy USA, zakazując dalszego ręcznego liczenia głosów na Florydzie, przesądził o zwycięstwie George’a Busha – Amerykanie zastanawiają się, kto najbardziej stracił na tym spektaklu. Zaciekli przeciwnicy republikańskiego prezydenta-elekta twierdzą, że polityczna klęska i moralna infamia czeka właśnie Busha Juniora. Powody mają być dwa. Po pierwsze, wskazuje się, że nowy prezydent nie nadaje się do swojej roli, a zwłaszcza do prowadzenia polityki zagranicznej globalnego mocarstwa, jakim są Stany Zjednoczone. Przypominane są Bushowi w tym kontekście jego liczne gafy, a zwłaszcza historia z początku kampanii wyborczej, a więc jeszcze z 1999 roku, kiedy Bush Junior ujawnił w wywiadzie na żywo, nagrywanym dla telewizji w Bostonie, że nie zna nazwisk czołowych polityków z tak ważnych dla globalnych interesów USA państw, jak Indie, Pakistan czy Czeczenia. Główni komentatorzy prasowi już wówczas krytykowali gubernatora z Teksasu za “prowincjonalizm i brak kompetencji”. Wszystko podsumowała agencja Associated Press, która wypomniała republikańskiemu pretendentowi, że zdarzyło mu się już w przeszłości nazwać np. Greków – “Grecjanami” i skompromitować publicznie, kiedy okazało się, że nie ma pojęcia, jak nazywają się mieszkańcy Kosowa.
Znamienne, że spokojniej analizujący rzeczywistość znawcy Ameryki nie podzielają jednak takich, podsycanych żółcią przeżywanej porażki, obaw Demokratów i ich zwolenników. Wskazują oni nie bez racji, że doświadczenia w polityce międzynarodowej nie miał także Ronald Reagan, a przeszedł do historii jako wybitny strateg na arenie międzynarodowej – dzięki skrupulatnemu korzystaniu z rad znakomitych doradców. Także George Bush Jr. może liczyć na współpracę najlepszych amerykańskich fachowców w tej dziedzinie. Otacza go

grono doradców ojca,

którzy na polityce międzynarodowej – jak napisał “Los Angeles Times” – “zęby zjedli”. Nominacja na sekretarza stanu gen. Collina Powella oraz na doradcę ds. bezpieczeństwa narodowego – Condolezzy Rice, uważanej za błyskotliwą znawczynię problematyki zagranicznej, podkreślają obiektywni komentatorzy, zabezpiecza interesy Ameryki.
Powód drugi prorokowanej przez niektórych klęski Busha Juniora ma zupełnie inny charakter. Spora część zwolenników Ala Gore’a nie pogodziła się przecież z decyzją sądu o zaprzestaniu liczenia po raz trzeci głosów w niektórych hrabstwach Florydy. Nawet sam demokratyczny konkurent Busha powiedział w swoim przemówieniu w minionym tygodniu, że opinia prawników budzi jego sprzeciw. Dlatego co bardziej rozgorączkowani Demokraci już zapowiadają, że wykorzystają ustawę o swobodnym dostępie do informacji i zażądają nawet po zaprzysiężeniu Busha kolejnego ręcznego liczenia głosów w spornych hrabstwach. Prof. Pamela Carlin z Uniwersytetu Stanforda, stojąca na czele jednej z takich grup “nieprzejednanych zwolenników Gore’a”, stwierdziła nawet: “Dowiemy się w końcu, ile głosów i na kogo zostało oddanych, a Sąd Najwyższy nie będzie wyglądał najlepiej, kiedy okaże się, że poparł niewłaściwego kandydata”.
Trzeźwiejsi obserwatorzy uśmiechają się, słysząc takie pogróżki. Już dwa tygodnie temu gazety wyliczyły inne potencjalnie “miękkie podbrzusza” wyborczego procesu w roku 2000 niż kilka hrabstw na Florydzie. W stanie Nowy Meksyk po maszynowym, czyli powszechnym w USA, przeliczeniu głosów Al Gore uzyskał przecież przewagę zaledwie 425 głosów i prawnicy Busha Juniora ostrzegali, że być może zaskarżą ten wynik do sądu i także zażądają ręcznego liczenia. W New Hampshire z kolei George Bush Jr. uzyskał tylko 7 tys. głosów więcej od Gore’a, więc – jak napisała lokalna gazeta – “czemu nie pójść w tej sprawie do adwokata”. Minimalne różnice głosów – rzędu 0,2-0,4% dzieliły kandydatów także w takich stanach jak Iowa czy Wisconsi.
Na Florydzie, gdzie walka toczyła się o decydujące 25 elektorskich głosów, komisja stanowa nie chciała zaliczyć Bushowi prawie półtora tysiąca wypełnionych kart wyborczych, wysłanych korespondencyjnie przez żołnierzy, bo nie miały znaczka pocztowego (poczta wojskowa USA wysyła listy bez znaczków). Teraz zwolennicy republikańskiego prezydenta-elekta dodają do całego sporu nową groźbę. Dlaczego liczyć ręcznie, pytają, tylko głosy w hrabstwach tradycyjnie przychylniejszych Demokratom? Liczmy ręcznie głosy we wszystkich punktach Florydy, a okaże się, że Bush Junior zwyciężył tu znacznie większą ilością głosów niż przyjęte na koniec zaledwie kilkaset.
Prawnicze sztuczki irytują już nawet przeciętnych Amerykanów. Znamienne, jak chętnie w popularnych programach telewizyjnych cytowane jest stwierdzenie sędziego Sądu Najwyższego, Johna Paula Stevensa: “Nigdy się nie dowiemy, kto wygrał (prezydencką elekcję – przyp. MG) naprawdę, ale wiemy na pewno, kto ją przegrał. Kraj stracił wiarę w bezstronność wymiaru sprawiedliwości”. Prasa przypomina bez przerwy, że kolejne decyzje sądowe, pozwalające dalej liczyć głosy na Florydzie lub zakazujące takiego działania, zapadały w dziwnej łączności z przekonaniami politycznymi sędziów (których w USA mianują lokalne władze, demokratyczne lub republikańskie).
Dotyczy to także ostatecznej decyzji Sądu Najwyższego, która zapadła stosunkiem głosów 7 do 2. Gazety w USA piszą nawet wprost: był to

werdykt konserwatywnej
większości,

co “odbiera mu jasność i uszczupla autorytet sądu, postrzeganego dotąd jako instytucja stojąca ponad polityką”. “The New York Times” napisał nawet: “Wybory będą pamiętane jako rozstrzygnięte przez konserwatywny sąd na rzecz konserwatywnego kandydata”.
Znamienne, że zwykli Amerykanie pomimo to przyjmują ostateczną nominację Busha Juniora bez większych protestów. Z badań opinii publicznej wynika, że choć werdykt Sądu Najwyższego uznało za słuszny 52% obywateli (a 42% było przeciwnego zdania), to tylko 17% nie chce zaakceptować George’a Busha w Białym Domu. 80% Amerykanów już uznało go za swojego prezydenta. Jak napisał bowiem “Washington Post”, “tradycyjnie Amerykanie mają tendencję do skupiania się wokół nowego prezydenta, nawet kiedy wynik wyborów jest remisowy”.

 

Wydanie: 51/2000

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy