Byłem dzieckiem gułagu

Byłem dzieckiem gułagu

Rozmowa Daniela Passenta

Julian Better – urodzony w więzieniu, pierwsze siedem lat życia spędził w obozie

Imię?
– Julian.
Nazwisko?
– Better.
Data urodzenia?
– 15 grudnia 1937 r.
Miejsce urodzenia?
– Więzienie Butyrki w Moskwie.
Nazwisko ojca?
– Paweł Sierankiewicz.
Zawsze tak się nazywał?
– Tak.
Twoje nazwisko?
– Byłem Sierankiewicz.
A jesteś Better.
– Better jest nazwiskiem panieńskim mojej matki.
A nie Berger?
– Dokumenty na nazwisko Berger dała jej partia w Berlinie.
A nazwisko Muszczyński coś ci mówi?
– To nazwisko, na jakie dostał dokumenty mój ojciec.

Rodzice

Po kolei. Jak twoja matka trafiła do więzienia w Moskwie? Dlaczego urodziłeś się w Rosji?
– Dlatego, że mój ojciec został przez KPP wysłany z Polski do Berlina. Był jej aktywnym członkiem, działał w Krakowie i w 1922 r. dostał 10 lat więzienia, ale po dwóch latach został ułaskawiony przez prezydenta Mościckiego. Warunkiem ułaskawienia było to, że nie będzie się zajmował działalnością wywrotową. Partia komunistyczna była wtedy nielegalna. Po ogłoszeniu wyroku były bardzo silne protesty robotników. 10 lat więzienia to było coś niesłychanego. Takich wyroków wtedy nie dawali. A mój ojciec był robotnikiem, metalowcem. Miał kandydować do Sejmu, ale właśnie wtedy wsadzili go do paki.
Polak?
– Tak, jego matka była chłopką. Nazwisko Sierankiewicz jest nazwiskiem panieńskim mojej babci. Jej rodzina to piłsudczycy, jeden z Sierankiewiczów był burmistrzem Jarosławia. Ojciec był nieślubnym synem i czarną owcą rodziny.
A kto go wprowadził w działalność komunistyczną?
– Tego nie wiem. Urodził się w Krakowie, ale matka wyjechała z nim zaraz do Wiednia. Kraków nie był dobrym miastem dla panny z dzieckiem. Takie mieszczańskie środowisko. Jednym słowem, wyjechała i tam wyszła za mąż za Austriaka, mój ojciec do 20.-21. roku życia wychowywał się w Wiedniu.
I wrócił do Polski?
– Wrócił. Znał perfekt polski.
Był katolikiem?
– Z urodzenia, tak. Moja babcia była bardzo wierząca.
Po powrocie do Polski ożenił się?
– Nie, nie od razu. Organizował partię w Krakowskiem i na Śląsku Cieszyńskim. Z moją matką poznali się w Bielsku. Matka była urodzona w Białej, a ten okręg podlegał ojcu. Przyjeżdżał tam w sprawach partyjnych. A ona i jej młodsza siostra Gertruda były zaangażowane w ruch komunistyczny. Reszta rodziny również była zaangażowana, ale w działalność syjonistyczną.
Masz na myśli rodzinę matki?
– Tak. Wtedy jeszcze nie byli małżeństwem. Ponieważ mój przyszły ojciec – mimo wyroku – nie przerwał działalności komunistycznej, policja deptała mu po piętach. Gdyby go złapali, musiałby odsiedzieć te 10 lat. W 1927 r. partia wysłała go do Berlina. Matka pojechała za nim. Z miłości, to nie miało nic wspólnego z partią. Dwa lata byli w Berlinie.
Co robili, gdzie pracowali?
– Wiem, gdzie moja matka pracowała – w Torgpredstwie, radzieckim przedstawicielstwie handlowym. Nie wiem, co robił ojciec.
Ale czy oni nie byli już wtedy utrzymywani przez partię?
– Nie sądzę, ale to możliwe. Ojciec nie miał problemu z dostaniem pracy, bo mama nie miała szans. Partia była za uboga, żeby utrzymywać wszystkich, miał zawód i był Austriakiem, mógł pracować gdziekolwiek.
A dokąd wyjechali z Berlina?
– Po dwóch latach ojca skierowano do Moskwy. W 1930 r. mama pojechała tam za nim.
Czyli dziewięć lat przed wojną.
– No tak.
I ten cały okres przeżyli w Moskwie?
– Tak, ojciec zaczął pracować w fabryce samochodów Ził im. Stalina, potem partia skierowała go na tzw. Uniwersytet Zapada.
Po szkole podstawowej można było iść na uniwersytet?
– Mam duże zastrzeżenia co do poziomu i treści nauczania, ale to tak jak Uniwersytet Przyjaźni Narodów im. Lumumby. Panowała tam oczywiście indoktrynacja, uczyło się tam marksizmu-leninizmu, raczej stalinizmu.
Mama też tam studiowała?
– Nie, miała dobry zawód. W Bielsku prowadziła całą fabrykę, całą buchalterię. Była księgową i menedżerem, jak byśmy dzisiaj powiedzieli. Podpisywała zamówienia, przerzucała pieniądze między bankami. Miała wszelkie plenipotencje, pełne prawo podpisu dokumentów. W Berlinie, w Torgpredstwie też pracowała, składając różne zamówienia. I to samo robiła w Moskwie. Nazywała się korespondentem. Zamówienia składało się po niemiecku, a ten język świetnie znała.
A gdzie mieszkali w Moskwie?
– Najpierw były Sokolniki, wtedy to się nazywało „za Moskwą”. Walące się drewniane chałupy, maleńki pokoik, łóżko, stolik i dwa krzesła. Żadnych wygód. Całkowicie prymitywne, straszne warunki. Te dojazdy do Moskwy…
Czy to znaczy, że Rosjanie tak źle traktowali imigrantów komunistów?
– To znaczy, że inni mieli jeszcze gorzej. Robotnicy spali w fabrykach, na podłodze. Tak że to jeszcze nie było najgorsze. W 1935 r. nareszcie dostali pokój w tzw. komunałce, czyli w wielopokojowym mieszkaniu – w każdym pokoju jedna rodzina, niezależnie od liczby jej członków. Ulica nazywała się Wystawocznyj Pierieułok. Wybudowano tam wiele budynków przeznaczonych wyłącznie dla cudzoziemców – członków partii komunistycznej. Znaleźli się w całkowitej izolacji od społeczeństwa, od Rosjan, co zresztą było celem Stalina. Nasz dom miał numer 36.
Wtedy rodzice już nie pracowali?
– Ojciec pracował w „Trybunie Radzieckiej”. Wydział listów.
To była – mówiąc dzisiejszym językiem – polskojęzyczna gazeta sowiecka.
– Tak, dla Polaków na Zachodniej Ukrainie (jak to nazywali) i na Białorusi. Na wszystkie te tereny, które należały kiedyś do Polski; tam mieszkały przecież setki tysięcy Polaków. Ojciec często tam jeździł, potem zarzucano mu, że przygotowywał Polaków, żeby wzniecili powstanie przeciw Związkowi Radzieckiemu.

Czystki

Kiedy rodzice się pobrali?
– W Berlinie, do Moskwy przyjechali już jako małżeństwo.
Czy byli członkami WKP(b)?
– Tak, byli. Niestety – zostali też obywatelami Związku Radzieckiego, tak że wszystkie drzwi całkowicie się za nimi zamknęły. Nie było mowy o wyjeździe. Przeszli czystki w 1934 r., bo już w 1933 r. Stalin zaczął czystki, czyli przegląd wszystkich akt.
Przeglądano wszystkie akta swoich czy Polaków?
– Partyjne. Przez pierwsze czystki przeszli bardzo dobrze. Żadnych zarzutów. Ale te czystki się powtarzały. Partia bardzo się rozrosła, chcieli wyrzucić pewne elementy.
Po zabójstwie Kirowa, w 1934 r.?
– Czyścili przez parę lat. Pozbywali się niewygodnych.
Byliście w polskim środowisku?
– Tak.
Kto należał do ich środowiska? Pamiętasz jakieś nazwiska?
– Stellę Bortnowską, matkę Marysi. Była podwójną wdową. Obaj jej mężowie, i Henrykowski, i Bortnowski, byli członkami politbiura KPP. Wysoka partyjna hierarchia.
Co się z nimi stało?
– Rozstrzelani oczywiście. W 1937 r. ich aresztowano, a Stellę zesłano do Republiki Komi, dokładnie tak jak moją mamę. Stella przeżyła i wróciła do Polski. Miała pewne trudności z wyjazdem, ale odsiedziała osiem lat – jak oni mówili – od dzwonka do dzwonka. Moja mama została zwolniona po siedmiu latach. Dokładnie po siedmiu i pół roku, a wyrok miała pięcioletni. To coś mówi o tym reżimie. A jeszcze jej powiedzieli, że zwalniają ją „przedterminowo”.
A przedtem – czy rodzice mieli znajomych wśród Rosjan?
– Mama miała, ale jedynie w pracy. Przyjaciół spotykali w polskim klubie, w którym zbierali się polscy emigranci polityczni. Do klubu przychodził główny szef NKWD moskiewskiego rejonu (Stanisław Redens). To on wpisał moich rodziców na listę do aresztowania w 1937 r. Spisywał wszystkich znajomych z klubu, wpisał też ich. A co miał robić? Jego wpisał Stalin i on wiedział, co go czeka. Nawiasem mówiąc, Żyd. Moja mama też była Żydówką.
Czy twoi rodzice wcześniej czuli się w ZSRR bezpiecznie?
– Przyjechali pełni entuzjazmu: „Będziemy budować socjalizm, państwo robotników i chłopów” itp. Przede wszystkim ojciec. Był prawdziwym robotnikiem. Pewnego razu, w 1932 r., pojechali na Kaukaz. W ciągu wszystkich tych lat byli dwa razy na urlopie. To był oczywiście duży przywilej, wszystkich nie posyłano. No i jadą. Nagle na jakiejś stacji wsiadło pełno NKWD, stanęli na korytarzu wzdłuż wagonów i kazali zasłonić okna.
Byli po cywilnemu?
– Nie, umundurowani. Uzbrojeni, jak trzeba. Matka spała przy oknie, gdzie była szparka. I zobaczyła coś, kiedy mijali stację kolejową. Ludzie owinięci w szmaty, wyciągali ręce, nogi spuchnięte jak balony, żebrali.
Czy rodzice jeszcze wierzyli w komunizm?
– Propaganda mówiła, że chłopi nie oddają zboża, bo chcą zagłodzić robotników. Jak w kółko powtarzają, to ludzie zaczynają wierzyć. Tak też było w Polsce Ludowej. Chyba że się słuchało Wolnej Europy. Ale w 1937 r. w Moskwie nie było Wolnej Europy, a szkoda. Tak więc ludzie wierzyli w to, co im mówiono. Lecz od tej chwili w pociągu rodzice zrozumieli, że coś jest nie tak, choć nie wiedzieli dokładnie, co się dzieje. Żeby partia tak chłopów traktowała?
Mieli odpowiedź na to pytanie?
– Nie. Żadnej odpowiedzi wtedy nie znaleźli. W 1934 r. zamordowany został Kirow, zaczęły się aresztowania w polskim środowisku, aresztowania intelektualistów (Bruno Jasieński, Witold Wandurski). Mama wspominała, że to był przełomowy rok. Od tego czasu zaczęli się bać. Warunki były ciężkie, faktycznie głodowali. Niby mieli trochę lepiej niż Rosjanie, ale meble np. przyszły z Bielska od babci – całe umeblowanie do jednego pokoju, łóżko, szafa, stół. Mama miała maszynę do pisania, maszynę do szycia. Może im przysyłali też żywność, nie wiem. Na przykład jedwabne majtki dla kobiet kosztowały w Moskwie fortunę. Mama pewnie więc dostała też z Polski bieliznę. Dochodziło to pocztą. Oczywiście gdy porównuję, jak wyglądała marynarka ojca w Moskwie, z tym, jak wyglądał w Wiedniu, kiedy był młodym człowiekiem, to ta moskiewska była jak szmata.
Ojciec w Wiedniu miał dobrą marynarkę, ale chciał zmieniać świat na lepsze.
– W Wiedniu, jako młody robotnik, był członkiem austriackiej partii socjaldemokratycznej i jednocześnie PPS. Dopiero po powrocie do Polski zradykalizował się – z socjalisty stał się komunistą (nie wiem dlaczego).
Widząc rzeczywistość w Związku Radzieckim, musiał przeżywać konflikt sumienia, dylematy…
– Prawdopodobnie tak, ale już było za późno. Co mógł zrobić? W Polsce już siedział; nie wiem, czy dzielił się z matką swoimi wątpliwościami. Mama też była nie w ciemię bita i widziała, że coś się nie zgadza. Ale, prawdę mówiąc, nie rozumieli dobrze, co się dzieje. Dlatego jak się zaczęły aresztowania, i kolejne aresztowania, to poszli do towarzysza Manuilskiego, który był w ramach Kominternu odpowiedzialny za sekcję polską. Straszny sukinsyn. Poszli z pytaniem naiwnym, na pograniczu – powiedziałbym – głupoty: „Jak to, aresztujecie towarzyszy, którzy siedzieli w więzieniach w Polsce i w innych krajach, przecież to są wierni towarzysze?”. No i dostali odpowiedź. Można ostro powiedzieć: op… ich. „To wy wiecie lepiej niż NKWD?” itd. Uciekli stamtąd jeszcze bardziej przestraszeni. Ale nigdy nie powinni byli zadać tego pytania. Bo jeśli wcześniej nie byli spaleni, to w tym momencie zostali pogrzebani. Cóż to za komuniści, którzy wątpią w linię partii? Bolszewik nie wątpi.
Pogarszało ich sytuację to, że byli Polakami.
– Oczywiście. Zresztą ojciec został oskarżony o polski patriotyzm. Oni byli wszyscy oskarżeni, że są polskimi patriotami. A dlaczego mieli nie być? Przecież nie stali się Rosjanami przez to, że tam mieszkali. To jest niesamowite, żeby komuś zabronić być patriotą kraju, w którym się urodził, który jest jego ojczyzną.
Oni się utożsamiali ze Związkiem Radzieckim czy z Polską?
– Z Polską oczywiście. Mój ojciec, wyjeżdżając z Polski, miał zamiar wrócić.
Wtedy, w latach 20.?
– Tak. Nie wyjeżdżali z myślą, że na zawsze będą w Związku Radzieckim. Ojciec tego nie planował.
Byli obywatelami Związku Radzieckiego, członkami partii komunistycznej, pracowali w radzieckiej gazecie, a jednak uważasz, że…
– Dla nich to była polska gazeta i oni chcieli do Polski. W latach 30. prawdopodobnie już wiedzieli, że koniec, że nie mogą. Ale to nie znaczy, że nie chcieli. Dlaczego zostali obywatelami Związku Radzieckiego? Dlaczego zostali członkami WKP(b)? Jeżeli w Związku Radzieckim proponowali polskiemu komuniście wstąpienie do partii, to odmowa oznaczała, że ty nie lubisz tej partii. Odmowa to samobójstwo. Wiesz, jaka była najsurowsza kara w Związku Radzieckim?
Wyrzucenie z partii?
– Nie, pozbawienie obywatelstwa radzieckiego. A jego nadanie to najwyższy zaszczyt. Pozbawienie obywatelstwa uważane było za większą karę niż kara śmierci (Wyższaja miera nakazania).
Więc od tego urlopu na Krymie wiara twoich rodziców coraz bardziej słabła.
– Wtedy zaczęły się aresztowania, ale nie rozstrzeliwano jeszcze tak masowo.

Metryka

No i w atmosferze tego strachu, bo już twoi rodzice liczyli się z tym, że zagraża im wielkie niebezpieczeństwo, jednak zdecydowali się na dziecko.
– Pierwsze dziecko miało się urodzić w 1935 r. Warunki były straszne. Mama jechała tramwajem. Wypchnęli ją z wagonu i poroniła.
Ty byłeś ich jedynym narodzonym dzieckiem?
– Tak, jedynym. To, że w 1937 r. będą takie aresztowania, nie było jeszcze takie jasne nawet w 1936 r. Aresztowania już były oczywiście, ale aresztować całkiem niewinnych?! Ludzie się łudzili. Bo to jest nie do pomyślenia. To było niewyobrażalne.
W 1937 r., przed aresztowaniem ojca, rodzice byli już spakowani? Miał już pod łóżkiem walizeczkę?
– Nie. A dokąd miałby jechać? Do gułagu walizki nie zabierzesz. Wszystko zostaje. Mieszkanie jest opieczętowane. Niczego nie możesz zabrać.
Najpierw przyszli po twojego ojca.
– Tak. Jak robili rewizję, to znaleźli w szufladzie mamy legitymację partyjną WKP(b), wtedy mama zrozumiała, że już wsiąkła: „Zabiorą mnie też”. Myliła się jednak co do powodu aresztowania. Ojca zabrano za przynależność do POW. To była polska akcja NKWD. Bierzemy Polaków lub – jak się wyraził Jeżow – polaczków. Wokół nich aresztowano już mnóstwo ludzi, z pracy też.
Ojca kiedy aresztowali?
– Chyba 30 sierpnia 1937 r. A 3 września mamę. Mama przeczuwała, że tak będzie, i nazajutrz po aresztowaniu ojca zaczęła sprzedawać, co mogła. Bo pieniądze faktycznie liczyli, spisywali i wpłacali na konto NKWD. Pieniądze szły za więźniem. Wszystko inne przepadało.
I można było korzystać z tych pieniędzy?
– Jeżeli naczalstwo miało dobry humor i się zgodziło. To był przywilej.
Do którego więzienia go zabrali?
– Mama nie wiedziała na początku. To były Butyrki. Ale przesłuchania odbywały się zapewne na Łubiance. Bo w dokumentach na koniec przesłuchań jest napisane: „Odprawić z powrotem”. W związku z tym aż do 19 grudnia byliśmy w tym samym więzieniu co ojciec, nic o tym nie wiedząc. Ojciec prawdopodobnie nigdy się nie dowiedział, że mu się urodził syn. Między egzekucją ojca a moim urodzeniem upłynęły cztery dni. Ale ojciec na pewno wiedział, że mama została aresztowana. Bo nie dostawał listów ani paczek. A wszystkie niearesztowane żony wystawały godzinami, dniami i miesiącami pod więzieniami i ich mężowie dostawali paczki. Z jedzeniem, ciepłą odzieżą itp. Jeżeli paczek nie przyjmowano, mówiąc, że więzień wyjechał, to prawdopodobnie był już rozstrzelany. Ale w mojej metryce urodzenia, którą otrzymałem bardzo niedawno, ojciec nie figuruje. Rok temu zadzwoniłem ze Szwecji do dyrektora więzienia na Butyrkach w Moskwie. Zapytałem, czy mógłbym dostać akt urodzenia. Powiedział, że takich dokumentów nie przechowuje się w więzieniu, tylko w urzędzie stanu cywilnego. Napisałem do tego urzędu i dostałem. Ale niektóre rzeczy się nie zgadzają. Przede wszystkim data urodzenia jest przesunięta o tydzień. Wiem dlaczego. Bo mama w trakcie porodu straciła przytomność. Lekarze uważali, że nie przeżyje. Już przy przesłuchaniach zostało odnotowane w odpowiedniej rubryce, że jest słaba. I dlatego od początku miała kategorię inwalidzką. Oznaczało to lżejsze prace, ale gorsze wyżywienie. Ale przeżyła. A więzienie nie zgłosiło mojego urodzenia, bo uważali, że mama umrze. Natomiast wykreślili ojca. Ojca nie ma. W rubryce ojciec jest kreska. Ale nazwisko mam Władysławowicz Berger.
A skąd nazwisko Berger?
– Berger to było nazwisko mojej mamy. Mama z Berlina do Moskwy pojechała już na papierach wystawionych na Gertę (Hertę) Berger. Ojciec dostał papiery na Władysława Aleksandrowicza Muszczyńskiego. Nie figuruje nigdzie w żadnych protokołach jako Sierankiewicz. Oni nawet nie wiedzieli, że tak się nazywa. Widocznie już w Berlinie rodzice dostali te papiery. Przecież oni byli nielegalnie. Do Moskwy jechali już na zmienionych dokumentach. Dlaczego partia tak manipulowała? Może żeby zatrzeć ślady? Nie wiem.
W każdym razie w tej metryce, którą dostałeś z Moskwy, nazwiska ojca nie ma. A on jeszcze wtedy żył.
– Tak, żył jeszcze cztery dni. Jak mama się ocknęła siódmego dnia po porodzie, to ten dzień uznali za dzień moich urodzin i wpisali do metryki.
Twoja matka nie wiedziała o egzekucji ojca?
– Nie. Dowiedziała się, dopiero jak wróciła do Polski, w 1945 r. Nie miała co prawda żadnych dokumentów, żadnych dowodów, ale ze Stellą Bortnowską dogadały się, że na pewno nie żyje. A dlaczego doszły do takiego wniosku? Otóż w łagrach były różne kategorie skazanych: za trockizm, za popieranie Zinowiewa, za działalność kontrrewolucyjną, za sabotaż, za szpiegostwo. Tysiąc kategorii. Ale nigdy nie spotkały tam ani one, ani ich kumy nikogo, kto miałby taki wyrok: „10 lat bez prawa pisania listów”. Takiej kategorii więźniów nie było w łagrach. A taki wyrok mieli mój ojciec i mąż Stelli Bortnowskiej. O tym wyroku dowiedzieliśmy się, jak mama poszła na Łubiankę zapytać o ojca. A wtedy już minęło osiem lat od jego aresztowania. Mama zapytała, czy może mieć nadzieję, że za dwa lata będzie zwolniony. Wtedy ten oficer NKWD wpadł w szał i wywalił ją stamtąd. I dodał, że „jak jeszcze raz będziecie się dopytywać, to was poślę tam, skąd wróciliście”. Nie wiedział, że to Stalin dał rozkaz zwolnienia matki. W każdym razie mama jeszcze bardziej przestraszona wróciła do ambasady, gdzie wtedy mieszkaliśmy. Okropnie się przeraziła.
Który to był rok?
– 1945. Mieszkaliśmy najpierw w piwnicach ambasady, wszystkie piwnice opróżniono z węgla i z czego tam jeszcze i w każdej „klatce”, piwnicznej izbie, była jedna rodzina.

Wanienki

Wróćmy na Butyrki. Ty jesteś z matką, ojciec nie żyje. Jaki jest wasz dalszy los?
– Pewnego razu, jak mama wróciła do celi, spotkała tam przyjaciółkę z pracy, która odciągnęła ją do okna i powiedziała, że to jest wszystko robota faszystów. Jeszcze nie mogli uwierzyć, że coś takiego robią komuniści. Uważali, że to faszyści wykańczają partię. Bo to wszystko było tak nielogiczne, nikt nie rozumiał, co się dzieje. W czerwcu 1938 r. wysłali mamę ze mną (miałem pół roku) do Republiki Komi.
Mówisz, że byliście w różnych łagrach. Jak długo przebywaliście w jednym?
– Nie wiem. Nigdy nie dostanę tych dokumentów, bo zostały zniszczone w 1958 r. Spalone. Tak mi odpowiedziano na moje pytanie do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych Rosji.
To jak zdobyłeś ten dokument?
– Napisałem do Putina z prośbą o dokument o zwolnieniu mojej matki z łagru. Podpisany przez Stalina. Zwolniono wtedy 23 osoby, nazwisko mojej matki jest na pierwszym miejscu. To był 15 grudnia 1944 r. Dzień moich siódmych urodzin.
Wspaniały prezent.
– To był rzeczywiście prezent. Wiedziałem, że taki dokument istnieje, bo miałem jego odpis. A chciałem fotokopię oryginału. Z podpisem Stalina. Napisałem do ambasady rosyjskiej w Sztokholmie. Odmówili, bo to prywatny list i nie mogą przekazać. Zasugerowali, żebym napisał bezpośrednio do Putina. Napisałem list z różnymi żądaniami – miałem ich więcej. Na przykład dokumenty z łagrów. Napisałem, że nigdy nie dostałem słowa przeproszenia ani od ZSRR, ani od Rosji. A uważam, że taka mała przysługa jak fotokopia mi się należy, dla mojej satysfakcji, bo taki dokument nie ma dzisiaj żadnego znaczenia. Na poczcie w Sztokholmie dziewczyna przyjmująca list pytała: „Ale do kogo to jest?”. „To jest do prezydenta Rosji”. „A adres?”. „Napisałem przecież: Kreml”. „No dobrze, ale adres?”. „A jak ktoś napisze do króla Szwecji: pałac królewski, Sztokholm – to nie trafi?”. W końcu przyjęli i list poszedł. Odpowiedź przyszła szybko z sekretariatu Putina i dołączony był dokument z archiwum prezydenta.
Na końcu twojej książki są dokumenty.
– Jest fotokopia wyroku. Ale tego dokumentu nie ma.
Skąd masz pozostałe dokumenty?
– Z Głównego Archiwum Federacji Rosyjskiej. To jest 120 stron przesłuchań mojego ojca i matki. Wszystko było starannie zaprotokołowane. To przecież praworządne państwo…
Wracamy do Komi. Jak długo byliście w tych łagrach?
– Do 15 stycznia 1945 r. Od urodzenia do chwili, kiedy moja matka została formalnie zwolniona, byłem tam siedem lat i jeden miesiąc.
Urodziłeś się w celi?
– Ta część więzienia Butyrki to Pugaczowskaja Baszta. Tam był oddział porodowy więzienia. Nazwa od tego, że siedział tam Jemielian Pugaczow, doński Kozak, w XVIII w.
Opiekę lekarską mama miała?
– Bardzo życzliwą. Lekarze, więźniowie oczywiście, robili, co mogli. To było ludzkie traktowanie. Mama nie miała pokarmu. Ledwie przeżyła. Ale jakaś inna więźniarka, urka, miała syna i dawała mi to, co zostało. Nie było tego dużo. Byłem niedożywiony od pierwszego dnia życia. Tu mam taką szramę – ślady po czyrakach. To się nazywa furunkuloza, czyli czyraczność. To jest śmiertelne. Czyraki przechodzą przez skórę do wnętrza, robi się zakażenie krwi, ropa, straszne rzeczy. Ale miałem szczęście. Wyobraź sobie, że znalazłem instrukcję samego Jeżowa, ówczesnego szefa NKWD, żeby dezynfekować wanienki dla dzieci, bo to strasznie zaraźliwe, zbierało wielkie żniwo wśród dzieci. Ale jak oni mieli to robić w tych warunkach!!!

Watowane spodnie

W jakich warunkach żyliście w łagrach? Mama pracowała?
– Tak, strasznie. Mama znała księgowość, stenografię, język niemiecki. Najpierw pracowała przy zbiorze jagód. Trzeba było zebrać 8 kg dziennie. W tych błotach, bagnach; komary, muszki niezliczone. Coś strasznego. Nie było koców. W nocy przykrywała mnie sobą, chustką do nosa. Nie spała, a rano musiała iść do pracy. Zostawałem z jakimiś więźniarkami. Wtedy palili trochę w piecu. Przeszedłem zapalenie płuc. Nie było właściwie żadnych lekarstw. W ogóle nam nie przysługiwały lekarstwa; jeżeli były, to dla „wolnych”. Kto przeżył, to przeżył.
Mama najpierw pracowała w tej tajdze, a potem?
– Potem pracowała jako dniewnaja, czyli musiała cały dzień na okrągło palić w piecach metalowych z rurą, tzw. burżujkach (w Polsce kozach). Barak był olbrzymi, na kilkaset osób. Im bliżej pieca, tym cieplej. Najcieplej mieli kryminalni. Mama musiała nosić drewno (rąbać nie musiała, bo miała status inwalidy) do pieców i wodę oraz utrzymywać cały czas wrzątek. W czasie wojny, jeżeli komendant stacji kolejowej nie zadbał o wrzątek, to go rozstrzeliwali. Taki był rozkaz. Ten wrzątek był jedynym luksusem, źródłem kalorii. Ale noszenie tych drewnianych wiader z wodą na tzw. koromysłach było strasznie ciężkie. Nie można ich było postawić ani na chwilę, bo wystarczył moment, żeby te mokre wiadra przymarzły do śniegu w 30 st. mrozu. Końmi nie oderwiesz wtedy. A samo mokre drewniane wiadro waży ze 20 kg. Od tego matka dostała garbu. Miała zawsze słaby kościec. Dużo się gimnastykowała i jakoś się trzymała prosto, jeszcze w Moskwie. Ale odwapnienie, głód i ciężka praca spowodowały, że kręgosłup nie wytrzymał. Wszystko się poprzesuwało. Jedno biodro wyżej, drugie niżej. Przyjaciółka załatwiła jej pracę w laboratorium. To ją uratowało. Była pracownicą fizyczną, sprzątaczką. Laboratorium obsługiwało jedyny szpital w Republice Komi. Pobliska Uchta była główną siedzibą zarządu GUŁagu. Nie NKWD, które było w Moskwie na Łubiance. To było jedno nasze szczęście. A drugie – normalnie było tak, że więźniów często przerzucali, to były tzw. etapy. A matki nie zabrali. Dzięki dr. Emilowi Eisenbraunowi. Doktor okłamał NKWD, że mamy nie wolno ruszyć, bo jest wysoko kwalifikowaną specjalistką. A ona opróżniała patykiem szklane słoiki z kału. Były często pełne gówna. Nikt wtedy nie brał próbek mikro, a ludzie byli prymitywni. Słoiki były bardzo cenne, nie można było wyrzucić. Kiedy mama tam pracowała, ja byłem w żłobku. Na początku mama była daleko od żłobka, przywożono ją do mnie od czasu do czasu końmi, pod strażą, jako że była „szpiegiem” (!). Mama zawsze wiedziała, gdzie jestem. Mieliśmy szczęście, że zostaliśmy umieszczeni stosunkowo niedaleko siebie, że mamy nie wywieźli gdzieś daleko ode mnie. Inne wywieźli.
Słowo żłobek kojarzy się z troskliwością, ciepłem. Jakie tam były warunki?
– W tym żłobku to bym przeżył, bo tam pieczę miał dr Eisenbraun.
To był rosyjski lekarz?
– Nie, Niemiec. Rosyjski Niemiec. Wolny. Z tych samych Niemców z 1750 r. co pianista Światosław Richter. Dr Eisenbraun postanowił moją mamę uratować. Ratował też innych, ale wszystkich nie mógł.
Czy on ocalał?
– Tak. Został honorowym obywatelem Uchty. Odnalazłem jego rodzinę. Jego córka i wnuczka dalej mieszkają w Uchcie. Posłałem im moją książkę. Po szwedzku, ale i tak się ucieszyły. Dostałem od nich fotografie doktora, zamieściłem jedną w książce.
I co dalej?
– W 1942 albo 1943 r. odesłali mnie do domu dziecka, jakieś 500 km od Uchty. Tam matka nie mogła już mnie odwiedzać. Odwoziła mnie pewna pielęgniarka (tylko z nazwy, bo kwalifikacji żadnych), Wega Datowana, żona dyplomaty radzieckiego w Berlinie. Kiedy wróciła do obozu, powiedziała matce: „Jeśli syna stamtąd nie wyciągniesz, to on zginie”. Była w tym domu dziecka zaledwie pięć minut, ale od razu się zorientowała. Zaprowadziła nas tylko i zostawiła z trzema kobietami. Jeden rzut oka na te dzieci wystarczył, żeby się zorientowała, jakie tam są warunki. Byłem tam rok. Mama szukała cały czas sposobu, żeby mnie wydostać. Jedyny ratunek to było znalezienie kogoś, kto mnie adoptuje.
Kto cię adoptował?
– Rodzina Kowaliowów. Rosjanie, wolni, mieli dwoje dzieci. Pomógł oczywiście Eisenbraun. Tylko on mógł to zrobić. To było dla wszystkich bardzo ryzykowne. Miejscowość nazywała się Sangorodok (nazwa pochodziła od Sanitarnyj Gorodok), przedmieście Uchty. To było wtedy maleńkie osiedle, 10 domów na krzyż. Mieszkali tam pracownicy szpitala, personel NKWD, dwie dentystki, właściwie w lesie. Naprzeciwko laboratorium była już zona, czyli łagier właściwy. Wystarczyło przejść przez plac, zawsze pełen błota po kolana.
Rodzina Kowaliowów wzięła cię na utrzymanie?
– Mnie się nie należało wyżywienie. W czasie wojny wszystko było na kartki, ale mnie kartek nie dali, bo jednak dziecko wrogów ludu. Mimo że byłem formalnie adoptowany. Mogę tylko jedną rzecz przypuszczać. Mama miała pieniądze. Kiedy ją aresztowali, miała 5 tys. rubli. To było w protokole. Przypuszczam, że dała im pieniądze. Pewnie nie wszystkie, bo przecież zamówiła jeszcze przedtem dla mnie watowane spodnie.
Jaka to była historia z tymi spodniami?
– Te spodnie, watowane, mama kazała uszyć dla mnie na tę podróż do domu dziecka. Ukradła mi je od razu jedna z „wychowawczyń”, kryminalna, bandytka. „Ściągaj spodnie”, powiedziała, jak tylko mnie przyprowadzono do domu dziecka. Oddałem oczywiście. I rzuciła mi jakąś szmatę, którą już miała przygotowaną! Widocznie widziała mnie jeszcze przed wejściem. Góry nie miałem ciepłej. Ale spodnie były nowe i ciepłe. Miałem niecałe pięć lat. Ale pomyślałem wtedy: „Tu jest strasznie i ja stąd już nie wrócę”. Głodowałem, marzłem. Kierowniczka biła mnie po głowie, sypała przekleństwami i groźbami. Nie rozumiałem, co one znaczyły. A ten wrzask! Innych też bili, zawsze po głowie. Ani razu nie pomyślałem o matce. I nagle po roku słyszę, jak ta cholera, moja „wychowawczyni”, ta kierowniczka, woła: „Julek, Julek! Pojedziesz do matki do Sangorodka”. Wtedy mi zaświtało – przecież ja mam gdzieś mamę. O ojcu w ogóle nigdy nie myślałem, a o matce zapomniałem. Obok tej wychowawczyni stała Tamara Aleksiejewna Kowaliowa. Ta, która mnie adoptowała. Ale ja byłem tak przestraszony, że wlazłem pod stół. A Tamara Kowaliowa miała dokument z NKWD, że ma zabrać dziecko. Kierowniczka się przestraszyła. Ona i inne wychowawczynie to były urki, wszystkie kryminalne.
Potem już matka cię odwiedzała?
– Tak, cały rok. Od domu Kowaliowów do laboratorium było pięć minut.

Biały chleb

Ale nie wyjechaliście od razu.
– To był styczeń 1945 r., a my wyjechaliśmy w marcu. Nie wiem, dlaczego to tak długo trwało.
Dotarliście do Moskwy do ambasady?
– Najpierw do hotelu Moskwa. Tam pierwszy raz zobaczyłem biały chleb. Nie mogłem uwierzyć. Przyjął nas syn Róży Lampe. Miał 14-15 lat. To on dał mi jeść.
Kto was odnalazł? Związek Patriotów Polskich?
– Nie. „Odszukał” nas Herman Klauzner, ojczym mojej mamy. Przeszedł w 1941 r. granicę i NKWD złapało go za Sanem. Był o 20 lat młodszy od żony, mojej babci, która kazała mu uciekać. Sama uznała, że jest za stara i nie da rady. Grunt już palił mu się pod nogami, bo w restauracji (Nur für Deutsche) rozpoznał go jakiś kolega z austriackiej armii z 1914 r. Zaszyli mu dolary i w drogę. Po aresztowaniu, bez procesu, też wylądował w Komi, jak większość – za szpiegostwo.
Wiedział, że tam jesteście?
– Nic nie wiedział. Rąbał drzewo w tajdze, zachorował na zapalenie płuc i spotkał w szpitalu lekarza Niemca. Powiedział mu, że jest ze Śląska. Na to lekarz, że tu niedaleko jest jedna kobieta ze Śląska. Ma małego synka. Nie pamiętał jej nazwiska. Ale Klauzner pomyślał: a może to jest Hetti (tak mówiono na moją matkę)? Po prostu zgadł. Nasza rodzina w Bielsku już w 1937 r. była przekonana, że nie żyjemy. Czytali przecież te burżuazyjne gazety i wiedzieli, co się dzieje. Klauzner trafił z obozu do armii kościuszkowskiej, tam go odszukała moja ciotka, która też była w armii. Wspomniał ciotce o tej Ślązaczce w Komi i postanowili zacząć poszukiwania mojej matki. Wpisali nas na listę osób do zwolnienia, która poszła do Stalina.
I Stalin dał zgodę. Ten dokument masz.
– Przed wyjazdem z Sangorodka dostaliśmy od cioci pieniądze. Za nie mama zamówiła kociołek (zrobiony z amerykańskich puszek). W Moskwie kupiła białe walonki, które przywiozła ze sobą do Bielska i przechowywała do 1952 r., kiedy mieliśmy się przenieść do Warszawy. Leżały za piecem. Jak je wyjęła, okazało się, że się skurczyły. Zaczęła strasznie płakać, załamała się. A ja mówię: „Nie płacz, po ci te walonki?”. Bardzo się też na mnie zdenerwowała, kiedy wyrzuciłem kociołek (ten zabrany z Komi) do Wisły.
Dlaczego tak się przejęła?
– Bała się, że może jeszcze raz być wysłana na Sybir. Bez walonek i bez kociołka zginiesz. Rok później umarł Stalin, koniec strachu.
W którym roku wyjechaliście z Polski?
– W 1969.
Mama pracowała w Polsce?
– Tak, najpierw była księgową. W Warszawie zajęła się tłumaczeniami, była chyba najlepszą tłumaczką na niemiecki w Polsce. Wróciła do nazwiska Sierankiewicz i tłumaczyła pod nazwiskiem Henryka Sierankiewicz (Henrietta).
A jak to się stało, że ty jesteś Better?
– Ja też w Polsce byłem Sierankiewicz, ale w Szwecji to było nie do wymówienia.
W którym roku zmarła mama?
– W 1981, w Szwecji.
Czym się teraz zajmujesz?
– Udzielam się w szwedzkim programie o zbrodniach faszyzmu i komunizmu. Aż 11 tys. dzieci wysłuchało moich wykładów w szkołach, występuję także w radiu i w telewizji.
Uważasz się za człowieka szczęśliwego? Masz szczęśliwe życie?
– Bardzo. Po pierwsze, mogłem umrzeć 10 razy. Mama mogła umrzeć – wtedy ja bym zginął. Żadnych szans przeżycia. Gdybyśmy nie wyjechali ze Związku Radzieckiego, byłoby bardzo ciężko. Bez przerwy, całe życie miałem szczęście.

Foto: Tadeusz Pozniak

Wydanie: 6/2016

Kategorie: Historia

Komentarze

  1. rola
    rola 21 lutego, 2016, 21:52

    W roku 1924 (jak wynika z legendy – 1922 wyrok plus 2 lata odbywania kary i ułaskawienie) prezydentem RP był Stanisław Wojciechowski. Drobiazgi dyskwalifikują przesłuchiwanego lub śledczego (za brak rewolucyjnej czujności, lub zwykłe niechlujstwo)

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy