Byłem rugbistą

Byłem rugbistą

Warto zaśpiewać „Brunetki, blondynki” Jana Kiepury

Rozmowa z Jose Curą, śpiewakiem i dyrygentem

– Świat dziś bardzo się skurczył. Pan pochodzi z Argentyny, ale zyskał pan ogromną sławę w Europie. Czy uważa się pan za artystę amerykańskiego, czy już europejskiego?
– Mam wrażenie, że mówiąc „amerykański artysta”, rozumie się przez to, iż ktoś należy do kultury północnej części kontynentu, a konkretnie USA. Rzadziej używa się tego określenia w stosunku do mieszkańców obu Ameryk. Można też doszukiwać się wyjaśnienia w częstości pojawiania się artysty na danym kontynencie. Ja np. częściej występuję w Europie niż gdzie indziej, bowiem tutaj założyłem swój dom, natomiast Stany Zjednoczone, Brazylia, Meksyk, ale także Japonia i Australia są zbyt daleko położone. Kiedy się tam jedzie z koncertami, trzeba poświęcić na taką podróż około miesiąca, a tego rodzina nie lubi. Bywam więc w USA najwyżej raz, dwa razy do roku, podobnie jest z Japonią. Całą resztę czasu poświęcam na Europę. Wracając do pytania, uważam się za artystę światowego, obywatela świata, który najczęściej występuje w Europie. Warto tutaj wspomnieć, że jestem głównym dyrygentem gościnnym znakomitej polskiej orkiestry Sinfonia Varsovia.
– Jako światowej sławy artysta, tenor, którego naturalnym posłaniem jest zachwycać publiczność rolami amantów, jak pan ocenia polskie kobiety i dziewczęta?
– Nie mam jakiejś zdecydowanej opinii na ten temat. Poznaję ludzi na całym świecie, mężczyzn i kobiety, ale sprawa porównań jest dość trudna i skomplikowana. Nie umiałbym wyodrębnić charakterystycznych typów np. dla publiczności japońskiej, indyjskiej czy niemieckiej. Kiedy śpiewam i trafiam do serca, wszędzie spotykam się z dużym zainteresowaniem i nierzadko zaskakującymi mnie reakcjami. Np. występowałem przed publicznością japońską, która uchodzi za poważną i skupioną, a zachowywała się pod koniec koncertu tak żywiołowo i spontanicznie jak na jakimś stadionie, były okrzyki, podskoki, bardzo głośne owacje. A innym razem w Hiszpanii, gdzie po publiczności można było się spodziewać latynoskiego żaru i temperamentu, spotkało mnie przyjęcie chłodne, nawet trochę nieuprzejme. Może więc z publicznością jest tak, że oddaje ona w swej reakcji tyle emocji, ile artysta włożył w swój występ na początku?
– Unika pan odpowiedzi na temat płci pięknej. Dlaczego?
– Kiedy się ma lat 20, człowieka bardziej uderza zewnętrzne, fizyczne piękno i uroda innych. Kiedy jednak mężczyzna zbliża się do czterdziestki, tak jak ja, zaczyna myśleć i patrzeć trochę inaczej. Jestem dziś człowiekiem szczęśliwym, mam troje dzieci, fantastyczną żonę i to sprawia, że spoglądam bardziej do wnętrza, mniej zaś zachwyca mnie zewnętrzna powłoka.
– Jest pan postawnym mężczyzną o atletycznej budowie ciała. To nie tylko znakomite warunki sceniczne, ale chyba także świadectwo uprawiania sportu. Czy tak jest naprawdę?
– Rzeczywiście kiedyś uprawiałem różne dyscypliny, nawet ocierając się o profesjonalizm. Grałem w drużynie rugby, trenowałem kulturystykę i kung-fu. Ale to już historia, bo było to wiele lat -i wiele kilogramów – wcześniej.
– Słyszał pan o Janie Kiepurze, słynnym polskim tenorze, który zrobił międzynarodową karierę?
– Oczywiście, znam to nazwisko.
– A jego przebój „Brunetki, blondynki”, którym podbijał serca dziewcząt?
– Niestety nie. Wiem jednak, że w Polsce pamięć o Kiepurze jest nadal bardzo żywa, zastanawiałem się więc, czy nie warto włączyć do swego repertuaru którejś z piosenek tego artysty. Pozwoliłoby mi to zaskarbić sobie więcej sympatii waszej publiczności. To dobry pomysł. Nie mam nic przeciwko temu, by nauczyć się właśnie szlagieru „Brunetki, blondynki”.
– A do tej pory którą pieśń lubił pan śpiewać najbardziej?
– To jest standardowe pytanie, na które mam przygotowaną odpowiedź. Pieśń, którą lubię najbardziej, to ta, którą śpiewam w danej chwili dla publiczności.

 

Wydanie: 36/2002

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy