Odmłodzić Karskiego

Odmłodzić Karskiego

Mam w dorobku filmy, które dosłownie zmieniły świat

Sławomir Grünberg – absolwent łódzkiej Filmówki, autor ponad 45 filmów. Laureat Nagrody Jana Karskiego i nagrody Emmy za film „School Prayer. A Community at War” oraz stypendiów Soros Justice Media i Fundacji Guggenheima. Dwa filmy z jego zdjęciami zdobyły nominacje do Oscara. W kwietniu 2015 r. do polskich kin wszedł film „Karski i władcy ludzkości”. Od 1981 r. Grünberg mieszka w USA.

Pana film „Karski i władcy ludzkości” żyje od pewnego czasu w obiegu kinowym i działa na widzów niczym zimny prysznic, wybija z poczucia komfortu psychicznego. Uczestniczy pan w pokazach specjalnych, debatach, np. w Synagodze Wysokiej w Krakowie czy w Ośrodku „Pogranicze” w Sejnach. Jak pan patrzy na ten swój obraz i jakie głosy słyszy?

– Mam satysfakcję, bo mimo wielu problemów – prace nad filmem trwały siedem lat – spełniło się to, co sobie wymyśliłem i w jaki sposób to opowiedziałem. Może nie będzie to popularne, ale powiem, że jestem widzem emocjonalnym, wzruszam się, gdy po raz kolejny oglądam niektóre sceny, co nie znaczy, że nie dostrzegam kwestii technicznych. Zastanawiam się, czy w niektórych sekwencjach cisza nie mogła być o pół sekundy dłuższa. Bardzo lubię oglądać filmy z publicznością i obserwować jej reakcje. Otrzymuję mejle i zaproszenia na pokazy filmu z całej Polski. Większość zapraszających myśli, że tu mieszkam. W miarę możliwości, a ostatnio dzięki częstszym przyjazdom do Polski, staram się odwiedzać różne miejsca.

Z jakimi reakcjami pan się spotkał?

– Po pokazach w Krakowie i Sejnach uczestniczyłem w dyskusji, gdzie usłyszałem głosy obawy, które film na szczęście rozwiał, czy nie będzie to monument postawiony Karskiemu, a on sam wyidealizowany na postać z czytanki. Udało nam się uchwycić Karskiego jako pełnowymiarowego bohatera, z bagażem zalet i wad. Popełniał błędy, bo kto ich nie popełnia, nie wyłączając postaci bohaterskich i szlachetnych, jaką niewątpliwie był. Był smutny i rozgoryczony, ale bywał też wesoły. Istotną wagę mają te elementy filmu, a nawet stały się one pewnym wyzwaniem, gdzie mowa jest o antysemityzmie, który uznaje za problem i krytykuje go w swoim pierwszym raporcie, albo gdzie nawiązuje do swojego zachowania na uniwersytecie we Lwowie, kiedy nie stanął w obronie bitych Żydów. Wszystko to tworzy z niego pełną postać.

Czas, który poświęcił pan Karskiemu, i to, czego się o nim dowiedział, sprawiły, że pan go polubił.

– Stał mi się bardzo bliski. Jeśli teraz myślę o Karskim, to nie podoba mi się koncepcja pokazywania go jako starego człowieka. Na tych ławeczkach, które go upamiętniają i stoją w Kielcach, Łodzi i Warszawie, ale także przed polskim konsulatem w Nowym Jorku, na Uniwersytecie Georgetown w Waszyngtonie czy na uniwersytecie w Tel Awiwie, Karski jest stary i smutny, bo myśli, że mu się nie udało, co nie do końca okazało się prawdą. Gdy wybuchła wojna, miał 25 lat, a gdy rozmawiał z Rooseveltem – niespełna 30 lat. Koło ławeczki przy Muzeum Historii Żydów Polskich przechodzi bardzo dużo ludzi, zatrzymują się wycieczki, nauczyciele opowiadają uczniom o nim i niewielu mówi, że był wtedy młodym człowiekiem. A gdyby go takim zobaczyli, łatwiej byłoby im się z nim utożsamiać.

Dużym przeżyciem był dla mnie pokaz w Jerozolimie z okazji 25-lecia odnowienia stosunków polsko-izraelskich. Odbył się w prestiżowym Centrum Begina. Polskiej delegacji przewodniczył szef MSZ Grzegorz Schetyna, a obok władz Izraela obecny był także Ronald Lauder, przewodniczący Światowego Kongresu Żydów. Wielu tam obecnych dziwiło się, że ktoś taki jak Jan Karski w ogóle istniał. Z kolei myśląc o udziale w rywalizacji oscarowej, powinniśmy zorganizować przynajmniej siedem dni pokazów filmowych w Nowym Jorku i Los Angeles, bo taki jest wymóg akademii.

Jednak pana film, choć rzetelnie traktuje źródła, nie wszystkim w Ameryce się spodoba. Oskarża on ówczesny establishment, a w jakimś sensie również jego spadkobierców, o obojętność, zaniechanie, a zatem o współodpowiedzialność za Holokaust. Dokumentalista Siergiej Łoźnica przygotowywał fabułę o zbrodni w kijowskim Babim Jarze, gdzie we wrześniu i październiku 1941 r. przy współudziale Ukraińców zginęło z rąk Niemców ponad 30 tys. ludzi, w większości Żydów. On wie, że taki film spotka się ze sprzeciwem, i mówi, że to dobrze, bo gdyby nie było tego oporu, znaczyłoby to, że niczego ważnego nie mówi.

– Oczywiście liczę się z tym, że ta smutna prawda nie wszystkim przypadnie do gustu. Ale mam nadzieję na merytoryczną dyskusję. W każdym razie zawsze otwarcie szafy z trupami, a one tam leżą zwykle zbyt długo, wiąże się z jazgotem.

Wyjechał pan do USA tuż przed stanem wojennym, nie marząc o karierze hollywoodzkiej. W nowojorskim Muzeum Sztuki Współczesnej MoMA miał pan pokazać swój film i wracać, ale podzielił pan los tych, za których zdecydowała historia. Co musiało się zdarzyć, aby mógł pan robić tam filmy dla telewizji?

– Musiałem wyrzucić z głowy widza przywiezionego z Polski i starać się zrozumieć nowego widza. Polska szkoła filmowa, jak ją zapamiętałem, gdy wyjeżdżałem w 1981 r. – choć bardzo dużo jej zawdzięczam – uczyła robienia przede wszystkim filmów autorskich. Znaczna część polskich filmów, które pokazywałem w Stanach, prowadząc tam zajęcia ze studentami, była niezrozumiała. Łącznie z moimi własnymi. Wyrastaliśmy w innym systemie znaczeń, symboli i niedomówień, które inaczej kształtowały naszą wrażliwość. Znane nam kody kulturowe, o ile jeszcze w Europie mogły być odczytywane, choć też nie bez trudności, w Stanach nie działały. Filmy autorskie były robione bez myśli o widzu. Powstawało dużo takich filmów, których autor wiedział, o co chodzi, a widz myślał, że jest głupi.

Strony: 1 2 3

Wydanie: 45/2015

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy