Byliśmy w podwójnych kleszczach

Byliśmy w podwójnych kleszczach

Wystąpienie gen. Wojciecha Jaruzelskiego na konferencji w Paryżu zorganizowanej przez Francuski Instytut Stosunków Międzynarodowych

Francuski Instytut Stosunków Międzynarodowych w Paryżu zorganizował 18 bm. międzynarodową konferencję naukową pt. „Wynegocjowane wyjście z komunizmu. Polska 20 lat później. Rola Okrągłego Stołu 1989”. W jej trakcie gen. Wojciech Jaruzelski wygłosił referat, który poniżej drukujemy w całości.

Dziękuję inicjatorom i organizatorom tej Konferencji za zaproszenie, za możliwość zabrania głosu w tak poważnym i kompetentnym gronie. Tym bardziej iż pełnię rolę swego rodzaju politycznego dinozaura. Jest to – niestety krótkotrwałe – zwycięstwo archeologii nad biologią. Wiek nie daje patentu na mądrość. Jedynym atutem jest suma nagromadzonych doświadczeń. Postaram się niektórymi podzielić. Jeśli zabrzmią kontrowersyjnie, to proszę, ażeby nie były oceniane jako wyraz nostalgii za minionym ustrojem.
Mam świadomość ciężkich wad wrodzonych oraz błędów, grzechów, nawet zbrodni minionego systemu, jak obiegowo się nazywa – komunizm. Przyznaję to z pokorą, chociaż z jednym zastrzeżeniem. Polskę charakteryzowało zawsze wiele istotnych odrębności, była w bloku heretyckim odgałęzieniem. Powstawały tym samym przesłanki, swoiste przedpole sprzyjające po latach elastycznemu przejściu do demokracji oraz do gospodarki rynkowej, ku której zresztą zasadniczy krok uczynił już rząd Mieczysława Rakowskiego. Mimo to używane często wobec lewicy określenie „komuna” czy „postkomuna” staje się dożywotnio stygmatyzującym epitetem. Nawiasem mówiąc, komunizm, jego biblia „Manifest Komunistyczny”, powstał nie nad Wołgą, ale nad Renem. Niósł szlachetne, chociaż w znacznej części utopijne hasła. W praktyce zostały zwłaszcza przez stalinizm zdegenerowane ze wszystkimi tego negatywnymi, w tym również tragicznymi skutkami.
Temat tej sesji – „Od „Solidarności” do Okrągłego Stołu” – nakreśla szeroką kalendarzowo panoramę wydarzeń. Nie da się w tym wystąpieniu dokonać pełnej ich oceny i hierarchizacji. Jedno jest niewątpliwe – gdybym nie rozpoczął od stanu wojennego, mogliby Państwo odczytać to jako unik, ucieczkę przed jakże trudnym problemem. Miał on przecież

swój historyczny kontekst.

Jakkolwiek by to paradoksalnie, a dla niektórych nawet bulwersująco zabrzmiało – okazał się nieuchronnym ogniwem w procesie, który ostatecznie doprowadził do Okrągłego Stołu. W ocenie stanu wojennego różnią i różnić się będą i historycy, i politycy, i przede wszystkim – jak wykazują od lat badania opinii publicznej – różnią się zwykli ludzie. Można w przybliżeniu powiedzieć „pół na pół”. Ale nie chcę używać tego rodzaju społecznej statystyki jako argumentu. Nieustannie powtarzam: stan wojenny był złem, ale złem mniejszym niż grożąca realnie wielowymiarowa katastrofa. Tak też to ocenił parlament Rzeczypospolitej Polskiej, który opierając się na ocenach działającej przez pięć lat specjalnej komisji, przyjął 23 października 1996 r. uchwałę uznającą, że wprowadzenie stanu wojennego spowodowane było wyższą koniecznością, i sprawę umorzył. Obecnie wróciła ona w prokuratorsko-sądowej postaci. Proces się toczy, przy tym akt oskarżenia autorstwa prokuratorów Instytutu Pamięci Narodowej nadaje sprawie kryminalny wymiar – według artykułu, paragrafu stosowanego wobec hersztów bandyckich gangów i mafii. Złożyłem obszerne, udokumentowane wyjaśnienia. Zostały opublikowane w ponadtrzystustronicowej książce pt.: „Być może to OSTATNIE SŁOWO”.
Polska leży w strefie geopolitycznie i geostrategicznie sejsmicznej. Nasza ziemia jest wielkim pobojowiskiem i wielkim cmentarzyskiem. Niedawne uroczyste obchody 70. rocznicy początku II wojny światowej przypomniały to raz jeszcze. Z kolei powojenny podział Europy i świata był realnością, stworzył ramy określające pole manewru. Polska funkcjonowała w tych ramach. Należy więc jedynie oceniać, co można było zrobić lepiej, mądrzej, skuteczniej. Ale drogi do pełnej demokracji nie dało się przebyć na skróty, „wielkim skokiem”. Przypomnę, że we Francji demokracja powstała i funkcjonuje od ponad 200 lat. Rewolucja przyniosła ogromny, promieniujący na cały świat, społeczny postęp. Ale były też jej ogromne koszty, mnóstwo przelanej krwi, były też później różne zahamowania i relikty przeszłości – chociażby prawo wyborcze przyznane kobietom dopiero w 1944 r. W Polsce – poza kilkuletnim epizodem po I wojnie światowej – prawdziwej demokracji nigdy nie było. W powojennych dziesięcioleciach istniała tzw. dyktatura proletariatu. Ale jak ktoś dowcipnie zauważył, uzewnętrzniała się najpełniej wtedy – kiedy proletariat wychodził na ulice i palił partyjne komitety. Ponadto Polska w stosunku do krajów Europy Zachodniej była zawsze gospodarczo zacofana. Do tego doszły bezprecedensowe straty wojenne. Wreszcie ustrój, system, aż do przełomu lat 1989-1990 nie spełniał fundamentalnych wymogów demokracji ani zgodnej z potrzebami czasu, gospodarczej efektywności i kreatywności.
Nie pozuję na postronnego recenzenta. I jako młody porucznik na przedpolach Berlina w maju 1945 r., i na najwyższych urzędach w latach 80. czuję – stosowną do konkretnego okresu – współodpowiedzialność lub odpowiedzialność za to, co w Polsce się działo. Za wszelkiego rodzaju zło – zwłaszcza w okresie stanu wojennego – wciąż publicznie przepraszam, wyrażam żal i ubolewanie. To jedna strona sprawy. Ale jest i druga, której chcę bronić. Pochodzę z tradycyjnej, szlacheckiej, ziemiańskiej rodziny. A jednak znalazłem się

po wojnie z „lewej strony”.

Nie byłem zresztą wyjątkiem, jakże wielu mądrzejszych, bardziej doświadczonych ode mnie, dokonało też takiego wyboru. Nie był to wybór koniunkturalny. Fascynowało tempo, epopeja odbudowy kraju, towarzyszący jej wielki postęp cywilizacyjny i wielki awans społeczny. Zlikwidowano analfabetyzm i bezrobocie, zniwelowano rażące kontrasty społeczno-materialne, rozbudowano szeroko świadczenia socjalne, tzw. spożycie zbiorowe. To niewątpliwa zasługa lewicy. Z drugiej strony, te wielkie, w istocie rewolucyjne zmiany były bardzo kosztowne, ponad siły ówczesnej gospodarki. Była jeszcze jedna niezwykle ważna okoliczność – spis ludności z 1946 r. wykazał 24 mln obywateli. Spis z 1988 r. to już 38-milionowa Polska. A więc w tym krótkim historycznie okresie, głównie w naszych w znacznej mierze ubogich i zniszczonych w czasie wojny miastach, przybyło 14 mln mieszkańców – prawie tyle, ile liczyła NRD, tyle co Holandia, więcej niż Belgia i Czechosłowacja itd. Ten demograficzny fenomen przyniósł też określone skutki uboczne. Jeden z nich można znaleźć w nabrzmiewających trudnościach materialnych, zaostrzonych przez polityczne defekty systemu, jego stare i nowe grzechy. Szczytowym wyrazem społecznego niezadowolenia stał się rok 1980 – powstanie „Solidarności”. Doceniam i szanuję historyczne znaczenie tego ruchu, jego demokratyczne przesłanie, jego czołową rolę w późniejszych przemianach. Powstać więc może pytanie: dlaczego w grudniu 1981 r. został tak dramatycznie zablokowany? Odpowiem krótko: „Solidarność” na drodze rosnących politycznych aspiracji, socjalnych roszczeń oraz żywiołowego buntu zahamować nie potrafiła. Władza poza rubież częściowo zmodyfikowanych pryncypiów ustrojowych oraz bezpieczeństwa zewnętrznego cofnąć się nie mogła.
W „Solidarności” było bardzo wielu ideowych, mądrych ludzi – szanuję ich, a niektórych nawet podziwiam. Ale nie był to przecież 10-milionowy „hufiec aniołów”. Tu ograniczę się jedynie do przywołania niezwykle znamiennej wypowiedzi na łamach książki-wywiadu pt.: „My”, wydanej w 1994 r. Były premier, a obecnie przywódca największej partii opozycyjnej, Jarosław Kaczyński, mówi tam o „Solidarności”, iż: „Ten monstrualny ruch, ze względu na swój charakter i konstrukcję do demokracji się nie nadawał. (…) Gdyby „Solidarność” w 1989 r. miała siłę z 1981 r., to w ogóle żadnego normalnego mechanizmu demokratycznego w Polsce by się nie zbudowało”. Z Jarosławem Kaczyńskim dzieli mnie bardzo wiele, ale tej jego ocenie nie można odmówić logiki.
„Solidarność” od czasu słynnych 21 postulatów z porozumień sierpnia 1980 r. poprzez program przyjęty na jej I Zjeździe aż po Okrągły Stół była – mówiąc w uproszczeniu – w społeczno-gospodarczym wymiarze zawsze „na lewo” od władzy. Egalitarne, nawet populistyczne hasła i roszczenia dawały wielkie społeczne poparcie, ale dla przeżywającej kryzys gospodarki oznaczały katastrofę. To była rzeczywistość 1981 r. Stąd m.in. wynikały późniejsze długotrwałe opory przed ponowną rejestracją „Solidarności” jako związku zawodowego. Tym bardziej że już funkcjonował powstały w międzyczasie związek zawodowy, tj. OPZZ, liczący w szczytowym okresie ok. 7 mln członków, w tym 60-70% byłych członków „Solidarności”. Obawialiśmy się, że licytacja, rywalizacja między tymi związkami może być

zgubna dla gospodarki,

dla jej zdolności do – koniecznego ekonomicznie, ale niepopularnego społecznie – reformowania. Taką bolesną reformę udało się zrealizować dopiero w latach 1989-1990 „pod narkozą” całokształtu ówczesnych nadziei i oczekiwań. Było to jednak niezwykle trudne. 21 postulatów z porozumień z sierpnia 1980 r. i tzw. reformy Balcerowicza dzieli kalendarzowo 10 lat, a faktycznie to „lata świetlne”, zmiana stanowiska „Solidarności” o 180 stopni. W rezultacie tak wybitna postać, najbardziej zasłużony premier demokratycznej Polski, Tadeusz Mazowiecki, przegrał w wyborach prezydenckich nie tylko z legendarnym przywódcą „Solidarności”, Lechem Wałęsą, ale i człowiekiem znikąd, niejakim Stanisławem Tymińskim. Krótko mówiąc, droga do demokracji i gospodarki rynkowej obarczona była nie tylko doktrynalnymi kanonami minionego ustroju i błędami władzy, lecz także oporami w samym społeczeństwie.
Potrzebny był czas. Wystudzenie emocji, dojrzewanie warunków wewnętrznych i zewnętrznych. Wewnętrzne oznaczały odsiew: ze strony władzy – kręgów zachowawczych, ze strony „Solidarności” – kręgów radykalnych. Mówiąc obrazowo, troglodytów i piromanów. Był to bardzo trudny proces, przełamywanie obustronnych niechęci, obaw, nieufności. Ale mimo przeszkód obiektywnych i oporów subiektywnych zmierzał we właściwym kierunku. Jego uwieńczenie stanowił Okrągły Stół, wybory, wreszcie rząd premiera Tadeusza Mazowieckiego i zrealizowane wówczas ustrojowe przemiany. Możemy z dumą powiedzieć, że Polska była w awangardzie tego procesu, stanowiła impuls i wzorzec dla innych krajów regionu. Pozwolę sobie zilustrować to charakterystycznym przykładem. W czasie oraz po zakończeniu obrad Okrągłego Stołu złożyłem wizyty w Pradze, Berlinie i Moskwie. Trzeba było wyjaśnić, uspokoić, uzyskać zrozumienie dla – jak mówiłem – naszego historycznego eksperymentu. Z Gorbaczowem pozostawałem w stałym kontakcie. Uważał on polskie ograniczone reformy lat 80. – będące w istocie substytutami demokracji i gospodarki rynkowej – za swego rodzaju laboratorium dla pierestrojki. Natomiast Honecker i Husak wyrażali niepokój i dezaprobatę, stali zdecydowanie na gruncie systemowego status quo. O ile ich wyprzedzaliśmy, niech świadczy następujący fakt. Wizytę w Pradze składałem w czasie, kiedy rozpoczynał obrady Okrągły Stół, przy którym „Solidarność”, Lech Wałęsa byli partnerami władzy. A tam właśnie wtedy rozpoczynał się proces doprowadzonego z więzienia Vaclava Havla. O zburzeniu muru jeszcze się nie śniło – wręcz przeciwnie, nie tylko w Polsce, ale i na Zachodzie obawiano się zjednoczenia Niemiec. Np. premier Margaret Thatcher oświadczyła mi to dobitnie w Londynie w czerwcu 1989 r. Kiedy wspólnie z premierem Tadeuszem Mazowieckim w marcu 1990 r. składałem wizytę w Paryżu, uzyskaliśmy zrozumienie i obietnicę poparcia ze strony prezydenta François Mitterranda dla naszych starań, ażeby zachodnia granica Polski została ostatecznie potwierdzona jako warunek zjednoczenia Niemiec. W przełamywaniu oporów kanclerza Helmuta Kohla odegrało to niewątpliwie istotną rolę. W tym kontekście pragnę zauważyć, że owa wizyta w Paryżu była jednym z wielu przykładów konstruktywnej współpracy,

kohabitacji prezydenta z premierem.

W przełomowych latach 1989-1990 miało to i wewnątrz, i na zewnątrz istotne znaczenie. Wówczas było to doceniane. Teraz jest zapomniane.
Tu dygresja. Oceniając 45 lat istnienia Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, należy mieć świadomość, że gdyby w latach 1944-1945 – jakimś niewyobrażalnym cudem – Polska stała się w pełni demokratyczna i w pełni suwerenna, byłaby nieodwracalnie państwem terytorialnie okrojonym, kadłubowym, karłowatym. Nie odzyskalibyśmy Lwowa ani Wilna. Nie uzyskalibyśmy Wrocławia, Szczecina, szerokiego dostępu do morza. Przez cały powojenny okres jedynym realnym gwarantem zachodniej granicy był Związek Radziecki. W latach 1980-1981 przypominano nam, że nie jest to gwarancja bezwarunkowa i dotyczy jedynie wiarygodnie sojuszniczej, socjalistycznej Polski. Z tą brutalną prawdą musieliśmy się liczyć.
Wracam do zasadniczego tematu. Historyczne, przełomowe wydarzenia i zmiany to – mówiąc obrazowo – wielka rzeka z szeregiem dopływów. Ulegamy często pokusie polocentryzmu. A przecież w ostatecznym rachunku głównym, podstawowym stał się nurt polityki Gorbaczowa. Oczywiście nasz polski udział był znaczący w sposób szczególny. Tu chcę podkreślić rolę „Solidarności” jako źródła, inspiracji i bodźca w tym procesie. Cenne było wsparcie ze strony Kościoła, osobiście papieża Polaka Jana Pawła II. Pozwolę sobie też zauważyć ostateczną przewagę linii reformatorskiej wśród polskich władz. Wreszcie Zachód, zwłaszcza Stany Zjednoczone, prezydenci Reagan i Bush, którzy przyspieszając technologiczny wyścig zbrojeń, zaostrzyli gospodarcze trudności Związku Radzieckiego. W tym miejscu warto odnotować, że głównie za sprawą Arabii Saudyjskiej nastąpiło zasadnicze zwiększenie wydobycia ropy i tym samym gwałtowny światowy spadek jej cen, z dotkliwymi dla gospodarki radzieckiej skutkami. A więc mówiąc żartobliwie – to „arcydemokratyczne” państwo wniosło swój wkład w budowę demokracji w Europie Wschodniej. Cel uświęca środki. Chyba też dlatego tyran Rumunii Ceausescu był ulubieńcem Zachodu, obdarzanym różnymi honorami – włącznie ze szlachectwem Korony Brytyjskiej.
W czasach antagonistycznego podziału Europy i świata geostrategiczne miejsce Polski w bloku wschodnim było newralgiczne, w znacznym stopniu kluczowe. Zbigniew Brzeziński pisał: „państwo osiowe”. Znałem doktrynę i plany, brałem udział w różnych blokowych spotkaniach i naradach, kierowałem lub uczestniczyłem w wielkich ćwiczeniach Układu Warszawskiego, wiedziałem więc dobrze, co znaczy międzyblokowa równowaga sił, nazywana równowagą bezpieczeństwa. Przypomnę, że próby jej naruszenia poprzez zainstalowanie w 1962 r. radzieckich rakiet na Kubie postawiły świat na krawędzi III wojny światowej. Burzliwy rozwój sytuacji w Polsce w 1981 r. groził destabilizacją w regionie, oznaczając dla naszych ówczesnych sojuszników niebezpieczne naruszenie owej równowagi. Mówili o tym otwarcie. Czynili widoczne gołym okiem przygotowania do ewentualnej interwencji. W sytuacji ekstremalnej stałaby się realna. Jest na to mnóstwo ewidentnych dowodów, konkretnych faktów, a tylko one przede wszystkim się liczą. Żadne bałamutne interpretacje zignorować ich nie mogą.
Na przełomie listopada i grudnia 1981 r. – mówiąc językiem dialektyki – ilość przeszła w jakość. Znamienne zwłaszcza było ostatnie posiedzenie Komisji Krajowej „Solidarności” 11-12 grudnia. Wbrew realistycznemu stanowisku Lecha Wałęsy, a także oświadczeniu Tadeusza Mazowieckiego oraz kilku innych działaczy dominowała

radykalna, konfrontacyjna tonacja.

Co więcej – zapowiedziano wówczas na 17 grudnia ogólnokrajowy dzień protestu oraz wielkie demonstracje w Warszawie i innych miastach. W warunkach, gdy „benzyna była rozlana”, oznaczało to sygnał alarmowy, nadchodziła właśnie sytuacja ekstremalna, wybuchowa. Wprowadzenie stanu wojennego stało się więc działaniem zapobiegawczym, prewencyjnym w obliczu wielowymiarowej katastrofy.
Jak mówili średniowieczni teologowie, diabeł, jeśli nawet mówi prawdę, to kłamie. Np. gdy ja mówię o przyczynach załamania szansy na porozumienie. Dlatego też pozwolę sobie zacytować świadka o niepodważalnej wiarygodności. Otóż wieloletni sekretarz Episkopatu Polski, abp Bronisław Dąbrowski, w swych pamiętnikach opublikowanych w 1994 r. pod tytułem: „Rozmowy watykańskie arcybiskupa Dąbrowskiego”, opisuje relację złożoną 22 grudnia 1981 r. – a więc dziewięć dni po wprowadzeniu stanu wojennego – papieżowi Janowi Pawłowi II, a w niej m.in. następujące stwierdzenia: „Solidarność” wbrew ostrzeżeniom Kościoła eskalowała wystąpienia i dążenia do władzy. Odmówiła wejścia do Rady Porozumienia Narodowego, mimo że Wałęsa 4 listopada 1981 r. zgodził się na wejście razem z księdzem prymasem, u premiera. Po spotkaniu z premierem Komisja Krajowa zdyskwalifikowała Wałęsę i oświadczyła, że „Solidarność” nie wejdzie do Rady Porozumienia… Zebranie „Mazowsza” na politechnice 5-6 grudnia i powzięte uchwały zaalarmowały władze, szczególnie wyznaczenie manifestacji ulicznej na 17 grudnia 1981 r. Nasze rozmowy na wszystkich szczeblach „Solidarności” nie dały wyników (szczególnie 9 grudnia spotkanie u księdza prymasa). Komisja Krajowa w Gdańsku 11-12 grudnia 1981 r. Opinia Wałęsy – zbiorowa halucynacja, wielu uległo prowokacji”. Przed zbliżającą się katastrofą Kościół ostrzegał już wcześniej. Komunikat opublikowany na zakończenie 181. Konferencji Episkopatu Polski w dniach 25-26 listopada 1981 r., stwierdza: „Kraj nasz znajduje się w obliczu wielu niebezpieczeństw, przemieszczają się nad nim ciemne chmury, grożące bratobójczą walką”. Innymi słowy – wojną domową.
Z ciężkim bagażem problemów weszliśmy w 1982 r. oraz dalsze lata. Częściowo już o tym wspominałem. Teraz tylko pragnę dodać, że niezależnie od naszych obustronnych grzechów – nie będę po aptekarsku ich wyważać – byliśmy w podwójnych kleszczach. Z jednej strony zachodnie, zwłaszcza amerykańskie sankcje, restrykcje, z drugiej, nacisk radziecki, uzależnienie, zwłaszcza w zakresie surowców – ropy, gazu i innych. Pamiętaliśmy wciąż oficjalną zapowiedź drastycznego ograniczenia ich dostaw od 1 stycznia 1982 r. W warunkach załamania wydobycia własnego węgla oznaczałoby to – zwłaszcza w zimie – nie tylko ekonomiczny,

ale i biologiczny cios.

Stan wojenny temu zapobiegł. Ale problem pozostał. Jeśli nawet dziś, w całkowicie odmiennej sytuacji, gorączkowo poszukiwana jest dywersyfikacja dostaw, to jaka wówczas mogła być dywersyfikacja?! Oto jeden z istotnych powodów, dla których zmiany w Polsce mogły zachodzić tylko stopniowo, w korespondencji z rozwojem sytuacji w bloku, a zwłaszcza w Związku Radzieckim. Przełom nastąpił. Opatrzność zesłała nam Gorbaczowa – powiedział mi Jan Paweł II w styczniu 1987 r. w Watykanie. Tu dodam, że poza papieżem Polakiem nikt nie był tak masowo, entuzjastycznie w Polsce witany jak Gorbaczow w lipcu 1988 r. A przecież widziano w nim wówczas nie grabarza socjalizmu, Związku Radzieckiego, ale jego reformatora, otwierającego szansę na partnerskie stosunki w bloku. O tym niestety nie chcą pamiętać politycy cierpiący na antyrosyjską fobię.
Przez cały powojenny czas trwała z różnym natężeniem zimna wojna. Bez zburzenia, zasypania jej okopów trudno było rozluźnić system wewnątrzblokowych uwarunkowań i powiązań, a następnie stopniowo, a w latach 1989-1990 wejść ostatecznie na drogę demokracji i pełnej suwerenności. Jednym z zasadniczych warunków było ograniczenie zbrojeń, odprężenie, budowa wzajemnego zaufania. W maju 1987 r. odbyło się w Berlinie posiedzenie Komitetu Doradczego państw Układu Warszawskiego. Przyjęto tam doktrynalny dokument-oświadczenie, skierowane do państw NATO, jako inicjatywę zawierającą cały pakiet śmiałych, daleko idących propozycji. Na tym gruncie rozpoczęły się międzyblokowe rozmowy w Wiedniu. Spirala zbrojeń zdecydowanie poszła w dół. Muszę dodać, iż Gorbaczow sprawy te konsultował ze mną jako jedynym wśród głów państw bloku profesjonalistą wojskowym. Pisze o tym w swych pamiętnikach „Życie i reformy”, w tomie II i rozdziale 32. pt.: „Jaruzelski sojusznik i jedinomyszlennik” (sojusznik i jednakowo myślący). Było to o tyle istotne, ponieważ w radzieckim aparacie, zwłaszcza w armii, napotykał ogromne opory. Wiedzieliśmy o nich – stąd m.in. taktyka stopniowania naszych reform i zmian, ażeby nie zaszkodzić Gorbaczowowi.
Ewolucyjność polskiej drogi okazała się głęboko słuszna. Niestety historia bywa zainfekowana polityką, a polityka bywa zainfekowana historią. W ten sposób historia staje się narzędziem polityki. Pojawiają się więc opinie, że porozumienie władzy z „Solidarnością” było zmową elit. To brednia – Okrągły Stół, nasza negocjacyjna rewolucja stała się – w realiach ówczesnego układu sił – realistycznym kompromisem. Nie istniały warunki dla radykalnych rozwiązań. „Solidarność” była za słaba, ażeby obalić władzę – władza była za słaba, ażeby samodzielnie dokonać niezbędnych reform.
Uporczywie i natarczywie rozlegają się też głosy – że po wyborach z czerwca 1989 r. należało zejść z drogi porozumienia, w tym dokonać „dekomunizacji”, wielkiej czystki personalnej. Jako jeden z argumentów przywoływany jest wynik wyborów. Chcę więc zauważyć, że ich efekt psychologiczny był zdecydowanie większy niż faktyczna przewaga głosów. Mogę to udokumentować. Istniał nadal aparat dotychczasowego systemu, jego struktury siłowe, w tym Siły Zbrojne, których byłem zwierzchnikiem. Tę świadomość posiadali realistycznie myślący politycy „Solidarności”, co znalazło m.in. wyraz w głośnym

oświadczeniu Adama Michnika:

„Wasz prezydent – nasz premier”. Tak się też stało.
Można oceniać tę drogę w dwóch wymiarach. Jeden emocjonalny, etyczny, który wiąże się z pamięcią o różnych bolesnych doświadczeniach i poczuciem krzywdy – wśród szeregu osób. Drugi racjonalny, pragmatyczny. Powiem za Maksem Weberem: „Etyka przekonań i etyka odpowiedzialności”. Serce i głowa. Przy tej okazji przypomnę, że po 1918 r. budowano nowe państwo z szerokim udziałem kadr państw zaborczych. Można dodać inne przykłady, chociażby Hiszpanię i Republikę Południowej Afryki.
Reasumując: droga skrajna, a więc w istocie awanturnicza, nie przyspieszyłaby, a wręcz przeciwnie – zakłóciła proces zmian, przy tym nie tylko w Polsce, ale i w całym bloku. Krytycy tej drogi buńczucznie „napinają muskuły” post factum, kiedy przełomowe zmiany już się dokonały, zresztą po raz pierwszy w naszej historii bez przelewu krwi. I to właśnie jest największym zwycięstwem!
Mówiłem już, jakie ograniczenia stwarzała konieczność zrealizowania bolesnych społecznie reform gospodarczych. Wciąż trwało blokowe otoczenie. 4 grudnia 1989 r. odbyło się kolejne posiedzenie tzw. Komitetu Doradczego Państw Układu Warszawskiego. Z polskiej strony byłem ja, jako prezydent Polski, i co wielce znamienne, był premier z „Solidarności” – Tadeusz Mazowiecki. Pozostali to stare, nieco zmodyfikowane ekipy. Był jeszcze nawet Ceausescu. Mogę powiedzieć z dumą, że zdaliśmy historyczny egzamin z odwagi i rozwagi, z poczucia realizmu i odpowiedzialności. To dziedzictwo powinniśmy doceniać i pielęgnować.

Wydanie: 39/2009

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy