Cały naród buduje swoje media

Cały naród buduje swoje media

Nie prywatne, nie państwowe – tylko media publiczne

Od lat oglądamy paroksyzmy mediów, zwanych publicznymi: radia i telewizji. Narzekają wszyscy, choć przeważnie nie w tym samym czasie i nie z tego samego powodu. Jasno trzeba powiedzieć: to, co nazywamy mediami publicznymi, po prostu nimi nie jest i – tak zarządzane, tak umiejscowione w systemie – nigdy nie będzie. A są nam one do życia w demokracji i do przeżycia w świecie cywilizacyjnego kryzysu niezbędne. Mamy do nich prawo. My – społeczeństwo; nie państwo, nie partie, nie politycy, nie grupy interesów.

Media publiczne (zasadniczo telewizja i radio, nie sądzę, żeby prasa, ale może jakieś byty cyfrowe) są naszym prawem obywatelskim, częścią systemu politycznego, bez której trudno mówić o respektowaniu reguł demokracji. Muszą służyć kilku fundamentalnym, nierynkowym, nieweryfikowalnym krótkoterminowo celom: edukacji, informacji, uczciwej publicystyce, propagowaniu najszerzej definiowanych przestrzeni kultury i sztuki. Winny być awangardą popularyzacji nauki, wiedzy o mechanizmach władzy, żywą agorą polityki, rozumianej jako poszukiwanie nowych i najlepszych rozwiązań systemowych budujących wolnościowy dobrobyt dla jak największej części społeczeństwa, w skrócie dla wszystkich.

To na mediach publicznych, tworzonych i funkcjonujących wedle transparentnych, najwyższych standardów dziennikarskich, spoczywa obowiązek zapewnienia uczciwej debaty politycznej, kontroli świata polityki rządowej i instytucji państwa.

Dwa główne czynniki od 30 lat w różnym stopniu uniemożliwiają wypełnianie tych funkcji: polityczny nadzór i wpływ na kierownictwo mediów oraz niestabilne, zależne od widzimisię władzy, finansowanie. Trzeba zatem powiedzieć z całą mocą: media publiczne powinny być przez państwo bezwarunkowo utrzymywane i traktowane z najwyższą pieczołowitością, a władza nie może mieć na nie żadnego formalnego przełożenia, wpływu.

Polskie media tzw. publiczne (określenie ustawowe, choć całkiem nieadekwatne wobec ich charakteru, celów i praktyki), przejęte po 1989 r. od poprzedniego systemu wedle reguły „nasz prezes, dobry, uczciwy człowiek, równa się odrodzenie instytucji”, ulegały radykalnej dewastacji ideowej, zawężały grono adresatów (albo je poszerzały, jeśli musiały zdobywać pieniądze), generalnie miotały się w nowym świecie bez ładu i składu na pożytek innych graczy – prywatnych nadawców ogólnopolskich i regionalnych. Z ustawową misją i innymi szczytnymi regułami zawsze wygrywała konieczność walki o pieniądze z reklam. Co z jednej strony wpływało na ofertę programową, a z drugiej tworzyło z TVP i Polskiego Radia instytucje quasi-rynkowe i – co najważniejsze – niemal bezpośrednio zależne od świata polityki, będące pod bezustannym naciskiem politycznym, choć ze zmieniającymi się konfiguracjami. Owe konstelacje były na dodatek oderwane od realnego układu sił, ponieważ miały zapewnioną kontynuację już po kolejnych zmianach wyborczych, były zahibernowaną historią układów politycznych, które w rzeczywistości nie działały.

Degrengolada mediów publicznych postępowała stopniowo. Można powiedzieć, że po okresie transformacyjnego wsparcia dla zmian i „nowego” w kolejnym okresie ich główną identyfikacją było państwo polskie, jego szeroko rozumiana racja stanu. Potem coraz częściej interes państwa zaczynał być rozumiany jako pogląd rządu na interesy państwa (bardziej interesy niż obowiązki i znacząco mniej niż prawa obywateli). I niewiele trzeba było, żeby główny przekaz mediów publicznych nie tylko podryfował w stronę obrony i wsparcia interesów partyjnych, ale także ustawił je jako propagandową tubę partii rządzącej. Im szybciej uda się zamknąć ten nieudany 30-letni eksperyment, za który płacimy bardzo wysoką cenę ucieczki od demokracji, braku uczciwych reguł debaty, zaniku poszukiwania metod rozwiązywania problemów społecznych i stawiania czoła wyzwaniom cywilizacyjnym, tym lepiej.

Co dalej? Nową konstytucję dla mediów powinniśmy napisać my sami, my – społeczeństwo. Nie politycy, nie partie, nie dziennikarze, nie naukowcy, nie artyści, nie sportowcy, nie nauczyciele… Choć każda z tych grup powinna móc zabrać głos na temat tego, jakich mediów publicznych chcemy. Istnieje taka metoda procedowania, nazywa się panel obywatelski. Opiera się na zbudowaniu odpowiednio licznej reprezentacji społecznej, wybranej losowo, w miarę możliwości z zachowaniem podstawowych cech reprezentatywności pod względem demograficznym. Możliwość wzięcia udziału w panelu powinni mieć wszyscy chętni. Grupa koordynatorów/rek organizuje prace panelu, konieczne jest powołanie gremiów eksperckich, doradczych, zaprasza się organizacje społeczne, wszyscy chętni powinni mieć szanse zaprezentowania pomysłów i projektów, zanim dojdzie do decydującej fazy – przedyskutowania koncepcji. Przed rozpoczęciem prac panelowych musi być znana i zatwierdzona jego formalnoprawna kontynuacja, np. to, że jego rekomendacje są wiążące dla parlamentu. Panel wymaga czasu, nie ma tu miejsca na formułę „nasz czas dobiega końca”. Cały proces musi być absolutnie transparentny i jak najszerzej relacjonowany.

System panelu obywatelskiego był już w Polsce stosowany na mniejszą skalę. Gdańsk i Lublin sięgały po takie rozwiązania w kwestiach czystego powietrza i radzenia sobie z nadmiernymi opadami.

Media publiczne są zbyt ważne, żeby powierzać je nadal politykom, decyzjom partyjnym i kuluarowym targom.

To, czym dzisiaj stały się media publiczne, jest – mówiąc wprost – ostatnim stadium raka. Nie ma czego opłakiwać, żałować, nie da się tego odbudować. Czas tej ponadpartyjnej patologii powiedzieć: dość!

Polski nie stać na brak prawdziwych, niezależnych od władzy mediów publicznych.

Fot. PAP/Tomasz Gzell

Wydanie: 22/2020

Kategorie: Kraj

Komentarze

  1. Andrzej
    Andrzej 26 maja, 2020, 18:52

    Dla telewizji wzorem winno być BBC.

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy