Świat
Bez wody nie ma życia
Susza niszczy sycylijskie rolnictwo
Wcześnie rano, zaraz po przebudzeniu, Donatella Vanadia spogląda w niebo w nadziei, że pojedyncze chmury na horyzoncie przyniosą choć kilka kropel deszczu. Gospodarstwo ma w głębi Sycylii – nie padało tu od miesięcy. Jej zwierzęta pasą się na wypalonej ziemi przypominającej powierzchnię Księżyca, zmuszone do jedzenia suchych chwastów i picia z błotnistego stawu.
„Trudno im znaleźć wodę niezbędną do zaspokojenia codziennych potrzeb”, skarżyła się w rozmowie z Euronews. Właścicielka przedsiębiorstwa rolnego i weterynarka podkreślała, że gospodarstwa, które zakupiły wodę, borykają się ze zwiększonymi kosztami produkcji. Mocno ucierpiały także uprawy na paszę. Według Donatelli Vanadii produkcja siana będzie w tym roku mniejsza o 60-70%.
Sycylia zmaga się z jednym z najpoważniejszych kryzysów wodnych w historii. Największej i najbardziej zaludnionej wyspie na Morzu Śródziemnym grozi pustynnienie. W ciągu ostatnich sześciu miesięcy 2023 r. spadło tu zaledwie 150 mm deszczu, a w maju br. rząd ogłosił stan wyjątkowy.
Największy problem pojawia się oczywiście latem, kiedy temperatury już cyklicznie zbliżają się do 48 st. C (w 2021 r. zanotowano rekordową europejską temperaturę 48,8 st.), a fale pożarów niszczą resztki roślinności. Według szacunków regionalnej agencji ochrony ludności w zeszłym roku pożary spowodowały szkody na przeszło 60 mln euro. Ogień zniszczył wówczas ponad 690 ha lasów na wyspie.
Sycylia stanie się pustynią?
Susza, grożąca też wyschnięciem jeziora Pergusa, jedynego naturalnego jeziora na Sycylii, uderza również w branżę turystyczną. Jak informowała CNN, hotele i pensjonaty w Agrigento odmawiały już rezerwacji turystom. Ci zaś, którym udało się znaleźć zakwaterowanie, musieli się liczyć z ograniczeniami w dostawach wody. W ciągu dnia była ona okresowo odcinana, a w ciągu nocy w wielu miejscach nie było jej wcale.
Christian Mulder z Uniwersytetu w Katanii, profesor ekologii i ekspert od kryzysu klimatycznego, nakreślił smutny obraz przyszłości Sycylii, krytykując poważne jego zdaniem błędy władz regionalnych i krajowych. „Do 2030 r. jedna trzecia terytorium stanie się pustynią porównywalną z tymi w Tunezji i Libii – powiedział „Guardianowi”. – Cały pas zwrócony w stronę Kanału Sycylijskiego (wody oddzielające Sycylię od Afryki – przyp. TS) jest skazany na pustynnienie. Starożytni Arabowie, którzy niegdyś zamieszkiwali wyspę, z powodzeniem opracowali sposoby gospodarowania wodą. Jednak te stare akwedukty nie były konserwowane ani unowocześniane. Sycylia stoi obecnie w obliczu konkretnych konsekwencji dziesięcioleci złego zarządzania zasobami wodnymi”.
Tradycyjnie wodę pitną na wyspie pozyskuje się z podziemnych warstw wodonośnych, natomiast woda dla rolnictwa jest magazynowana w dużych zbiornikach zbudowanych po II wojnie światowej. Obydwa systemy opierają się jednak na coraz rzadszych opadach zimowych. Jednocześnie przez 30 lat zaniedbywano podstawową konserwację sieci irygacyjnej, co zmniejszyło pojemność zbiorników wodnych.
Kiedyś w wielu gospodarstwach były także sztuczne stawy, by zwierzęta mogły pić z nich podczas wypasu. Z powodu suszy i wysokich temperatur wszystkie te małe sztuczne stawy znikły.
Imperium w proszku
Nigdy dotąd Europa nie konsumowała tyle kokainy.
W tekstach na temat narkotyków trzeba uważać przede wszystkim na dwie rzeczy. Po pierwsze, aby nie popaść w stereotypy, bo te mają coraz mniej wspólnego z rzeczywistością. Wśród takich stereotypowych wyobrażeń jest chociażby wizerunek przemytników: wąsatych mężczyzn o oliwkowej skórze, noszących przy sobie kilka sztuk broni, wiecznie gotowych do jej użycia gdzieś na granicy pomiędzy Meksykiem i USA. Wiele dla promocji tego typu obrazków zrobił amerykański przemysł filmowy, takimi produkcjami jak słynny serial „Narcos” czy film „Sicario”. Nie chodzi tu o odmawianie im walorów rozrywkowych, bo to rzeczy nierzadko wybitne, a czasami po prostu wciągające. Ważniejsze, by zrozumieć, że nie tak odbywa się obecnie przemyt narkotyków, zwłaszcza w Ameryce Północnej. Tamtejszy rynek zdominowały już narkotyki syntetyczne, opioidy, substancje przygotowywane w laboratoriach na obrzeżach wielkich miast i często przewożone przez granicę całkowicie legalnie, jako produkty farmaceutyczne dostępne w większości aptek, zarówno w USA, jak i w Meksyku. Z wąsami i pistoletami ma to niewiele wspólnego.
Po drugie, pułapką bywa sposób prowadzenia narracji – nie może być monotonna, ale też nie należy popadać w ckliwość. Kilka tygodni temu brytyjski dziennik „The Guardian” opublikował duży reportaż o wykorzystywaniu nieletnich migrantów do transportu i handlu narkotykami w Europie Zachodniej. Punktem wyjścia opowieści był dworzec kolejowy w Brukseli, który dla tych dzieci stał się domem, miejscem pracy, często jedyną znaną im rzeczywistością na Starym Kontynencie. I owszem, tragedia kilkulatków zmuszanych do roznoszenia pakunków z białym proszkiem jest trudna do przyswojenia, aczkolwiek wiadomo, że dzieciaki są ostatnim elementem łańcucha dostaw. Znacznie ważniejsze jest podejście systemowe do tego zjawiska, którego akurat w reportażu „Guardiana” zabrakło. Kto ów proszek sprowadza i skąd, kto za niego płaci i ile, komu to się opłaca – od tych pytań powinno się zaczynać dyskusję o narkotykach. Szczególnie że danych na ten temat, coraz bardziej wiarygodnych, jest z każdym rokiem więcej.
W każdym porcie przemyt.
European Drug Report 2024, coroczna publikacja przygotowywana przez Europejskie Centrum Monitorowania Narkotyków i Narkomanii (EMCDDA), nie pozostawia wiele miejsca na interpretację wniosków. W tej chwili Europejczycy zażywają więcej kokainy niż kiedykolwiek w historii. Pokazują to właściwie wszystkie dostępne dane liczbowe.
Zacznijmy od punktów początkowych – miejsc, w których narkotyki zaczynają swoją podróż w ramach łańcucha dostaw na kontynencie. Tutaj najważniejszą rolę odgrywają porty. W Antwerpii w ciągu ostatnich 12 miesięcy skonfiskowano rekordowe 116 ton kokainy. Według informacji portalu Bloomberg to o 10% więcej niż rok wcześniej. Wzrost zanotowano także w kalabryjskim porcie Gioia Tauro na południu Włoch, w Marsylii, w Pireusie i w Dublinie. Spadek – w portach holenderskich, w tym w szalenie popularnym Rotterdamie.
Te dane należy jednak interpretować z pewną rezerwą, bo nie dają pełnego obrazu ruchu przemytniczego. Mowa tu o transportach, które udało się wykryć, a nie o całej ilości przerzuconych narkotyków. Ta zawsze będzie kilkunasto-, czasami kilkudziesięciokrotnie wyższa, bo żadna administracja portowa na świecie nie jest w stanie prześwietlić wszystkich kontenerów dostarczanych do tych gigantycznych portów. W przypadku Gioia Tauro włoskie ministerstwo spraw wewnętrznych szacuje, że ubiegłoroczna konfiskata 2,7 tony kokainy, oczywiście rekordowa, stanowiła nie więcej niż 10% przerzucanego tamtędy towaru. Według dziennika „Corriere della Sera” port ten jest miejscem wwozu 90% całej kokainy trafiającej na włoski rynek.
Europejskie władze i tak radzą sobie lepiej niż latynoamerykańskie. Tu warto przytoczyć statystyki z ekwadorskiego Guayaquil, jednego z najważniejszych pacyficznych portów Ameryki Łacińskiej, z którego wypływa w świat miesięcznie 300 tys. kontenerów. Lokalni urzędnicy są w stanie sprawdzić zawartość maksymalnie co piątego.
Jeśli zatem ilość zarekwirowanych narkotyków spada, nie wiadomo do końca, czy dzieje się to, bo przemytników odstraszyły skuteczne działania władz, czy zwyczajnie stali się sprytniejsi. Akurat Holendrzy chwalą się lepszą współpracą z rządami państw latynoskich, z drugiej strony populacja tego kraju jest, patrząc na proporcje, najbardziej uzależniona w Europie. Dane EMCDDA dowodzą, że aż 3% holenderskiego społeczeństwa używa kokainy. Na drugim miejscu znaleźli się Hiszpanie (2,4%), potem Irlandczycy (2,3%), a następnie Duńczycy i Norwegowie (po 2,1%). W liczbach bezwzględnych to kilka milionów ludzi na kontynencie. Najwięcej zaś jest najmłodszych. Jak wynika z wyliczeń „Guardiana”, aż 2,5 mln Europejczyków w wieku od 15 do 34 lat zażywa kokainę. To 2,5% tej grupy wiekowej.
Srebrne żniwa
Rewolucja technologiczna i energetyczna zbudowana jest na klasycznych fundamentach: cierpieniu, krwi i nierównościach.
Na początek zapraszam do prostego eksperymentu. Usiądźcie w fotelu, na krześle, na kanapie. Nie zmieniajcie niczego ze swojej codziennej rutyny, bez względu na to, czy jesteście w pracy, czy w domu. Korzystajcie z tych samych przedmiotów, co zawsze. Telefon komórkowy, inteligentny zegarek, e-papieros, laptop na biurku, w niektórych przypadkach samochód o napędzie hybrydowym lub elektrycznym w garażu. Do tych ostatnich obiektów macie pewnie trochę dalej, ale pierwsze są raczej w zasięgu ręki, ewentualnie wzroku. Tak samo jak kobalt, który je zasila.
Piekło na ziemi.
Dwie trzecie globalnych złóż tego srebrnego, połyskującego metalu znajduje się w Demokratycznej Republice Konga. Pod względem powierzchni to drugie największe państwo w Afryce, niewiele ustępujące zdominowanej przez pustynię Algierii. I jednocześnie miejsce, o którym można mówić, że jest autentycznym piekłem na ziemi. To tutaj rozwijał się najbardziej brutalny, eksploatacyjny model europejskiego kolonializmu, stworzony przez belgijskiego króla Leopolda, który Konga nie oddał nawet swojemu krajowi, tylko zamienił we własną posiadłość. Ducha europejskiego monarchy jako metafory niemożności wyrwania się z kolonialnych więzów nawet pół wieku po uzyskaniu niepodległości użył już lata temu Adam Hochschild, wybitny amerykański historyk i reportażysta, w książce zatytułowanej właśnie „Duch króla Leopolda”. Nie szczędził przy tym szczegółów, opisując chociażby obcinanie młodym Kongijczykom dłoni jako instrument zapobiegania kradzieżom.
Przez dziesiątki, nawet setki lat Kongo stanowiło synonim zła wcielonego, było autentycznym jądrem ciemności. I choć dzisiaj życiu tutaj nie nadają już tonu europejscy władcy, handlarze niewolników czy ekscentryczni watażkowie ze wszystkich stron świata, w gruncie rzeczy niewiele w Demokratycznej Republice Konga (DRC) się zmieniło.
Według informacji amerykańskiego Council on Foreign Relations, jednego z bardziej prestiżowych centrów analitycznych zajmujących się sprawami międzynarodowymi, na terenie Konga działa w tej chwili ponad 100 grup terrorystycznych i paramilitarnych niedeklarujących posłuszeństwa żadnemu suwerennemu państwu. Innymi słowy, to przeszło setka uzbrojonych po zęby, mniejszych i większych grup działających na własną rękę, które niszczą, podpalają, gwałcą i kradną niezależnie od uwarunkowań geopolitycznych i sytuacji międzynarodowej. A te i tak nie są sprzyjające.
Rząd DRC jest mocno podgryzany przez działania bojówki o nazwie M23, wspieranej przez władze Rwandy i tam mającej swoje bazy logistyczne. Inna grupa paramilitarna, Zjednoczone Siły Demokratyczne (ADF), to z kolei franczyzobiorca Państwa Islamskiego, znany ze szczególnego okrucieństwa w czasie swoich ataków. Taką listę można by tworzyć w nieskończoność. W efekcie, jak wynika z danych UNHCR, agendy Narodów Zjednoczonych ds. uchodźców, aż 7,2 mln Kongijczyków to wewnętrzni uchodźcy, zmuszeni do ucieczki z miejsc zamieszkania, ale pozostający w granicach ojczyzny. Od 1996 r. w toczących się w DRC wojnach domowych i konfliktach zbrojnych zginęło już ponad 6 mln osób.
I w takich okolicznościach, przy powszechnej biedzie, brutalności i banalnie łatwym dostępie do broni palnej, toczy się być może najważniejsza współcześnie wojna biznesowa. Na obszarze kongijskich lasów tropikalnych ścierają się, zupełnie jak w czasach kolonializmu, największe światowe mocarstwa, choć akurat tym razem starają się do siebie nie strzelać. Chodzi nie tylko o prawie 70% światowych zasobów kobaltu, ale też o lit, miedź, cynk, złoto, uran. Tylko na tym pierwszym metalu dałoby się zbić fortunę. Jak wynika z niedawnej publikacji Banku Światowego, do 2030 r. globalne zapotrzebowanie na kobalt wzrośnie aż czterokrotnie. Co nie musi oznaczać, że sytuacja mieszkańców Konga się poprawi.
Pracują więcej, zarabiają mniej
Grecja testuje sześciodniowy tydzień pracy.
„Świat pracy w Grecji przypomina teraz dżunglę”, mówi w „Le Monde” Giorgos Gavrilos z lewicowej partii Syriza, alarmując, że łamie się prawa pracownicze i robi z Greków tanią siłę roboczą. Poseł opozycji często wyraża oburzenie zarówno w wystąpieniach parlamentarnych, jak i w rozmowach z mediami, punktując działania konserwatywnego rządu: wydłużenie godzin pracy, osłabienie inspekcji pracy, kryminalizację działań związkowych. „Stworzono gorsze, antypracownicze prawo”, alarmuje w rozmowie z francuskim dziennikiem.
Szczególnym przedmiotem krytyki Gavrilosa jest ustawa 5053/2023, która weszła w życie 1 lipca br. Zgodnie z nią można wprowadzić 48-godzinny tydzień pracy. Pracownik otrzyma wówczas dodatkowo 40% wynagrodzenia za szósty dzień, a jeśli ten przypadnie w niedzielę lub święto, podwyżka wzrośnie do 115%. Można też dołożyć pracownikowi 120 minut nadgodzin przy zachowaniu pięciu dni roboczych. Nowe zapisy dotyczą firm działających nieprzerwanie, to jest świadczących usługi 24 godziny na dobę, siedem dni w tygodniu, lub deklarujących określone „obciążenie pracą”. W tym drugim przypadku chodzi o konkretne zadania lub projekty.
Powyższe zapisy nie są obowiązkowe, gdy jednak jakieś przedsiębiorstwo je zastosuje, musi ujednolicić czas pracy dla wszystkich. Trzeba wówczas poinformować o tym pracowników co najmniej 24 godziny przed rozpoczęciem nowej zmiany. Ustawa nie obejmuje sektora gastronomicznego ani turystyki, ponieważ już wcześniej pozwolono tam dołożyć pracownikom szósty dzień roboczy.
Pod prąd.
W kraju toczy się ostra debata. Probiznesowy rząd premiera Kiriakosa Mitsotakisa uznał, że ustawa 5053/2023 była konieczna ze względu na podwójne zagrożenie: kurczącą się populację Grecji i niedobór wykwalifikowanych pracowników. Mitsotakis przewidywane zmiany demograficzne nazwał „tykającą bomba zegarową”. Szacuje się bowiem, że od wybuchu kryzysu wyemigrowało już około pół miliona młodych, wykształconych Greków. To bezprecedensowy exodus. Lekarze, inżynierowie, informatycy jako cel swoich zawodowych podróży wybierają głównie Niemcy i kraje nordyckie.
George Dimitriadis, odpowiedzialny za sprawy młodzieży w Generalnej Konfederacji Greckich Pracowników (GSEE), tłumaczy powody wydłużenia czasu pracy zwiększeniem produktywności i konkurencyjności kraju na rynku światowym. „[Ustawa] pojawiła się w okresie, gdy rząd szukał sposobów na pobudzenie gospodarki i zwiększenie konkurencyjności”, powiedział w wywiadzie dla Al-Dżaziry.
Z kolei związki zawodowe, które od dawna nawołują do polepszenia warunków pracy i wzmocnienia praw pracowniczych, np. domagają się przywrócenia negocjacji zbiorowych zniesionych podczas kryzysu z lat 2009-2019, sprzeciwiają się nowej ustawie, bo Grecja ma najdłuższy średni tydzień pracy w Unii Europejskiej i nie jest pewne, czy dalsze wydłużenie go istotnie zwiększy produktywność.
Eurostat, Europejski Urząd Statystyczny, potwierdza, że Grecy są w czołówce, jeśli chodzi o liczbę godzin pracy – średnio 41 tygodniowo. Zgodnie z danymi Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju życie zawodowe zajmuje im także więcej czasu niż Amerykanom, Szwajcarom czy Japończykom. W 2022 r. greccy pracownicy przepracowali średnio 1886 godzin, podczas gdy średnia w USA sięga 1811 godzin, a w UE 1571 godzin. Nie przekłada się to jednak na zarobki – według Eurostatu Grecy zarabiają znacznie mniej (minimalna płaca wynosi 830 euro) niż reszta Europy, gdzie średnia w ubiegłym roku osiągnęła 1115 euro.
Mnożą się głosy, że „zmiany nie mają żadnego sensu”, jak uważa Akis Sotiropoulos, członek komitetu wykonawczego związku zawodowego urzędników Adedy. „Kiedy prawie co drugi cywilizowany kraj wprowadza czterodniowy tydzień, Grecja decyduje się pójść w drugą stronę”, nie ukrywa zdziwienia na łamach „Guardiana”. Sotiropoulos uważa, że stało się tak z powodu osłabienia związków zawodowych od czasów kryzysu, gdy w kraju dokonano cięć emerytalnych i podwyższono podatki, płaca minimalna spadła zaś o jedną piątą. Grecki rząd wprowadził wtedy reformy, obejmujące m.in. redukcję zatrudnienia w sektorze publicznym i zmniejszenie z 8 tys. do 5 tys. euro progu, do którego Grecy nie płacili podatków.
Utopia na miarę czasów
Indonezja buduje nową stolicę, bo stara tonie.
Na pierwszy rzut oka tempo realizacji tej inwestycji wydaje się imponujące. Pięć lat i miasto zbudowane od zera. Mało który przywódca w historii ludzkości może się pochwalić takim osiągnięciem, nawet jeśli wliczyć w to totalitarnych liderów w najokropniejszych reżimach historii, takich jak Korea Północna czy Związek Radziecki. Tymczasem Joko Widodo, odchodzący i wciąż uwielbiany przez tłumy prezydent Indonezji, w zaledwie pół dekady wzniósł nową stolicę kraju. Dla narodu ma to być symbol rozwoju gospodarczego i skoku cywilizacyjnego poczynionego w ostatnich latach. Dla niego samego – pomnik postawiony za życia. Brytyjski tygodnik „The Economist” napisał nawet, że Nusantara, bo tak nazywa się to miasto, jest zbudowana na próżności głowy państwa.
Po raz pierwszy o projekcie nowej metropolii prezydent zaczął mówić w 2019 r. Wtedy, 16 sierpnia, w czasie corocznego przemówienia do narodu z okazji rocznicy uzyskania niepodległości przez Indonezję w 1945 r., zaskoczył wszystkich, dając do zrozumienia, że kraj stać na taki projekt. A to wydatek niemały, według informacji podanych przez stację Al-Dżazira cała operacja, łącznie z przeniesieniem instytucji publicznych i relokacją mieszkańców, ma kosztować 35 mld dol. Przynajmniej na papierze, bo realne koszty będą zapewne kilkukrotnie wyższe.
„Jokowi”, jak Indonezyjczycy nazywają odchodzącego prezydenta, robił przez te pięć lat wszystko, żeby inwestycję przedstawić jako projekt modernizacyjny. Z ekonomicznego punktu widzenia ma ku temu podstawy. Jeśli spojrzeć na dane Banku Światowego, Indonezja w ciągu ostatniego ćwierćwiecza była jedną z najprężniej rozwijających się gospodarek globu. Na początku XXI w. zaczęła bardzo się rozpędzać, wyhamowała tylko dwukrotnie. W ostatnim kwartale 2001 r. wzrost gospodarczy spadł do 1,5%, ale w finansach publicznych to już archeologia. Ponownie kryzys przyszedł w drugim kwartale 2020 r., w szczycie pandemii koronawirusa. Wtedy gospodarka tego największego muzułmańskiego kraju na świecie skurczyła się o 5,32%. Przy czym kryzys dopadł wtedy wszystkich, a zaraza szczególnie mocno uderzyła właśnie w takie państwa jak Indonezja, gdzie wielu ludzi pracuje w szarej strefie, dorywczo, przede wszystkim w gospodarce nieformalnej, drobnej przedsiębiorczości i handlu ulicznym. Nie ma więc co się dziwić. Poza tymi dwoma potknięciami był ciągły wzrost w przedziale 4,5-7% w ujęciu rocznym. Wynik, o którym liberalne demokracje Zachodu mogą teraz tylko fantazjować.
Nusantara, gigantyczny plac budowy.
Ambicje indonezyjski przywódca ma rzeczywiście ogromne. Tylko w tym roku do Nusantary popłynęło 6,2 mld dol. inwestycji. W poprzednich dwóch latach – 4,6 mld. Podpisano, jak wylicza Al-Dżazira, 369 listów intencyjnych z wykonawcami, głównie zagranicznymi. Zdecydowana większość to podmioty zarejestrowane w Singapurze, ale są też firmy japońskie, malezyjskie, chińskie, amerykańskie, europejskie (np. z Finlandii). Warto jednak poświęcić chwilę uwagi koncernom z Singapuru, bo one często singapurskie bywają tylko z nazwy. W tym kraju bardzo łatwo zarejestrować nową spółkę, zwłaszcza z kapitałem azjatyckiego pochodzenia, dlatego na masową skalę robią to Chińczycy, tworząc spółki córki, ostatecznie przejmujące rolę spółek matek. Chociażby z tego powodu nie do końca wiadomo, kto będzie stawiał nowy pomnik cywilizacyjnego rozwoju Indonezji. Zresztą nie wiadomo, czy w ogóle on powstanie.
Docelowo do 2045 r. ma tu mieszkać 1,9 mln ludzi. To i tak niewiele, raptem jedna piąta dzisiejszej populacji Dżakarty, obecnej stolicy. Widać więc, że rząd planuje przenieść na Borneo, gdzie znajduje się Nusantara, przede wszystkim administrację, co trzeba podkreślić, żeby przebić pompowany balon opowieści o urbanistycznej utopii. Na razie mówi się o 20 tys. urzędników państwowych i ich rodzinach, czyli kolejnych 12 tys. osób, które mają tam zamieszkać już w grudniu tego roku. Zbudowano dla nich 12 apartamentowców, w ciągu najbliższych miesięcy kolejne 35 ma zostać oddanych do użytku. Jak dotąd Nusantara jest więc gigantycznym placem budowy. Nie trzeba posługiwać się negatywnymi czy krzywdzącymi stereotypami, żeby przyznać, że to widok typowy dla wielu inwestycji infrastrukturalnych globalnego Południa. Kilkupasmowe drogi urywające się bez uprzedzenia. Wysokie na pół metra krawężniki, przy których nie parkuje żaden samochód. Drapacze chmur ze szkła i stali. Szkielety budynków, nad którymi górują dźwigi. Siatki zabezpieczające, kontenery ze śmieciami i wiatr hulający po pustych piętrach.
Trochę więcej życia na tym gigantycznym placu budowy pojawiło się 17 sierpnia, z okazji kolejnego święta niepodległości. Zagraniczni reporterzy od razu jednak wytknęli niedociągnięcia, bo impreza miała być huczna, pompatyczna, a była… dość zwykła. Już kilka tygodni przed obchodami stało się jasne, że z bizantyjskiej inauguracji niewiele wyjdzie. Lista oficjalnych gości, w tym zagranicznych dyplomatów, przedsiębiorców i celebrytów, została zredukowana dość drastycznie, z 8 tys. do zaledwie 1 tys. Powód prozaiczny: w nowej stolicy nie ma odpowiedniej infrastruktury, żeby ich wszystkich ugościć. Ani zakwaterowania, ani sieci kanalizacyjnej, ani ukończonych dróg czy komunikacji zbiorowej, nie mówiąc o jedzeniu i piciu. Imprezę więc zorganizowano, ale zdecydowanie z myślą o użytku wewnętrznym. Były tradycyjne indonezyjskie tańce, ludowe stroje, parada dziedzictwa narodowego. W dniu niepodległości to oczywiście bardzo ważne, ale oglądając przemarsze w Nusantarze, można było odnieść wrażenie, że nie o to organizatorom chodziło, przynajmniej pięć lat temu, przy ogłaszaniu projektu przeprowadzki stolicy.
Niechciana pamięć
Trzecia rocznica ucieczki Amerykanów z Afganistanu.
Powiedzieć, że ktokolwiek „obchodził” w USA trzecią rocznicę ostatecznego zakończenia amerykańskiej wojny w Afganistanie, byłoby sporą przesadą. Temat stał się okazją do rocznicowych esejów w magazynach poświęconych sprawom międzynarodowym, seminarium naukowego i paru wpisów na platformie X. Część mediów odnotowała, że talibowie urządzili paradę wojskową, chwaląc się sprzętem niemal bez walki oddanym przez wczorajszych okupantów i uciekającą afgańską armię. Pojawiły się pojedyncze reportaże o trudnym losie Afgańczyków. W tym niedoszłych uchodźców, dla których wciąż nie ma łatwej drogi poszukiwania azylu w Stanach. Jednak Amerykanie mogą przypomnieć sobie najdłuższą wojnę w historii USA głównie dlatego, że służy teraz jako pretekst do przedwyborczych ataków.
Prawicowa stacja Fox News grzmi, że to przez Bidena i Harris Rosja dokonała inwazji na Ukrainę w 2022 r. Gdyby bowiem USA nie „porzuciły” Afganistanu, Putin by się przestraszył i nie najechał swojego sąsiada ledwie kilka miesięcy później. Jeszcze mocniejszych słów używa gwiazda amerykańskich konserwatystów i kandydat na wiceprezydenta u boku Donalda Trumpa, J.D. Vance. Na wiecu w Karolinie Północnej mówił, że Kamala Harris dopuściła się w 2021 r. „zdrady”, Ameryka zaś doznała największego upokorzenia od czasów Sajgonu. Trump lapidarnie dodaje, że wraz z prezydenturą Bidena zaczął się „sezon na Amerykę” i każdy może w USA walić, ile chce. Słowem się nie zająknął, że sam zainicjował negocjacje z talibami w formacie z Ad-Dauhy, które doprowadziły do zakończenia amerykańskiej okupacji.
Fakt, że prawica atakuje Bidena za wycofanie się z Afganistanu, choć to samo obiecywał Trump, jest dobrą ilustracją problemu USA z tą wojną. W wyobraźni publicznej ścierają się jej dwie niedające się pogodzić wizje. I w przeciwieństwie do inwazji na Wietnam czy Irak, których mało kto chce bronić (albo wojny koreańskiej, o której niewiele osób pamięta), Afganistan jest niezabliźnioną raną w amerykańskiej pamięci.
Wojny sprawiedliwa i wieczna.
Te dwie sprzeczne wizje to wojna sprawiedliwa i wieczna wojna. Wedle pierwszej w przeciwieństwie do innych konfliktów zbrojnych XX i XXI w. amerykański atak na Afganistan cieszył się międzynarodowym poparciem i uzyskał mandat Rady Bezpieczeństwa ONZ. Nawet Władimir Putin, wówczas nowy prezydent Federacji Rosyjskiej, gotów był Amerykanów poprzeć. Co więcej, militarnie Afganistan okazał się zwycięstwem. Przynajmniej na początku. Amerykanie zaś nie musieli się uciekać do zakłamanej propagandy, żeby uzasadnić tę wojnę.
Nawet długoletnia okupacja i powoływanie kolejnych marionetkowych rządów w Kabulu są w wizji wojny sprawiedliwej uzasadnione. Przecież im dłużej Amerykanie stacjonowali w Afganistanie, tym więcej dziewczynek udało się posłać do szkoły, więcej kobiet zrobiło karierę i więcej młodych Afgańczyków zetknęło się z kulturą Zachodu. Każdy kolejny rok miał przybliżać moment, w którym rzeczywiście między Kabulem a Heratem, Mazar-i-Szarif i Kandaharem powstanie społeczeństwo obywatelskie i spójne świeckie państwo.
„Jeśli jednak wojna w Afganistanie była taka dobra, to właściwie dlaczego należało ją kończyć?”, brzmią logiczne wnioski z doprowadzonej do skrajności opowieści o wojnie sprawiedliwej. Tu trzeba się zderzyć z mitem przeciwnym – wizją Afganistanu jako wiecznej wojny. Mówi ona, że sam ogrom czasu – ponad pokolenie! – jest wystarczającym powodem zakończenia obecności w Afganistanie. W wizji Afganistanu jako wiecznej wojny – co do faktów prawdziwej – konflikt staje się wręcz kluczem do wyjścia z Bliskiego Wschodu i zakończenia epoki „wojny z terroryzmem” raz na zawsze. Dlatego zresztą, mimo że są na przeciwległych biegunach politycznych, ten sam wniosek wyciągali Trump i Biden. Chodziło nie tylko o monstrualne koszty i niskie poparcie społeczne dla wojny w samych Stanach, ale także o symboliczne zakończenie pewnej epoki. Zakończenie wojny w Afganistanie jawiło się jako niezbędny warunek ograniczenia uwikłania USA na Bliskim Wschodzie i umożliwienia regionalnej stabilizacji. Jednak dzisiejsze wsparcie Ameryki dla Izraela także ośmieszyło nadzieje, że za wycofaniem się z Afganistanu pójdzie szersze przewartościowanie polityki Waszyngtonu.
Tych wizji – wojny sprawiedliwej i wiecznej wojny – pogodzić się nie da. Na dłuższą metę trudno byłoby zresztą uzasadnić logicznie, dlaczego USA nadal powinny w Afganistanie być. Jeśli wojna była porażką, należało to upokorzenie zakończyć i nie ciągnąć przez kolejne dekady. Ale jeśli była zwycięstwem, chyba tym bardziej?
Żyjemy w czasach epokowej zmiany
Stany Zjednoczone tracą wyłączność na roszczenie sobie prawa do przywództwa w świecie.
Frank Deppe – (ur. w 1941 r.) emerytowany profesor nauk politycznych na Uniwersytecie Philippsa w Marburgu, gdzie wykładał w latach 1968-2006 (jako profesor od 1972 r.). W 2010 r. ukończył pięciotomową serię książek „Myśl polityczna w XXI wieku”. Zasiadał m.in. w zarządzie niemieckiej Fundacji im. Róży Luksemburg, regularnie publikuje w czasopismach.
W ostatniej książce, noszącej tytuł „Zeitenwenden?” („Zmiana czasów?”), analizuje pan starą zimną wojnę w porównaniu z tym, co określa pan jako nową zimną wojnę. Chodzi o konflikt między USA – lub ogólniej Zachodem – a Chinami i Rosją albo, szerzej, państwami BRICS, czyli poza tymi dwoma Brazylią, Indiami i RPA. Jak można porównać te konflikty?
– Urodziłem się w 1941 r., co oznacza, że przeżyłem II wojnę światową i jej koniec. Dorastałem zaś we Frankfurcie nad Menem w czasach zimnej wojny, a później zaangażowałem się w ruch pokojowy. Protesty były skierowane przeciwko stacjonowaniu broni nuklearnej. W latach 70. ruchy protestacyjne i pokojowe zyskały większy wpływ na politykę. Świadczą o tym polityka wschodnia niemieckiego kanclerza Willy’ego Brandta i konferencje helsińskie w latach 70. Była to era odprężenia, choć ograniczonego. Z tego powodu możliwy powrót do ery zimnej wojny wywołuje u mnie wiele negatywnych wspomnień i obaw; zwłaszcza z powodu wojny w Ukrainie i w Strefie Gazy widzimy tendencję do zbrojeń i kolejnych konfrontacji. Niesie to niebezpieczeństwo eskalacji, szczególnie w przypadku wojny w Ukrainie, która może również doprowadzić do konfliktu nuklearnego.
Jako politologa, który zajmuje się kwestiami międzynarodowych stosunków sił, interesują mnie podobieństwa między tamtymi a dzisiejszymi czasami. Istnieją one np. w prymacie polityki zbrojeniowej i konfrontacji ideologicznej, mającym obecnie miejsce.
Dla przykładu niszczycielska wojna koreańska toczyła się w latach 1950-1953, mniej więcej na początku zimnej wojny. Czy można ją porównać z obecną wojną Rosji przeciwko Ukrainie, wspieranej przez Zachód?
– Należy wspomnieć, że jeszcze przed tym, co działo się w Korei, w następstwie II wojny doszło do całej serii konfliktów zbrojnych, szczególnie w Azji: w Chinach wojna domowa między Czang Kaj-szekiem i Mao Zedongiem, a także wojny w Malezji, Indonezji i oczywiście w Wietnamie. Wszystkie one toczyły się na tle starych warunków kolonialnych w Azji Wschodniej. Wojna koreańska pochłonęła straszliwe ofiary. Amerykanie zrzucili na Koreę więcej bomb niż na Niemcy podczas II wojny światowej, a liczbę zabitych szacuje się dziś na 4,5 mln. Był to rezultat niemożności uzgodnienia przez USA i Związek Radziecki, kto przejmie przywództwo w Korei po zakończeniu II wojny światowej. Pamiętam, że jako dziecko w 1950 r. słyszałem, jak mama w rozmowie ze znajomą pyta z przerażeniem: „Czy będzie kolejna wojna?”. To był strach, który ogarniał społeczeństwo i który zwłaszcza w Europie doprowadził do zaostrzenia frontów podczas zimnej wojny. Był on stałym towarzyszem i przedmiotem politycznej manipulacji, tak jak dzisiaj manipuluje się strachem przed inwazją lub agresją ze strony Rosji.
Czy także pod względem skutków istnieją podobieństwa między wojną koreańską a wojną w Ukrainie?
– Wojna w Korei – wraz z innymi czynnikami, takimi jak plan Marshalla i wprowadzenie marki niemieckiej w 1948 r. – jest uważana za początek długiej fazy wzrostu gospodarczego na Zachodzie, tzw. cudu gospodarczego lub złotego wieku kapitalizmu. Faza ta trwała do lat 70. XX w. Branże eksportowe w RFN doświadczyły w tym okresie mocnego ożywienia, bo w tym samym czasie w USA nastąpiła ponowna, jak podczas II wojny światowej, ogromna koncentracja na sektorze obronnym. Zapanował „militarny keynesizm”. Oznaczało to olbrzymi wzrost wydatków na obronę, który jednocześnie napędzał wzrost gospodarczy – w przemyśle obronnym poprzez miejsca pracy, ale przede wszystkim w systemie naukowo-badawczym, łączącym badania z wojskiem.
Kamala Harris w Białym Domu
Czy to się może udać?
Korespondencja z USA
Niosąca nadzieję i patrząca w przyszłość Kamala Harris ma szansę powtórzyć sukces Baracka Obamy. Podbija serca młodych, ale jej wygrana będzie zależeć od tego, czy reszta Stanów Zjednoczonych jest równie gotowa porzucić kryteria osobowości i płci i wkroczyć w erę post-MeToo.
Dzień po ogłoszeniu, że kandydatem na demokratycznego wiceprezydenta będzie gubernator Minnesoty Tim Walz, centrum opinii i analizy politycznej Cook Political Report (CPR) ogłosiło prognozę, że Kamalę Harris poprą w wyborach trzy tzw. stany wahające się: Arizona, Georgia i Newada. – Pierwszy raz od dawna demokraci są zjednoczeni i zmobilizowani, podczas gdy republikanie zdezorientowani. Błędy popełnione przez Trumpa i jego nominata na wiceprezydenta, J.D. Vance’a, przekierowały uwagę wyborców z wieku Bidena na to, w jaki sposób Trump staje się w wyborach obciążeniem – uzasadniła swoją ekspertyzę szefowa centrum Amy Walter.
Dlaczego ta wiadomość zelektryzowała Amerykę, szczególnie tę głosującą liberalnie? Po pierwsze, Cook Political Report jest ośrodkiem niezależnym i cieszy się zasłużoną renomą medium o niebywale wysokiej trafności prognoz – w jego 37-letniej historii jeszcze nigdy nie spadła poniżej 95%. Po drugie zaś, o wynikach wyborów już od dawna przesądzają w USA właśnie wyborcy ze swing states, co wiadomo na podstawie trendów głosowania i analiz demograficznych.
Wszystko przez specyficzne ustawienia amerykańskiego systemu wyborczego. Prezydenta wyłania tu bowiem nie głosowanie powszechne, ale Kolegium Elektorów – jego członkowie głosują na tego kandydata, który wygrał wybory powszechne w ich stanie. Diabeł tkwi w szczegółach. Każdy stan wysyła do Waszyngtonu tylu elektorów, ilu ma kongresmenów i senatorów. Senatorów zaś – bez względu na to, czy mówimy o prawie 40-milionowej Kalifornii, czy niespełna półmilionowym Wyoming – wszędzie jest tyle samo, czyli dwójka. Widać więc wyraźnie, że szczególne moce wyborcze przypadają w udziale stanom mniejszym i prowincjonalnym. Zwycięstwo Trumpowi w 2016 r. dały Michigan, Pensylwania, Wisconsin, Floryda, Ohio i Iowa, które w latach 2008 i 2012 głosowały na Obamę. Joe Biden wygrał cztery lata później dzięki „zbiegłym” z obozu Trumpa stanom Michigan, Pensylwania i Wisconsin, a także głosującym wcześniej konserwatywnie Arizonie i Georgii.
Choć rolę w rezygnacji Bidena z dalszego udziału w wyborach bez wątpienia odegrała partyjna wierchuszka, decydującym czynnikiem były właśnie złe doniesienia ze stanów wahających się. One też przesądziły o tym, że Kamala Harris na swojego zastępcę wybrała człowieka jak najatrakcyjniejszego dla niezdecydowanej prowincji: pochodzącego z rolniczej Nebraski, ale zarazem otrzaskanego w polityce tzw. pasa rdzy – królestwa klasy robotniczej ciągnącego się od Midwestu po północno-wschodnie rubieże kraju.
W ramach wyborczej ciekawostki dodam, że o wynikach wyborów tak naprawdę przesądzi zaledwie ok. 80 tys. osób, które zmienią lub określą swoją postawę polityczną w ostatniej chwili. W kraju mającym niemal 330 mln obywateli to niecałe 0,5% uprawnionych do głosowania.
Ocena CPR bez wątpienia umacnia pozycję Harris w wyścigu i potwierdza, że mamy do czynienia z fenomenem. Kandydatka, której własna partia odmawiała zdolności pokonania Trumpa, teraz pomaga tej partii przegrupować się i zjednoczyć, zyskuje też sympatię kluczowego segmentu wyborców niezdecydowanych. Nie ma co jednak się łudzić, droga do Białego Domu jest jeszcze daleka. Harris czekają trzy miesiące kampanii, a tę przecież będą kształtować również niepokoje poza granicami Stanów Zjednoczonych. Spróbujmy jednak odpowiedzieć na pytanie, co daje nadzieję na wygraną Kamali Harris, a co działa na jej niekorzyść.
Podwójne więzy i ambiwalentny seksizm.
Zacznijmy od „przeszkody” najbardziej oczywistej – czyli od tego, że Kamala Harris jest kobietą.
Na prezydentkę, bez względu na kolor jej skóry i pochodzenie, Amerykanki czekają od dawna, a liczba pań, które stawały do walki o Biały Dom, idzie już w dziesiątki. Niestety, wciąż bez powodzenia, bo jak się przekonujemy za każdym razem, nogę podstawiają im nie tyle nawet patriarchalne nawyki kulturowo-obyczajowe, ile trwałość, zwłaszcza na prowincji, szablonu, z którego prezydent powinien być wycięty. Upraszczając, powinna to być osoba silna i roztaczająca aurę nieugiętości, a także wygrażająca pięścią wszystkim, którym marzy się odebranie Ameryce jej potęgi i wielkości. Ten tok rozumowania to pokłosie panującej szczególnie wśród starszych pokoleń tęsknoty za okresem „złotego powojnia”, kiedy to pod rządami silnych mężczyzn Ameryka kwitła, a statystycznemu zjadaczowi chleba powodziło się.
I tak z kampanii na kampanię nieustannie oglądamy szablonową, niektórzy mówią nawet wprost: „maczystyczną”, grę pod publiczkę wszystkich kandydatów, co z góry przesądza o losie kandydatek. Znana lingwistka Robin Lakoff, autorka kultowej książki „Language and Woman’s Place” (Język i miejsce kobiety), już pół wieku temu nazwała to zjawisko double bind – podwójnymi więzami, którymi pętane są polityczki. „Jeśli jakąś rolę podświadomie łączymy z jakimiś konkretnymi cechami, to człowiek, który tych cech nie posiada, nawet gdyby odgrywał tę rolę najlepiej na świecie, będzie nam się wydawał nieautentyczny”, pisze Robin Lakoff.
Po kampanii Hillary Clinton, która w 2016 r. przegrała z Donaldem Trumpem, bo rzekomo „nie inspirowała”, eksperci wprowadzili do słownika wyborczego kolejną pozycję: ambiwalentny seksizm – termin ukuty w 1996 r. przez parę psychologów, Petera Clicka i Susan Fiske. Opisuje on postawę mężczyzny, który wspiera kobietę, gdy ta realizuje się w tzw. tradycyjnych rolach kobiecych, ale przejawia wobec niej wrogość, gdy kobieta dąży do władzy bądź szuka realizacji w profesjach tradycyjnie przypisywanych mężczyznom.








