Celował w marszałka, zastrzelił prezydenta – rozmowa z prof. Pawłem Samusiem

Celował w marszałka, zastrzelił prezydenta – rozmowa z prof. Pawłem Samusiem

Jak potoczyłyby się losy Polski, gdyby Eligiusz Niewiadomski zabił Józefa Piłsudskiego

prof. Paweł Samuś, Katedra Historii Polski Najnowszej Uniwersytetu Łódzkiego

Rozmawia Krzysztof Pilawski

Panie profesorze, czy międzywojenna Polska byłaby innym państwem, gdyby morderca prezydenta Gabriela Narutowicza, Eligiusz Niewiadomski, zrealizował swój główny cel – zastrzelił Józefa Piłsudskiego?
– Historyk nie myśli w kategoriach, co by było, gdyby… Może jedynie formułować ostrożne tezy na podstawie biegu wydarzeń. 11 grudnia 1922 r. na ulicach Warszawy polała się krew. Od kul przeciwników politycznych zginął robotnik socjalista Jan Kałuszewski. Prawicowi manifestanci zastosowali terror wobec nestora polskiego socjalizmu Bolesława Limanowskiego i Ignacego Daszyńskiego, zmierzających na zaprzysiężenie Gabriela Narutowicza. Prezydenta elekta w czasie jego przejazdu ulicami lżono, obrzucano grudami błota i śniegu. Prawica chciała zablokować ceremonię, by nie dopuścić do objęcia urzędu przez legalnie wybraną głowę państwa. Premier Julian Nowak i minister spraw wewnętrznych Antoni Kamieński nie panowali nad sytuacją, dali się zastraszyć tłumowi. Rządziła ulica podjudzana przez prasę obozu narodowego. Stanisław Stroński zatytułował artykuł w „Rzeczpospolitej” „Ich prezydent”. „Kurier Poznański” odnotował, że w czasie przysięgi Gabriel Narutowicz nie ucałował krzyża. Prezydenta przedstawiano jako bezbożnika lekceważącego polską tradycję, pachołka Żydów. W tej atmosferze Eligiusz Niewiadomski, malarz znający doskonale anatomię człowieka, dokonał królobójstwa – zastrzelił w Zachęcie pierwszego w historii Rzeczypospolitej prezydenta. Polsce groziło rozpętanie wojny domowej.

Polska na kruchym lodzie

Jakie byłyby jej skutki?
– Nieobliczalne. Rozruchy w Warszawie mogłyby się rozlać na cały kraj. Wydarzenia jesieni 1923 r. w Krakowie pokazały, że robotnicy potrafią sięgnąć po broń, strzelać do wojska i policji. W sytuacji ostrego konfliktu być może bezczynne nie pozostałyby mniejszości narodowe, w tym największa, pięciomilionowa ukraińska. Wielu Ukraińców miało świeżo w pamięci wojnę z Polską w 1918 i 1919 r., nie identyfikowało się z państwem polskim, bojkotowało je, nie płacąc podatków, uchylając się od poboru do armii, nie biorąc udziału w wyborach.
Napięta była sytuacja na Białorusi, gdzie działały oddziały zbrojne po stronie radzieckiej – to stało się, jak pamiętamy, główną przyczyną powołania Korpusu Ochrony Pogranicza. Odrodzone państwo polskie otaczali dwaj potężni sąsiedzi zainteresowani jego osłabianiem, niemogący się pogodzić z tym, że nasz kraj odzyskał miejsce na politycznej mapie Europy. W Niemczech wspierano nacjonalistów szerzących hasła polskiego państwa sezonowego i polnische Wirtschaft. W kwietniu 1922 r. Niemcy i Rosja Radziecka porozumiały się ponad Polską w Rapallo, w Warszawie odebrano to jako zagrożenie naszego bezpieczeństwa. Mimo podpisanego w 1921 r.
traktatu ryskiego wschodnia granica Polski nie została jeszcze uznana przez mocarstwa zachodnie. Dopiero w marcu 1923 r. Rada Ambasadorów zatwierdziła przebieg granicy wschodniej oraz przyznanie Polsce Wileńszczyzny i Galicji Wschodniej. Na konferencji pokojowej narzucono Polsce tzw. mały traktat wersalski gwarantujący mniejszościom narodowym pełnię praw obywatelskich i bacznie obserwowano ich przestrzeganie. Widać więc, jak kruchy był lód, po którym stąpała Polska w grudniu 1922 r.
Gdyby zabrakło Piłsudskiego, groźba wybuchu wojny domowej byłaby poważniejsza?
– Reakcja na śmierć Piłsudskiego mogła być gwałtowna ze względu na związek emocjonalny, jaki się wytworzył między nim a kombatantami, dawnymi podkomendnymi z Legionów. Potwierdził go obradujący w sierpniu 1922 r. w Krakowie zjazd legionistów. Naczelnik cieszył się ogromną popularnością w wielu środowiskach. Z drugiej strony polscy politycy wszystkich nurtów dobrze rozumieli skutki, jakie może mieć otwarty konflikt wewnętrzny. Po zamordowaniu Narutowicza nawet politycy i publicyści prawicy przestraszyli się efektów swojej działalności.
Mogli przypłacić ją życiem, bo po zamachu na Narutowicza w kręgu piłsudczyków zrodził się pomysł zamordowania grupy prawicowych działaczy.
– Jednak do krwawej zemsty nie doszło. Marszałek Sejmu Maciej Rataj stanowczo odradzał taki pomysł, mówiąc, że jeśli się zaczyna odwet, nigdy nie wiadomo, kiedy on się skończy. Podobne stanowisko zajął Ignacy Daszyński. Dzięki temu i niezdecydowaniu samego Piłsudskiego, który przez moment miał ochotę wyjść na ulicę na czele wojska i rozprawić się z „gówniarzami”, ideę odwetu zarzucono. Myślę, że podobnie postąpiono by także w sytuacji, gdyby zabrakło Piłsudskiego.

Faszyści maszerują

Na wiecach w Warszawie w grudniu 1922 r. skandowano: „Niech żyje Mussolini!”, „Niech żyje prezydent Haller!”. Może śmierć Piłsudskiego otworzyłaby drogę do zwycięstwa sił zafascynowanych włoskim faszyzmem?
– W Polsce nie było dostatecznie silnych grup społecznych, które poparłyby przewrót faszystowski. Tym bardziej nie było ich w parlamencie. Narodowa Demokracja mimo nadstawiania ucha na to, co dzieje się we Włoszech, i popularyzowania włoskiego modelu, nie była formacją, która chciałaby sięgać po wojsko. Dopiero zamach majowy Józefa Piłsudskiego skłonił endecję do zmiany stanowiska w sprawie użycia siły w celu wprowadzenia innego systemu rządów.
A Haller jako polski Mussolini? Do dziś czytam na prawicowych portalach, że był „głosem sumienia, nieugiętym obrońcą prawa i sprawiedliwości, bezkompromisowym wyznawcą katolicyzmu”.
– Gen. Hallera otaczała legenda dowódcy Błękitnej Armii. Przybył z nią do Polski w 1919 r. i odegrał wielką rolę w walkach o granice, jego nazwisko do dziś kojarzy się z zaślubinami z morzem.
Nie kojarzy się zaś z pogromami dokonywanymi przez jego żołnierzy na Żydach…
– Prawica narodowa rozwijała legendę Hallera jako hetmana, dowódcy Armii Ochotniczej, kierującego zwycięskim pospolitym ruszeniem. Budowano mit ojca narodu, który miał być przeciwwagą dla legendy Piłsudskiego. To był typowy zabieg polityczny przeciwników naczelnika, wykorzystujących fakt, że Piłsudski i Haller rywalizowali ze sobą jako dowódcy w czasie I wojny światowej. Haller jednak nie był w stanie odegrać roli wodza, nie nadawał się do niej. Przyznaje to w pamiętniku konserwatywny polityk Władysław Leopold Jaworski, który przytacza także bardzo krytyczne oceny Hallera dokonywane przez Romana Dmowskiego. Nie wiem, czy są do końca sprawiedliwe, jednak Haller nie jest postacią, która mogła się stać kreatorem działań politycznych.
Czy pretendował on do roli przywódcy? Po wyborze Narutowicza na prezydenta grzmiał do tłumu: „Wy, a nie kto inny, piersią swoją osłanialiście, jakby twardym murem, granice Rzeczypospolitej, rogatki Warszawy. W swoich czynach chcieliście jednej rzeczy, Polski. Polski wielkiej, niepodległej. W dniu dzisiejszym Polskę, o którą walczyliście, sponiewierano”.
– Ktoś, kto uczestniczy w życiu publicznym na najwyższym szczeblu, kto jest do tego zachęcany, niełatwo odrzuca tego typu pokusy. Być może Haller myślał o tym, miał takie ambicje. Jego wspomnienia, nawiasem mówiąc bardzo ciekawe, nie odpowiadają na to pytanie. Odnosi się ono do sfery osobistych ambicji, głęboko ukrytej w zakamarkach umysłu lub duszy.

Mężowie opatrzności

Jeśli nie Haller, to kto mógł aspirować do przywództwa politycznego, gdyby w 1922 r. zabrakło Piłsudskiego?
– Pyta pan, czy ktokolwiek mógł wziąć na siebie tak wielką odpowiedzialność, jaką potrafił brać marszałek Piłsudski. Być może politykiem, który potrafiłby pokierować losami Polski, zostałby Wincenty Witos. W ciągu kilku lat funkcjonowania na szczytach władzy II Rzeczypospolitej ten wykpiwany przez warszawkę wójt z Wierzchosławic udowodnił, że jest nie tylko przywódcą ruchu ludowego, lecz także wybitnym politykiem i mężem stanu. Piłsudski odwołał się do niego, gdy Polska stanęła wobec groźby utraty niepodległości w 1920 r. Naczelnik państwa i premier lojalnie współpracowali w tych dramatycznych dniach. Witos ponad 400 dni kierował rządem, miał wizję demokratycznego państwa. Był silną osobowością, ale chyba nie nadawał się na dyktatora, co potwierdził zamach majowy – premier Witos ustąpił i wrócił do rodzinnych Wierzchosławic. Brakowało mu też dostatecznie szerokiego zaplecza politycznego.
Innym bardzo zdolnym politykiem okazał się gen. Władysław Sikorski, który został premierem w dniu zamordowania Narutowicza. Kierował rządem kilka miesięcy, nie tylko pokazując, że jest utalentowanym dowódcą, lecz także demonstrując dalekowzroczność polityczną. Był pierwszym premierem podejmującym trud rozwiązania problemów, z którymi nie radzili sobie jego poprzednicy. Myślę m.in. o reformie skarbowej przygotowywanej przez Władysława Grabskiego oraz o kwestii mniejszości narodowych. Sikorski na pewno był osobistością, która mogła zajaśnieć na firmamencie polskiej polityki, stać się sprawnym premierem kierującym rządem pozaparlamentarnym, ale również prowadzić Polskę w kierunku stabilizacji. Pięć miesięcy jego premierostwa wyraźnie wskazywało, że poradziłby sobie z wyzwaniami.
Kto jeszcze?
– Bardzo ciekawą postacią był Maciej Rataj. Do polityki trafił przypadkowo w 1919 r., co z humorem opisał w pamiętnikach. Do Sejmu dostał się jako kandydat PSL Wyzwolenie, ale nie odpowiadał mu radykalizm tej partii. Przeszedł do Piasta. Po trzech latach został marszałkiem Sejmu. Był politykiem utalentowanym i rozważnym. Mówiono, że to człowiek, który zawsze zmierza do celu środeczkiem. Łączył skrajności, zdołał zapanować nad namiętnościami po śmierci Narutowicza, gdy Józef Piłsudski domagał się, by wyprowadzić wojsko na ulice.
A Roman Dmowski?
– Bez wątpienia był wybitnym intelektualistą z wielkimi ambicjami. Aspiracje Dmowskiego umacniało zwycięstwo obozu narodowego w wyborach w styczniu 1919 r. i w listopadzie 1922 r.
Jego stronnictwo nie potrafiło jednak uzyskać trwałej przewagi w parlamencie. Dmowski i jego współpracownicy boleśnie się o tym przekonali latem 1922 r., gdy doszło do konfliktu między Sejmem a Piłsudskim. Po odwołaniu przez Sejm po zaledwie 10 dniach urzędowania gabinetu Artura Śliwińskiego, powołanego przez naczelnika państwa, izba wysunęła na premiera kandydata centroprawicy – Wojciecha Korfantego. Zdecydowanie wystąpił przeciwko niemu Piłsudski. Sejm musiał się opowiedzieć po czyjejś stronie: albo Piłsudskiego, albo prawicy, która zgłosiła wniosek o wotum nieufności dla niego. Z tej walki zwycięsko wyszedł naczelnik, bo poparły go sejmowa lewica i centrum, a nawet konserwatyści.
Narodowcy, podobnie jak uczestnicy marszów w Warszawie, twierdzili, że o zwycięstwie Narutowicza przesądzili Żydzi i Blok Mniejszości Narodowych. Endecki poseł Antoni Sadzewicz mówił, że Narutowicza narzucili Polakom Żydzi.
– To nie 80 posłów i senatorów mniejszości narodowych zadecydowało o wyborze Narutowicza, ale parlamentarne kluby lewicy i centrum, przede wszystkim ludowcy z Piasta. Co ciekawe, część posłów prawicy w czwartej turze głosowania poparła Gabriela Narutowicza, by utrącić kandydaturę Stanisława Wojciechowskiego, wysuniętą przez piastowców. Przywódcy prawicy byli przekonani, że w decydującym głosowaniu posłowie z Piasta poprą ich kandydata, Maurycego Zamoyskiego, a nie kandydata Wyzwolenia Narutowicza, który był przedstawiany jako narzucony przez „obce siły”. Tak się nie stało, bo klub Piasta zbuntował się i nie głosował „na hrabiego”, największego właściciela ziemskiego w kraju. W tym m.in. tkwiła przyczyna wyniku wyborów prezydenckich.

Mordechaj Piłsudski

Narodowa prawica zakwestionowała jednak wybór Narutowicza, twierdząc, że w wyborze polskiego prezydenta nie mogą brać udziału nie-Polacy.
– Narodowa Demokracja i jej przywódcy poparli konstytucję marcową, przedstawiciele endecji byli zresztą współtwórcami ustawy zasadniczej, która przyznała pełnię praw obywatelskich mniejszościom narodowym stanowiącym jedną trzecią mieszkańców Polski. To, że mniejszości weszły do polskiego parlamentu, było wielkim sukcesem naszego kraju i mogło być także sukcesem obozu narodowego, który miał szansę zaprezentować ten fakt zagranicy jako dowód akceptacji przez mniejszości narodowe państwa polskiego i jego struktur. Przywódcy endecji nie skorzystali z tej szansy. A przecież, zasiadając w parlamencie, biorąc udział w podejmowaniu najważniejszych decyzji, mniejszości przyczyniały się do stabilizowania państwa polskiego. Paradoks sytuacji po zamachu na prezydenta Narutowicza polegał na tym, że główne siły polityczne milcząco przystały na praktykę eliminowania posłów mniejszości z udziału w tworzeniu kolejnych rządów.
Z wydarzeń towarzyszących konfliktowi wokół prezydenta Narutowicza przebija niesamowity wręcz antysemityzm.
– Trudno zaprzeczyć. Opinia Polski w Europie i USA była już zszargana po pogromach we Lwowie i w Pińsku. Antysemityzm polityczny zrodził się jeszcze przed I wojną światową. Endecja wykorzystywała go np. jako instrument w agitacji podczas rewolucji 1905-1907 w Królestwie Polskim, a także przed ostatnimi wyborami do rosyjskiej Dumy Państwowej. Poziom kultury politycznej w pierwszych latach po odzyskaniu niepodległości był w wielu kręgach społecznych niezwykle niski, dlatego hasła antysemickie tak łatwo docierały do mas. Nawet znany i popularny publicysta i pisarz Adolf Nowaczyński kilka lat później nazywał marszałka Mordechajem Piłsudskim. W propagowanej czarnej legendzie już wcześniej zarzucano Piłsudskiemu, że ma tajne połączenie telefoniczne z Trockim i innymi przywódcami „żydobolszewickiej” Rosji. Skoro na ulicach Warszawy – stolicy! – udało się w dniach wyborów prezydenta sprowokować wystąpienia antysemickie, to jak wyglądał poziom kultury politycznej na prowincji? Z refleksji nad tymi tragicznymi wydarzeniami zrodził się pomysł Ignacego Daszyńskiego, by powołać Towarzystwo Uniwersytetu Robotniczego. Obrosło ono całą siecią instytucji i organizacji zajmujących się, jak dziś byśmy powiedzieli, szerzeniem oświaty i edukacji obywatelskiej, osłabianiem podatności na oddziaływanie wiecowych populistów i demagogiczne artykuły prasowe, na hasła nacjonalistyczne, ksenofobiczne czy autorytarne. To było niezwykle istotne, zderzenie bowiem nowoczesnej konstytucji marcowej, która mogła imponować państwom o znacznie większym dorobku i dłuższych tradycjach demokratycznych, z przejawami dość niskiej kultury politycznej, stanowiło zagrożenie dla demokratycznego ładu.

Kult mordercy

Świadectwem owej kultury politycznej był fakt, że czyn Eligiusza Niewiadomskiego nie spotkał się z powszechnym potępieniem.
– W kręgach obozu narodowego uznano straconego na stokach Cytadeli 31 stycznia 1923 r. zabójcę za męczennika. Na jego pogrzeb przyszło 10 tys. osób, przybrał on formę manifestacji politycznej. W kościołach, zwłaszcza zgromadzeń zakonnych, jak relacjonowała prasa, odprawiano nabożeństwa żałobne w intencji Niewiadomskiego, które zwykle przekształcały się w manifestacje poparcia dla obozu narodowego. W Krakowie, w kościele Franciszkanów, wystawiono katafalk z symboliczną czerwoną trumną obsypaną kwiatami. Episkopat w specjalnym liście pasterskim zwrócił uwagę proboszczom na niewłaściwość odprawiania nabożeństw żałobnych, które mogą prowadzić do niepokojów społecznych. Mimo to kult Niewiadomskiego rozszerzał się. Na grobie zabójcy składano kwiaty. W Poznaniu wydano drukiem w masowym nakładzie „Kartki z więzienia”, które Niewiadomski miał napisać w celi na Mokotowie. Na okładce umieszczono portret zabójcy i podpis „Eligiusz Niewiadomski – poległ 31 stycznia 1923 r.”. Popularyzowano antydemokratyczną myśl zamachowca, że są sytuacje, gdy legalne działania i decyzje nie muszą być akceptowane.
Gabriela Narutowicza posłowie nie chcieli upamiętnić w Sejmie, sprzeciwiając się umieszczeniu tablicy na jego cześć.
– Tylko niewielką większością głosów – 156 posłów za, 141 przeciwko – Sejm przyjął uchwałę potępiającą gloryfikowanie mordercy. Nie było powszechnego potępienia tego, co się stało. A przecież zamordowano człowieka o niezwykłych kwalifikacjach moralnych, Europejczyka, wybitnego uczonego światowej sławy, którego dzieła wciąż funkcjonują.
Szkalowano go, że nie jest Polakiem, że porzucił marną profesurkę w Zurychu dla milionów w Polsce. Znamienne, że Narutowicz, mimo obelg i dyskredytowania go przez prawicę, przymierzając się do powołania rządu, uszanował większość parlamentarną i chciał powołać na premiera przedstawiciela Narodowej Demokracji, ziemianina z Wielkopolski, Leona Plucińskiego.
Kolejnym prezydentem został Stanisław Wojciechowski. Obóz narodowy przegrał. Czy podobnie byłoby, gdyby kule dosięgły Piłsudskiego?
– Józef Piłsudski bez wątpienia był najwybitniejszym polskim politykiem w owym czasie. Górował nad innymi zdolnością przewidywania wydarzeń, intuicją, talentami dyplomatycznymi, horyzontami międzynarodowymi. Mimo oczerniania przez przeciwników miał niezwykłą charyzmę, wydawał się niezastąpiony. Jego obecność była bardzo ważna, także gdy wycofał się z życia publicznego. Sulejówek pozostawał istotnym punktem odniesienia, elementem stabilizującym układ władzy. Ale przecież marszałek Piłsudski nie brał bezpośredniego udziału w polityce. Sprawy Polski rozstrzygały się nie w dworku w Sulejówku, lecz w Warszawie. Działała konstytucja. Wybrany w 1922 r. Sejm i prezydent Wojciechowski poradzili sobie w najgorszym okresie. Udało się osiągnąć kompromis. Dzięki niemu przez dwa lata mógł sprawować władzę pozaparlamentarny rząd Władysława Grabskiego, który dokonywał naprawy państwa. Mimo wojny celnej z Niemcami nie doszło do załamania gospodarczego, został wprowadzony silny złoty, zreformowano skarb, zajęto się ściąganiem podatków. Państwo działało. Parlament wykazał się mądrością, a polskie elity, mimo zabójstwa prezydenta, nie dopuściły do wybuchu skrajnego nacjonalizmu, do powtórzenia się sytuacji, w której spór o władzę toczyłby się nie w Sejmie, lecz na rozpalonej nienawiścią ulicy.
Krzysztof Pilawski

Wydanie: 45/2012

Kategorie: Historia

Komentarze

  1. Adacta
    Adacta 11 listopada, 2012, 12:49

    Gdyby Niewiadomski zabił Piłsudskiego to nie nastałaby „Brześć i Bereza, sadystyczne plugawe bezprawie. Gwałt nad słabszymi”. Przytaczam tu tekst kpt. Beynara, z-cy Zygmunta Szendzielarza czyli słynnego „Łupaszki”. Niewątpliwie Piłsudski był charyzmatycznym przywódcą. Jemu współcześni na wschodzie i zachodzie też takimi byli. Był skutecznym, zwłaszcza wojsko-politykiem. Ale przede wszystkim był człowiekiem bezwzględnym, o czym świadczyć może późniejszy los np. Rozwadowskiego, Witosa i Sikorskiego – którzy w trójkę (lojalnie wobec niego) w 1920 roku uratowali mu tyłek. Los Korfantego też. Z kolei, dzisiejsi ludowcy sprzedali Witosa za garści (spore) srebrników. Był również takim wobec swoich (to wg Przeglądu), udowadniając, że łaska pańska na pstrym koniu jeździ. Doceniał natomiast nieudaczników i kanalie, jeśli były mu bezwzględnie oddane. Przykładem tego mogą być Biernaccy: Dąb i Kostek. Ta ostatnia kanalia – w tym kat z Brześcia i Berezy, chyba dzięki Pieśni o Wodzu Miłym „Jedzie, jedzie na kasztance, Siwy strzelca strój! Siwy strzelca strój! Hej, hej, Komendancie, Miły Wodzu mój!”, miał jakoby znaleźć się w gronie najwybitniejszych poetów dwudziestolecia. Bez niego i jego uczniów nie byłoby (w odwecie i z nawiązką, oraz by uchronić przed dalszą „ krwawą obróbką” mniejszość ukraińską, która faktycznie stanowiła 60% większość) „Rzezi wołyńskiej”. Chłopi i ludowcy nazywali go faszystą (co najmniej setki ofiar w czasach pokoju). Faktycznie, faszystowskie Niemcy były jedynym sąsiadem, z którym on i jego uczniowie nie prowadzili wojny. Zresztą, jedyne w historii zwycięskie polskie powstanie – Wielkopolskie (ale przeciw Niemcom) – którego lont zapalił I. Paderewski, jako pomoc uzyskało zatwierdzenie przez Piłsudskiego na d-cę wojsk powstańczych gen. Dowbor Muśnickiego, gdyż Piłsudski liczył, że Dowbor się skompromituje. Państwa bałtyckie (m.in.) uzyskały niepodległość bez żadnych walk. I dlatego też uważam… Prywatnie uważam, że to Paderewski dla Polski (wolności ale Polaków) zrobił więcej niż Piłsudski i jemu podobni. Podobni do książąt dzielnicowych, którzy traktowali swe tereny jak prywatną własność i dlatego też w taki sposób chcieliby zapanować nad całą Polską (wg Jasienicy). Do takiej jedynej i nieograniczonej władzy dążył, w końcu ją zdobył a przymuszony Kościół zgodził się na pochówek TAM. Zdumiony jednak jestem, że Sikorskiego pochowano tuż obok Piłsudskiego (kilka lat temu tak widziałem). Głupi naród kupił, w końcu mamy rządową historię, a PRL-owcy mogą się tylko uczyć jak skuteczną propagandę fabrykować. Dalej. Od 1926 roku (pogłębiona w 1930 r), bez żadnych wątpliwości, nastaje era dyktatorskich krwawych rządów. Absolutnie pewne jest, że Święto Niepodległości nie obchodzilibyśmy 11 listopada. Rada Regencyjna ogłosiła niepodległość Polski 7.10.1918r., a 23.10. powołuje rząd Józefa Świeżyńskiego. Jaka by ona nie była, ale to ona 11 listopada mianuje Piłsudskiego aż, ale tylko, Naczelnym Dowódcą Wojsk Polskich. To nawet obecnie, w czasach Rzeczpospolitej Piłsudczykowskiej II (II-to nie błąd), można spotkać poważne uwagi, że ustanowienie Święta 11 listopada w trybie ustawy 23 kwietnia 1937r. przez wychowanków Marszałka, było decyzją arbitralną. Ale Piłsudski już w 1926r., własnym okólnikiem, jako premiera, ustanowił, ze dzień 11 listopada, w prywatną rocznicę nadania mu przez Radę stanowiska Naczelnego D-cy W. P. – będzie dniem wolnym od pracy w administracji i szkolnictwie. Ta decyzja bardzo koresponduje z inną jego wolą, gdy powiedział „… pewnie zechcecie mnie pochować na Wawelu. A niech tam”. Skromność i pokora. Dla Polski. Ale z jednego jego apologeci mogą się cieszyć. Gdyby decydujący głos oddał w Polsce Sikorskiemu, to choć wojna 39r., też przegrana, trwałyby dłużej, to zginęłoby wtedy wielokroć więcej Polaków. Ponadto, to on przyczynił się do tego, że Polska nie ma tylko jednego portu morskiego czyli Gdyni. Rozumowanie logiczne i wysoce prawdopodobne. Przyczynił się do tego, że Polska nie tylko weszła w posiadanie całego Pomorza i ziem aż po Odrę, ale zdobyła pierwszy i jedyny raz w historii, tak szeroki dostęp do Bałtyku – od Szczecina aż po Zalew Wiślany z ujściami Nogatu. I dlatego 10 lutego czcimy to wydarzenie. – Nieprawdziwy Polak

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy