Chaos nad Nilem

Chaos nad Nilem

Spór o konstytucję, przestępczość, terroryści na Synaju – z tym musi się uporać prezydent Egiptu

Niedawno minęło sto dni, odkąd Mohammed Mursi zasiadł w fotelu prezydenta Egiptu. To dobry moment na pierwsze podsumowanie kadencji, którą rozpoczął z końcem czerwca. Zwycięstwo nad reżimowym kontrkandydatem Ahmedem Szafikiem nie przyszło łatwo, jednak jeszcze trudniejsze jest rządzenie najludniejszym państwem arabskim.
Egipski prezydent musi się zmierzyć nie tylko z problemem terrorystów grasujących po Synaju, lecz także z niechęcią środowisk lewicowych i liberalnych, przestępczością, złą sytuacją ekonomiczną oraz ograniczonym kredytem zaufania, jakiego udzielił mu Zachód. Mursi próbuje udowodnić, że dążenie do utrzymania dobrych stosunków z dotychczasowym patronem Kairu, Waszyngtonem, nie przysłania mu innych regionów świata, w tym Środkowego i Dalekiego Wschodu.
Poparcie USA jest Mursiemu potrzebne, aby przynajmniej zacząć wychodzić z poważnego kryzysu wewnętrznego. To od Amerykanów bowiem zależą kolejne pożyczki udzielane Egiptowi przez międzynarodowe instytucje finansowe. Podobne przyczyny leżą u podstaw rozwijania pozytywnych relacji z Turcją, Arabią Saudyjską czy Chinami.

Batalia o konstytucję

Proces tworzenia projektu nowej konstytucji jest najeżony olbrzymimi trudnościami. Na tym tle rozwija się konflikt o to, ile islamu będzie w nowej ustawie zasadniczej. Powołana do jej opracowania stuosobowa konstytuanta została utworzona przez zdelegalizowany nieco później parlament. Po nieustających sporach zmieniono jej skład, gdyż pierwsze rozdanie skończyło się bojkotem nielicznie reprezentowanych środowisk świeckich. Teraz także dominują w niej islamiści, choć już w innej proporcji.
Z konstytuantą jest też kłopot natury prawnej. Pod koniec października br. Najwyższy Sąd Administracyjny skierował do Najwyższego Sądu Konstytucyjnego wniosek o zbadanie konstytucyjności instytucji powołanej w celu opracowania nowej ustawy zasadniczej. Wątpliwości budzi zarówno tryb wyboru jej członków, jak i fakt, że została ona utworzona przez parlamentarzystów, a parlament zdelegalizowano.
Największe kontrowersje wywołuje jednak treść proponowanej ustawy zasadniczej, ponieważ od niej będzie zależeć przyszłość stosunków politycznych nad Nilem oraz charakter egipskiego prawa. Raz przyjętej na mocy referendum konstytucji nie będzie już można uznać za nielegalną, nawet mimo wspomnianych wątpliwości. Dlatego umiarkowanym islamistom zależy na czasie.
Bracia Muzułmanie oraz ich polityczne skrzydło – Partia Wolności i Sprawiedliwości – znaleźli się w ogniu krytyki zarówno z lewa, jak i z prawa. Świeccy liberałowie oraz lewicowi politycy zarzucają konstytucji zbytnie odwoływanie się do islamu, wręcz zamach na wartości liberalne. Salafici grzmią, że projekt konstytucji jest zupełnie niemuzułmański, nawołując do głębszej islamizacji ustroju państwowego i prawa.
Na czele liberalno-lewicowego ruchu protestu stoją Mohammed el-Baradei oraz Hamdin Sabbahi, którzy od tygodni wzywają do bojkotu prac zgromadzenia konstytucyjnego. Liberalny dziennikarz, Abdel-Halim Kandil, stwierdził, że „prezydent Mursi jest odpowiedzialny za wszelkie wady obecnej konstytuanty, ponieważ złamał obietnicę, iż będzie ona reprezentować wszystkie środowiska w kraju”.
Środowiska liberalne i lewicowe znajdują się w mniejszości, są jednak słyszalne, gdyż mogą korzystać z przychylności prywatnych mediów. Państwowe z kolei – jak za dawnych czasów – unikają krytyki rządzących.
Egipski aktywista i dziennikarz Ragab Saad, wypowiadając się dla amerykańskiego ośrodka badawczego Atlantic Council, zebrał powody, z jakich środowiska świeckie nie zgadzają się na zaproponowany tekst ustawy zasadniczej. Wymieniając wady z liberalno-lewicowego punktu widzenia, twierdzi, że wiele zapisów ma zanadto islamski charakter i jest krokiem w stronę ustanowienia państwa religijnego. Bracia Muzułmanie zaprzeczają, jakoby mieli takie intencje.
Tekst konstytucji podkreśla nadrzędną rolę rodziny, co jest w pełni zgodne z muzułmańską myślą społeczno-polityczną. Zawiera też sporo zapisów chroniących podstawowe prawa i wolności obywatelskie, jednak są one obwarowane kolizyjnymi normami, co budzi sprzeciw tych, dla których wolność i demokracja są wartościami podstawowymi.
Chodzi np. o kwestię równości kobiet i mężczyzn, obowiązującej dopóty, dopóki nie stoi to w sprzeczności z zasadami prawa muzułmańskiego. Zastrzeżenia budzą też zapisy dotyczące swobody wyznania oraz wolności słowa, która w pewnych sytuacjach może być ograniczana, jak również fakt podniesienia rangi religijnego prawodawstwa, na mocy którego mogłyby być rozstrzygane sprawy cywilne.
Jak twierdzi Ragab Saad, „klimat polityczny w Egipcie jest obecnie bardzo napięty. Na horyzoncie nie widać szans na osiągnięcie społecznego i politycznego konsensusu, koniecznego do uchwalenia nowej ustawy zasadniczej. W tej sytuacji najlepszym wyjściem wydaje się powrót do konstytucji z 1971 r. Byłoby to rozwiązanie chwilowe, dające Egipcjanom czas na zbudowanie porozumienia, które pozwoliłoby spełnić główne postulaty rewolucjonistów. Chodzi o wolność, demokrację oraz sprawiedliwość społeczną”.

Zawieszone rozgrywki

Społeczny mandat udzielony umiarkowanym islamistom może się okazać nietrwały, jeśli Egipcjanie nie odczują poprawy sytuacji w kwestiach podstawowych. Tymczasem na co dzień borykają się z takimi plagami jak zwiększające się koszty życia, zalegające na ulicach śmieci czy rosnąca w galopującym tempie przestępczość. Rodzi to frustrację oraz gniew, które – w połączeniu z niestabilnością polityczną i przedłużającym się konfliktem konstytucyjnym – co rusz pchają ludzi na ulice.
Nie trzeba do tego przekonywać młodych Egipcjan, dla których brakuje pracy, co z kolei uniemożliwia im zakładanie rodzin. Z tych samych przyczyn wyszli oni na ulice w styczniu i lutym 2011 r. Stwarza to kolejny problem. Wskutek zmniejszenia nadzoru policyjnego w Egipcie nastąpiło poważne rozluźnienie w zakresie przestrzegania choćby tak elementarnych reguł jak nietykalność cielesna. Wiele kobiet, niezależnie od tego, czy są muzułmankami czy chrześcijankami, doświadcza dziś molestowania seksualnego.
Pretekstem do demonstracji, a nawet starć może być niemalże wszystko, nie wyłączając meczu piłkarskiego, który rok temu skończył się śmiercią kilkudziesięciu osób. Obawiając się powtórki tragicznych wydarzeń, jakie miały miejsce w Port Saidzie, Egipski Związek Piłki Nożnej podjął decyzję o zawieszeniu rozgrywek ligi piłkarskiej. Argumentowano, że państwo nie jest w stanie zapewnić bezpieczeństwa.
Z kolei na początku października doszło do poważnych starć między zwolennikami i przeciwnikami prezydenta. Obydwie grupy chciały dominować na placu Tahrir, po czym zaczęły ze sobą walczyć. Słychać było strzały z broni palnej oraz eksplozje wywołane koktajlami Mołotowa. Cud, że nikt nie zginął, choć liczba lżej i ciężej rannych przekroczyła setkę.
Tłem starć były protesty spowodowane uniewinnieniem osób oskarżonych o zainicjowanie tzw. wielbłądziej bitwy, jaka rozegrała się w dniach poprzedzających dymisję Hosniego Mubaraka. Wskutek brutalnego rozpędzania manifestantów śmierć poniosło wówczas kilkanaście osób.

Jeśli dziś piątek
– to demonstrujemy

Efektem werdyktu o uniewinnieniu tych osób było nielegalne, jak się okazało, zdymisjonowanie prokuratora generalnego. Ten pozostał na stanowisku, twierdząc, że prezydent nie ma prawa go usunąć. Mursi, który przyjął, że prokurator generalny ponosi odpowiedzialność za decyzję sądu, musiał posypać głowę popiołem, gdyż wiele środowisk uznało jego decyzję za zamach na niezależność sądownictwa.
Tymczasem pojedyncza próba ograniczenia Temidy nijak się ma do rzekomego zamachu na konstytucję, co wzbudza opór już nie tylko wśród lewicowo-liberalnych polityków oraz aktywistów, ale też wśród zwykłych ludzi. Przynajmniej tych, którzy domagają się świeckiego, demokratycznego państwa prawa.
Kolejne piątki przynoszą więc demonstracje, które ogniskują się przeważnie w centrum Kairu. Demonstranci skandują hasła typu: „Wolność, sprawiedliwość, precz z konstytuantą!” albo „Precz, precz z Mursim-Mubarakiem!”. Obrywa się też innym liderom Partii Wolności i Sprawiedliwości.
I tylko nieliczni studzą nastroje, przekonując, aby dać prezydentowi szansę. Mówią, że sto dni to za mało na opanowanie wewnętrznego chaosu oraz zaspokojenie politycznych i socjoekonomicznych żądań protestujących, jak również strajkujących Egipcjan. Egipską puszkę Pandory niełatwo będzie zamknąć.

Autor jest doktorantem na Wydziale Studiów Międzynarodowych i Politycznych Uniwersytetu Jagiellońskiego. Zajmuje się systemami politycznymi oraz procesami społeczno-gospodarczymi na Bliskim Wschodzie i w Afryce Północnej. Publicysta portalu Mojeopinie.pl

Wydanie: 46/2012

Kategorie: Świat
Tagi: Michał Lipa

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy