Chcę, mogłem, nie zaszczepiłem się

Chcę, mogłem, nie zaszczepiłem się

Być może zasadnym pytaniem jest, czy warto ryzykować życie (swoje i innych), żeby napisać felieton. Wprawdzie sytuacja i wybór, którego dokonałem, nie były tak określone, ale w końcu nie można wymagać od innych dobrej woli w interpretowaniu naszych decyzji i postaw. Raczej jest wręcz przeciwnie. Otóż mając niespełna 60 lat, nie będąc pracownikiem służby zdrowia, żyłem w przekonaniu, że sobie poczekam na szczepienie przeciw COVID-19, bo tak to zostało zorganizowane. Jestem zwolennikiem szczepień, w tym antycovidowych, niezależnie od wątpliwości związanych z tempem i regułami powstawania czy testowania tych szczepionek. Chciałbym być zaszczepiony, ponieważ generalnie, chociaż zapewne nie fundamentalnie, przestrzegam zaleceń (bo przez indolencję i bylejakość władzy nie są to wiążące nas reguły) dotyczących zasłaniania twarzy, dystansu, niespotykania się itd. Dlaczego więc, kiedy taka szansa się pojawiła, nie skorzystałem z niej i nie zapisałem się na szczepienie?

Postaram się to wyjaśnić, w dużej mierze wyjaśniam to także czy przede wszystkim samemu sobie, bo nadal biję się z myślami. Jako pracownik uczelni nie bardzo zrozumiałym dla mnie rzutem na taśmę zostałem nagle przeniesiony do grupy mającej realną szansę na zaszczepienie się. I o ile zrozumiałe i pożądane jest szczepienie nauczycieli, którzy mają kontakt bezpośredni z uczniami w szkole, o tyle w moim przypadku nie jest to już tak oczywiste, delikatnie ujmując – ja niestety z moimi studentami od marca zeszłego roku mam wyłącznie relacje cyfrowe i tak będzie co najmniej do października tego roku.

No, nie ja sam przeskoczyłem, przestawiono mnie w tej kolejce. Dostałem bonus od władzy, od premiera „Koronawirus jest w odwrocie. Już teraz nie trzeba się jego bać. Trzeba pójść na wybory tłumnie 12 lipca” Morawieckiego, od ministra zdrowia, ministra edukacji i władz mojej uczelni. Poczułem się z tym źle. Nie potrafiłem tego zaakceptować, choć przecież, niezależnie nawet od fizjologicznego niemal instynktu przetrwania, widzę też racje przemawiające za tym, żeby nie filozofować, tylko brać, co dają, bo to może życie uratować. Okazało się jednak, że jestem na takim etapie życia, kiedy rozważania nad przywilejami, szczególnie przywilejami niezasłużonymi (lubiłem np. przywileje, z których nie korzystałem, ale mogłem, jako honorowy dawca krwi), sprawiły, że nie byłem w stanie wspiąć się do tej kolejki. Walka racjonalnego (trzeba się szczepić, szczepionki są OK, każdy zaszczepiony zwiększa pulę wszystkich nienarażonych i bezpiecznych) z nieracjonalnym – my, którzy nie kontaktujemy się bezpośrednio ze studentami, mamy wyskoczyć przed tych, którzy kontaktują się z innymi codziennie, przez wiele godzin, nie mając wpływu na to, jak ci inni się zachowają (sklepy, działające usługi, personel pomocniczy itd.) – przeważyła szalę. Zdecydowałem: nie biorę w tym udziału na takich warunkach. Nie mogę, nie chcę. Nawet jeśli to nic nie zmieni. Nawet jeśli to oznacza, że nikt inny nie dostanie tej potrzebnej dawki, bo system przewidział ją dla Ciebie, z mocy Twojego uprzywilejowania.

Jako biały, zasadniczo heteronormatywny mężczyzna w wieku dojrzałym+, z Europy, należę do wąskiej, najbardziej uprzywilejowanej grupy zamieszkujących nasz glob. Problemu męskiej władzy, jak sądzę, nie da się dłużej zamiatać pod dywan, udawać, że jej nie ma, rżnąć głupa, że to, że tamto. Władza symboliczna jest oczywiście w jakiejś mierze niewymierna i niepoliczalna, co nie zmienia faktu, że jest równocześnie potężna, wszechwładna i niesłychanie trudno zbywalna, zwłaszcza w takim społeczeństwie jak polskie: katolickim, patriarchalnym, konserwatywnym, zachowawczym. Ten przywilej przyśpieszonego zaszczepienia się bez sensownych racji wywołał we mnie efekt masy krytycznej, ładunki niechęci do niezasłużonego traktowania skumulowały się i podjąłem decyzję: nie zapisuję się, czekam. Nie walczę o siebie, choć dostaję to na tacy, nie wchodzę w kolejkę, bo mogę, bo inni nie widzą problemu. Ja widzę. Nie jestem równocześnie ewangelistą w wojnie o szczepionki. Z drugiej strony może należałoby oczekiwać, że taka grupa zawodowa jak nauczyciele akademiccy zada pytanie publicznie i w zorganizowany sposób, dlaczego jest traktowana lepiej, skąd ta nagroda, jakie racje stoją za tym, żeby już teraz została nagrodzona szczepieniami. Żeby w październiku być OK? A studenci zostaną do tego czasu zaszczepieni? A administracja? A osoby sprzątające? A pilnujący budynków i sal uczelnianych? Dlaczego to się dzieje znienacka i wedle niezrozumiałych reguł?

Podczas ubiegłotygodniowych protestów garstki młodych ludzi z Extinction Rebellion blokujących ulice Warszawy w obronie klimatu (uwrażliwienia na temat i jego wagę) na transparentach widniało bolesne wyznanie: „Boję się tego, że będę musiał zabijać w wojnie o wodę”. Może dostęp do szczepionek jest również dobrym i wystarczającym pretekstem do zadania sobie i nam wszystkim pytania o to, gdzie nasza solidarność, gdzie reguły wspólnotowe, gdzie przywileje kasty, klasy, gdzie zasadność pierwszeństwa jednych przed drugimi, komu przywilej, a komu pominięcie.

No i oczywiście na koniec życzę sobie i wszystkim zdrowia i dobrego życia we wspólnocie społecznej, którą tworzymy i nazywamy Polską.

r.kurkiewicz@tygodnikprzeglad.pl

Wydanie: 11/2021

Kategorie: Felietony, Roman Kurkiewicz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy