W Polsce bez zmian

W Polsce bez zmian

Bieżące komentowanie polityki zaczyna być zajęciem jałowym. Co nowego się wydarzyło? W polityce zagranicznej rekord świata! Zepsuto stosunki z Ukrainą, a nie poprawiono z Rosją. Wcześniej popsuto już relacje z Niemcami i Francją. Polityka zagraniczna (o ile to, co uprawia MSZ, można jeszcze tak nazwać) jest nie tylko zła, błędna i szkodliwa, ale też najzwyczajniej głupia. Chcemy siłą narzucić Ukraińcom naszą wersję historii, a nie potrafimy się uporać z historią własną. Nawet pani minister od edukacji nie wie, kto mordował Żydów w Jedwabnem, albo wie, ale przyciskana przez dziennikarzy boi się powiedzieć. My mamy prawo do naszej polityki historycznej, Ukraińcy (Litwini, Czesi, Słowacy, Niemcy, Rosjanie) mają prawo do swojej. W tej części Europy są one nie do pogodzenia. Historycy niech dyskutują o historii, politycy, dyplomaci – o teraźniejszości i przyszłości.

To w stosunkach międzynarodowych. A w Polsce? Też rekord świata! Pobił go tzw. Trybunał Konstytucyjny. Sędziowie dublerzy sami wydali wyrok, że nie są dublerami. Wbrew szanowanej w całym cywilizowanym świecie zasadzie: Nemo iudex in causa sua (Nikt nie może być sędzią w swojej sprawie). Wbrew konkretnym przepisom, które każą się wyłączyć sędziemu, jeśli jest cień podejrzenia, że może być w sprawie nieobiektywny. A tu najspokojniej orzekli o samych sobie. I co? Nic. Dziwię się reszcie sędziów TK, niebędących dublerami, że jeszcze w tym niby-Trybunale zasiadają. Szkoda im wynagrodzeń i stanu spoczynku? Co musiałoby się wydarzyć, aby złożyli mandaty sędziowskie, odeszli z tego pseudo-Trybunału i przestali legitymizować swoimi nazwiskami oczywiste kpiny z prawa? Argumentacja, że coś tam jeszcze ratują, czegoś bronią, nikogo chyba poza nimi nie przekonuje. A i w to nie wierzę. Są to ludzie wystarczająco inteligentni, na tyle wykształceni prawniczo, że wiedzą dobrze, że już niczego nie ratują, niczego nie bronią.

Kolejna nowość. Powstała, zapowiadana od tygodni, nowa partia Gowina. Nazywa się Porozumienie. Rzeczywistość jest taka, że na kanapę nazywaną Polska Razem dosiedli się jakiś bezprizorny poseł (tak wybitny, że nawet nie pamiętam jego nazwiska) i kilku zupełnie nieznanych radnych, reprezentujących bliżej nieznane ugrupowanie Republikanie. Teraz kanapa nazywa się Porozumienie. Nie bardzo wiadomo, kogo z kim. Ale brzmi dobrze. Jarosław Gowin skorzystał z okazji i z trybuny kongresu nowej kanapowej partii złożył homagium Jarosławowi Kaczyńskiemu w stylu „Przy Tobie, Najjaśniejszy Panie, stoimy i stać chcemy”. W końcu Gowin jest z Krakowa. Nie bardzo jasne, czy Kaczyński chce, by Gowin i jego kanapa przy nim stali. Na razie z sejmowej arytmetyki wynika, że kanapa jest mu potrzebna, więc pozwala jej postać. Jak tylko potrzebna nie będzie, pokaże Gowinowi, gdzie jego miejsce, a ściślej – w jakim miejscu ma go razem z jego partyjką.

Opozycja znów pokazała swoją szczeniackość. PO i Nowoczesna nie są w stanie, mimo niedawnych zapewnień, uzgodnić i wystawić wspólnego kandydata na prezydenta Warszawy.

Arcybiskup Głódź zajął stanowisko w sprawie zakazu handlu w niedzielę. Jest przeciwny kompromisowi, wedle którego co druga niedziela ma być handlowa. Przypomina przykazanie, że dzień święty należy święcić. Tylko dlaczego ma to dotyczyć jedynie handlu? Czy przykazanie brzmi: „Pamiętaj, abyś dzień święty święcił w handlu”, czy bardziej ogólnie? Można tak obchodzić niedzielę jak starozakonni Żydzi szabat. Żadna praca nie jest dozwolona. Wolne niedziele mają mieć zatem także tramwajarze, taksówkarze, pracownicy elektrowni, kierowcy (biskupów też), siostrzyczki, które przygotowują eminencji niedzielny obiad, i wszyscy, którzy dotychczas w niedzielę pracowali. Arcybiskup Gądecki z kolei jest bardziej poruszony sprawą krzyża nad pomnikiem Jana Pawła II we Francji niż biskup tamtejszej diecezji. Wygląda na to, że nasz Episkopat coraz bardziej oddala się od współczesnego świata.

Szkoda w felietonie miejsca na opis współczesności. Każdy widzi. Ale nie każdy rozumie. Aby zrozumieć współczesność, trzeba znać przeszłość. A z tym u nas słabo. Zaniedbaliśmy w ostatnim ćwierćwieczu edukację i dlatego mamy to, co mamy.

Dwa tygodnie temu pisałem o Polsce międzywojennej. Podałem kilka liczb (dostępnych w rocznikach statystycznych). Uczeń polskiej szkoły z podręcznika historii nie dowie się o skali polskiego zacofania cywilizacyjnego, o skali polskiej biedy. Jak bez tego zrozumieć, dlaczego przed wojną inteligencja lewicowała, a po wojnie chłopi skuszeni reformą rolną popierali nową władzę, mimo że za branie „pańskiej” ziemi często mordowali ich „leśni” (teraz nazywa się ich „żołnierzami wyklętymi”)? Tego też nie ma w podręcznikach. No to kontynuując temat, czego nie ma w podręcznikach o międzywojniu, trzeba przypomnieć wstydliwy temat antysemityzmu. Dzisiejszy student prawa (pytałem kiedyś o to na wykładzie) nie wie, czym były numerus clausus i getto ławkowe. A już niemal nikt nie wie (przypomina to wydana niedawno książka Anny Bikont o Irenie Sendlerowej), że na Uniwersytecie Warszawskim w latach 30. getto ławkowe było usankcjonowane przez władze uczelni i studenci mieli wpisane do indeksu, czy mogą na wykładach siedzieć „po aryjskiej stronie”. Wybitny uczony, intelektualista, medyk sądowy i kryminolog Leon Wachholz w pamiętnikach w połowie lat 30. narzekał, że „żydostwo rozpleniło się w Krakowie na całych Plantach”, i wyrażał nadzieję, „że Hitler jest tym mesjaszem, który rozwiąże nam kwestię żydowską”. Kilka lat później siepacze tego niedoszłego „mesjasza” aresztowali Wachholza wraz z innymi profesorami Uniwersytetu Jagiellońskiego w ramach Sonderaktion Krakau. Nie dowie się też uczeń z podręcznika o bojówkach antysemickich spod znaku endecji w ogólności, a ONR w szczególności. Nie wiedząc tego wszystkiego, co może zrozumieć ze współczesności?

Wydanie: 46/2017

Kategorie: Felietony, Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy