Chiny w kosmosie

Chińczykiem jest co piąty człowiek na świecie. Zdając sobie sprawę z potęgi tej liczebności, komunistyczni przywódcy Chin zdecydowali się skierować podległe im państwo na drogę w kosmos. W pewnej mierze sprzyjało im to, że w politycznej elicie Chin było kilku inżynierów i wykształconych technicznie osób. Jako szczególnie ostrożne kierownictwo podjęli oni prace powoli, patrząc na pojazdy kosmiczne Rosjan i Amerykanów. Gotowi byli nawet kupić sowiecki model Sojuza, lecz wyznaczona w Moskwie cena wydała im się zbyt wygórowana. Zadowolili się więc spadłym na terytorium chińskie, a raczej mongolskie, modułem lądownika rosyjskiego. Jednakże nie skopiowali go we wszystkich szczegółach, lecz wprowadzili określone zmiany w całość konstrukcji, która przed startem wynoszącym pierwszego Chińczyka na orbitę okołoziemską była kilka razy wysyłana bezzałogowo, tylko z królikiem i innymi małymi zwierzętami na pokładzie, ażeby przekonać się, jak zniosą tę podróż. Ostrożność Chińczyków ujawniła się również w tym, że zamiast wodoru lub ciekłego tlenu użyli jako paliwa hydrazyny i utleniacza, co wprawdzie dawało im ciąg rakiety nieco słabszy, ale za to bardziej bezpieczny. Zagrożenie awarią zmniejszyli dzięki temu pięćdziesięciokrotnie. Ponadto wprawdzie start rakiety z człowiekiem był wyznaczony na połowę października bieżącego roku, ale kierownictwo chińskie z góry zastrzegło sobie możliwość niewielkiego czasowego odchylenia.
W chwili, kiedy piszę te słowa, kosmonauta chiński krąży już po orbicie i za kilka godzin ma wylądować w Mongolii. Zachodnie media ochrzciły go taikonautą, jego pojazd to Shenzhou, czyli Boski Statek. Jest rzeczą godną uwagi, że wprawdzie niewielki człon niosący taikonautę wyposażony jest w klapę służącą do dokowania, Chińczycy nie chcą jednak kierować się ku Międzynarodowej Stacji Kosmicznej (ISS). Zdecydowali się wprowadzić na orbitę w granicach dekady własną stację kosmiczną, co prawda znacznie mniejszą od ISS, liczącej aż sto trzydzieści ton masy. Wszystko wskazuje na to, że ich dobrze zaprojektowany i zabezpieczony program kosmiczny powiedzie się. Co się tyczy lądowania na Księżycu, to na ów temat dotąd wypowiadało się wyłącznie środowisko dziennikarskie Zachodu. W kwestii dalszych etapów rozwojowych swojej astronautyki Chińczycy zachowują roztropne milczenie. Zachód uważa, że motywacja tych wielkich działań chińskich komunistów oparta jest zarówno na przesłankach ideowych, dyplomatycznych, jak i czysto komercyjnych. Stosunkowo skromnym kosztem półtora miliarda dolarów Chińczycy weszli, jako trzecie z kolei państwo, do ekskluzywnego światowego klubu kosmonautycznego. Jedna z ich pierwszych rakiet wysłała jako sygnał melodię niosącą słowa: „Wschód jest czerwony”.

15 października 2003 r.

Wydanie: 43/2003

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy