Chochlą i łyżeczką

Chochlą i łyżeczką

Mamy duży problem. Frekwencja w pierwszych wyborach do Parlamentu Europejskiego była tak marna, że nie da się już dłużej robić dobrej miny do złej gry. W poszukiwaniu przyczyn klęski wyborczej wskazano wielu winnych. Prawie wszyscy oskarżają partie i klasę polityczną, wielu wini media, prawica jak zwykle sięga korzeniami do PRL-u. Winne są nawet długi weekend i mecze mistrzostw Europy.
Ale to są tylko półprawdy. Nie ma, niestety, przekonywającej diagnozy tego, co się stało. Nie ma, bo brakuje chęci, ale też odwagi wnikliwego przyjrzenia się tym, którzy zostali w domach. I nie ma co dorabiać ideologii do takich postaw, bo bardzo wielu naszych rodaków nie głosuje z powodu zwykłego lenistwa i braku jakiegokolwiek związku z państwem. I to niezależnie od tego, czy rządzi lewica, czy prawica.
Żadne wybory nie spędzają snu z powiek ludziom, którym brak elementarnej wiedzy obywatelskiej. Polakowi trudno się przyznać do tego, że sam jest czemuś winien.
Ilu młodych ludzi w Polsce mających w domach komputery i dostęp do Internetu zrobiło coś, by poznać Unię? I ilu z nich poszło głosować?
Łatwiutko przychodzi nam dziś w Polsce usprawiedliwienie własnej niekompetencji, niewystarczających kwalifikacji i zwykłego lenistwa. Bałagan, za który sami odpowiadamy, i świństewka, w których bierzemy udział, uważamy za niewielkie w stosunku do tych, którzy tam na górze zagarniają miliony. Z takiego myślenia o sprawach publicznych bierze się popularność powiedzenia o tych, którzy grabią chochlą, a przecież można łyżeczką. Chochlą kradną „oni”, a „my” tylko skubiemy. Grabienie łyżeczką jest u nas powszechnie aprobowane i nagminnie stosowane. Czy ktoś policzył, ile kosztują te małe łyżeczki pomnożone przez miliony sięgających po państwowe?
Zapowiedzi dzisiejszej opozycji, że jak ją wybierzemy, to nabrzmiałe polskie problemy będą rozwiązywane szybko i mądrze, są zwykłym szalbierstwem. I to nie dlatego, że iluś działaczy partyjnych nie będzie chciało dotrzymać obietnic wyborczych. Zakładam, że będą się starali. Tyle tylko, że zadanie, jakie ich czeka, krojone jest na miarę Herkulesa, a nie liderów partii mających w całym kraju co najwyżej 1,5 mln zwolenników.
Obserwując to, co się dzieje wokół powołania rządu Belki i przyśpieszonych wyborów, jestem przekonany, że wchodzimy w okres coraz większego bałaganu na scenie politycznej, co w konsekwencji grozi paraliżem uniemożliwiającym rozwiązanie najtrudniejszych problemów.
Przełamanie tego zaklętego koła wymaga kompromisu i szerokiego porozumienia społecznego. Brak skutecznych rozwiązań będzie w błyskawicznym tempie wysadzał z siodła kolejne ekipy rządzące. Może ta dość oczywista prawda dotrze do głów rozpalonych wizją objęcia foteli rządowych?
Jeśli nie, to szybko przekonają się oni, jak, w gruncie rzeczy, niewygodny jest to mebel.
Z mebli, które w Polsce są najbardziej pożądane, najlepszy byłby drugi Okrągły Stół.

Wydanie: 26/2004

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy