Chopin wyborczy

Chopin wyborczy

Z rywalizacji w Konkursie Chopinowskim odpadli ci kandydaci, którzy nie mieli poparcia w mediach lub u jurorów

Zakończenie I tury wyborów prezydenckich w Polsce zbiegło się w czasie z walką kandydatów Konkursu Chopinowskiego o miejsca w II turze wielkich igrzysk pianistycznych. Międzynarodowe święto muzyki Chopina, jakie co pięć lat organizowane jest w Warszawie, z pozoru wydaje się bardzo odległe od stylu kampanii politycznej towarzyszącej polskim wyborom prezydenckim. W istocie jednak podobieństwa dotyczą nie tylko terminów obu imprez (zwycięzcę XV konkursu poznamy 21 października, wyborów zaś – dwa dni później). Obejmują także sposoby organizacji zmagań kandydatów walczących o zwycięstwo, styl funkcjonowania mediów, zbliżoną argumentację konkurentów, frekwencję wyborczą i jakość legitymacji zwycięzców.

Jak w krzywym zwierciadle

Przykładami, jak bardzo wybory 2005 odbijają się w XV Konkursie im. Fryderyka Chopina, można by sypać jak z rękawa.
Ot choćby kompleks walczących braci. Jarosław Kaczyński ustąpił miejsca w rządzie, aby nie psuć szyków bratu Lechowi. Podobnie stało się z braćmi Lim z Korei Południowej, którzy obaj zakwalifikowali się do konkursu. Dong Min ustąpił miejsca Dong Hyekowi i poprosił o możliwość grania poza kolejnością, a nie zaraz po bracie. Organizatorzy zmagań oczywiście (i tu, i tam) potraktowali ze zrozumieniem ich skomplikowaną sytuację rodzinną.
Skoro pojawił się „kazus Kaczyńskich”, także pytanie, kto będzie „Tuskiem fortepianu”, przestaje brzmieć absurdalnie. Tym bardziej że jeden z czołowych komentatorów zmagań pianistycznych nazywa się Jan POPIS.

Media wyciągają brudy

Odwołując się do analiz Popisa drukowanych na łamach bezpłatnej festiwalowej „Gazety”, trudno byłoby jednak wyrobić sobie opinię o jakości gry poszczególnych kandydatów. Pełne są one czczych pochwał i okrągłych sformułowań. O wiele bardziej krwista jest kampania w mediach elektronicznych, zwłaszcza że po każdym dniu konkursowych zmagań w wieczornym „studiu wyborczym” Polskiego Radia w Programie II padają argumenty mogące powalić słonia, a nie wrażliwych i bardzo młodych muzyków. Oceny pełne muzycznych kalumnii, wygłaszane przed nocą zaraz po zakończeniu przesłuchań pieczętowane są rano, przed rozpoczęciem kolejnego dnia konkursowych recitali przez innego dziennikarskiego bulteriera w typie Jacka Kurskiego. Wieczornym studiem kieruje Małgorzata Pęcińska, która niczym Monika Olejnik może przywalić każdemu, kto odbiega od jej ideału. Wtóruje jej Kacper Miklaszewski przypominający Kamila Durczoka, po którym nietuzinkowi kandydaci też nie mogą się spodziewać wiele dobrego, ale wszelkie rekordy pianistycznej demagogii pobił już Marek Dyżewski. Ten ostatni zapatrzył się chyba w o. Rydzyka, bo stosuje nagminnie parafialną retorykę. Np. zamiast rzetelnie ocenić grę polskiego faworyta Stanisława Drzewieckiego, zacytował tylko Eklezjastę, że jest czas siania i czas zbierania. O innym polskim kandydacie, Michale Białku, który grał ciekawie i bardzo efektownie, powiedział jedynie: „Roztrwonił swój talent”. Perfekcyjnej Japonce Maiko Mine nadał przydomek „Królowej Śniegu”, a najczęściej powtarzanym zarzutem jest dwuznaczne: nie wie lewica, co czyni prawica.
Marek Dyżewski ma mentalność śledczego z IPN i na każdego kandydata wyciąga jakiś kwit. Na koncerty do filharmonii przychodzi z czarną teczką, wyjmuje z niej komplet zeszytów nutowych z zaznaczonymi w prawym górnym rogu sygnaturami – wyniósł je z archiwum Akademii Muzycznej we Wrocławiu, w której niegdyś pracował. Szeleszcząc kartkami podczas wykonań etiud, ballad czy scherz Chopina, jest w stanie zawsze wyciągnąć jakieś muzyczne brudy, pominięte dźwięki, nierówności rytmiczne i inne nieścisłości. – Ucho nie jest w stanie wyłowić wszystkich błędów – tłumaczy zdziwionym sąsiadom na sali. Mówi się, że Dyżewski po powrocie do domu słucha jeszcze taśm z nagraniami kandydatów w zwolnionym tempie.

Elektorat topnieje

Oczywiście, opinie mediów nie mogą mieć formalnie żadnego wpływu na głosowanie jurorów, które odgrywa rolę elektoratu, niestety bardzo stopniałego i podporządkowanego własnym interesom. Jednak decyzje o dopuszczeniu 32 kandydatów do II tury mogą świadczyć, że ta cała negatywna kampania nie pozostała bez echa.
Największym ciosem dla legitymacji, jaką wybranym kandydatom wystawia jury, była rezygnacja Marthy Argerich, zwyciężczyni chopinowskich zmagań w 1965 r. Tym samym w jury nie zasiada ani jedna pierwszoplanowa, niezależna, kasowa gwiazda światowej pianistyki, która miałaby odwagę zaprotestować przeciwko samowoli, wyjść i trzasnąć drzwiami. Pozostali elektorzy to tylko znakomitości średniego szczebla, które jedno, co zrobiły, to postarały się w odruchu bezprzykładnej prywaty przepchnąć do II tury swoich, nie zawsze rewelacyjnych uczniów. Promocja „własnych” kandydatów, niekiedy nawet dwóch, powiodła się Andrzejowi Jasińskiemu, Piotrowi Palecznemu, Hiroko Nakamurze, Ewie Pobłockiej, Werze Gornostajewej, Józefowi Stomplowi, Choong-Mo Kang, Wladimirowi Krainevowi, Bernardowi Ringeissenowi i Arie Vardi. W rezultacie powstały dwie listy wyborcze – jedna jurorska, druga medialna – co sprzyjało wycinaniu kandydatów bez pleców. Jakkolwiek regulamin konkursu zabrania profesorom głosowania na swoich studentów, jednak elektorzy dogadali się między sobą i stworzyli listę, która odpowiadała każdemu. Dwie panie profesor, które musiały zrezygnować z pracy w jury z powodu choroby, Regina Smendzianka i Zhou Guangren, straciły także szansę na windowanie swoich uczniów. Skandal!

Strzały „na zachętę”

Jedną z ewidentnych ofiar negatywnej kampanii i negatywnej protekcji jest polski kandydat Stanisław Drzewiecki, który przez wielu muzykalnych obywateli typowany był na zwycięzcę konkursu. Obecność Drzewieckiego w tym przedsięwzięciu była jednak także od samego początku przedmiotem niewybrednych ataków ze strony uczelnianych i medialnych lobby. Kandydatowi wyraźnie dawano do zrozumienia, że choć ma realne szanse na wygraną, nie powinien w ogóle startować. Kiedy jednak utalentowany pianista pomyślnie przeszedł wstępne eliminacje, zaczęło się podważanie jego wiarygodności artystycznej. W końcu 11 października z anteny radia publicznego, niby pamiętne strzały w Zachęcie, padły słowa wicedyrektora Programu II, Andrzeja Sułka: – Drzewiecki w ogóle nie powinien się znaleźć w konkursie.
Dyr. Sułek zadowolił się tylko tym stwierdzeniem rzuconym niejako „na zachętę” 18-letniemu muzykowi, u zarania wielkiej kariery, nie zniżając się do jakichś choćby zdawkowych uwag merytorycznych. Wobec tak jawnej nagonki Stanisław wzorem Włodzimierza Cimoszewicza powinien się wycofać z konkursu albo… dać się odrzucić zdezorientowanym jurorom, co zresztą się stało. Do II tury przeszło siedmiu Polaków, niekiedy słabszych od utrąconego Stanisława, ale bardziej „garbatych”. Po raz któryś już z rzędu w Konkursie Chopinowskim obowiązywać zdaje się zasada wyboru „mniejszego zła” niż poszukiwanie wybitności i oryginalności.

Droga na Olimp

Kto znajdzie się na szczycie po tak długiej i dramatycznej walce oraz towarzyszącej jej kampanii medialnej? Wyniki Konkursu Chopinowskiego zapewne nie będą daleko odbiegały od rezultatu wyborów prezydenckich. Liderem nie zostanie żaden polski Lech, lecz kandydat o obco, jak Donald, brzmiącym imieniu. Może będzie to Ester Park, Koreanka z USA, może któryś z braci Lim lub Hong-Chun Youn z Korei Południowej albo Austriak Ingolf Wunder. W medalowej stawce znajdą się też Francuz Nicolas Bringuier, Japończyk Shoei Sekimoto i jego ociemniały kolega Nobuyuki Tsujii, a także Ukrainiec z Kanady, Dmitri Levkovich. A co z Polakami? Niestety, musimy się na razie pożegnać z marzeniami o zwycięstwie. Jedynie Rafał Blechacz, który szczęśliwie unika medialnych bulterierów, może liczyć na drugą lub trzecią nagrodę. O pierwszą nawet się nie ubiega. Woli zachować całe nogawki.

 

 

Wydanie: 42/2005

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy