Kalina, czyli legenda

Kalina, czyli legenda

Albo nie było na Jędrusik pomysłu, albo była zbyt intensywna. A może sama nie znalazła w sobie odwagi, żeby zaryzykować?


Maria Dębska – aktorka filmowa i teatralna, od 19 listopada możemy ją oglądać w roli Kaliny Jędrusik w filmie „Bo we mnie jest seks” w reżyserii Katarzyny Klimkiewicz


Jak dużą rolę w twoim życiu przed filmem odgrywała Kalina Jędrusik?
– Znałam jej twórczość całkiem dobrze. Gdy byłam dzieckiem, dużo czasu spędzałam u dziadków, którzy słuchali Kabaretu Starszych Panów, piosenek Osieckiej, Młynarskiego. Nie była mi przez to obca. Później, kiedy już pojawiła się propozycja filmu, stopniowo chłonęłam Kalinę. Nie ukrywam, że przy takich zadaniach bywam kujonką, dlatego przed zdjęciami chciałam wiedzieć o niej wszystko. Dużo się naoglądałam, nasłuchałam, nazbierałam materiałów.

Pierwsze, co przyszło mi do głowy po lekturze biografii Kaliny, to myśl, że po dziś dzień pozostaje ona niezdefiniowana, nieuchwytna. Czy ty na potrzeby roli próbowałaś ją sobie jakoś sprecyzować?
– Nawet nie próbowałam, krzywdę bym jej tym zrobiła. Dość szybko zrozumiałam, że nie da się jej zdefiniować. Research, który musiałam wykonać przed filmem, to potwierdził. Każdy, z kim rozmawiałam, opowiadał o innej osobie. Jedno wspomnienie nie pasowało do drugiego. A ludzie potrafili jeszcze o swoją „prawdę” się wykłócać. Pamiętam, jak ktoś z otoczenia Kaliny mówił mi: „Ona tego dnia była w takim i takim miejscu, zrobiła to i to”. Na co ktoś inny z oburzeniem odparł: „A skąd, jej tam nie było, w życiu by tak nie zrobiła!”. Policyjne śledztwo można przeprowadzić, a i tak nie dojdziemy do rysopisu. Przez chwilę myślałam, że wybuchnie mi głowa i serce. Nie wiedziałam, kogo mam zagrać!

To jak w końcu się zabrałaś do tego wejścia w skórę Kaliny?
– Jak się nasłuchałam, to postanowiłam podążyć za opowieściami, które intuicyjnie uznałam za najbardziej prawdopodobne. Ale też takimi, które nie miały w sobie tej pewności: „Ja wiem, ja miałem z nią romans, powiem ci, jaka ona była”. Jedną z takich osób był Wojciech Gąsowski, który z Kaliną spędził dużo czasu. Nagle pośród tych, którzy próbowali ją zawłaszczyć, pojawił się człowiek z ogromną klasą i dżentelmeństwem tamtych czasów. Po każdym pytaniu o Kalinę długo się zastanawiał, ważył słowa, czasem mówił: „Nie wiem”. Poza tym jego narracja była nienachalna, wolna od skandali. W końcu mogłam usłyszeć, jak kroiła chleb, jak stała w kolejce po mięso. Albo o tym, czemu płakała, w czym zakochiwali się faceci. Nie, że w dekolcie; nie w tym, że miała seksowny, chropowaty głos. Tylko tak naprawdę.

No to w czym się zakochiwali?
– W tym, o czym mówimy – w nieuchwytności. Ludzie kochają jednostki, których nie da się nazwać. Próbujemy je określać, poświęcamy na to energię, a one ciągle nam się wymykają. I pomimo tego trwamy przy nich. Kalina uwodziła bezwstydnością, niepokornością, tym, że się nie bała. Przeciętny człowiek zawstydzenie ma we krwi, pielęgnuje je od dziecka. „Jak możesz, przecież chłopcy nie płaczą!”. Albo: „Jak ci nie wstyd, dziewczynce nie wypada”. Każdy z nas to słyszał. Kalina tego elementu była wyzbyta. Nie poddawała się purytańskim rygorom i dlatego odbierana była jako ta wyjątkowa. W rodzinnym domu – postępowym, inteligenckim – nabyła żyłkę wolności, która dla niewielu była osiągalna.

A czy podobna żyłka została przekazana tobie w filmowym domu?
– Nie mogę powiedzieć, że jestem z inteligenckiego ani filmowego domu. Wbrew pozorom moja rodzina filmową stała się dopiero po latach – mama została reżyserką, kiedy byłam już nastolatką. Natomiast jestem wdzięczna rodzicom, że w dzieciństwie nie wszczepili mi dulszczyzny, takiego myślenia: „Co ludzie powiedzą?”. Zawsze byłam uczona, żeby mieć to w nosie. Żeby nigdy nie zadowalać wszystkich na siłę. I mieli rację. Jak wyjdę gdzieś zapięta pod szyję, to napiszą, że ubrałam się jak nudziara. Jak trochę odsłonię nogę, będą mówić, że jak kurwa. Mam poczucie, że nie dogodzę, i nie chcę tego robić. Może takie podejście łączy mnie z Kaliną. I coś jeszcze – pasja. Rodzice zawsze mi powtarzali, że muszę mieć pasję, bo ona wypełnia nasze wnętrze i sprawia, że jesteśmy mniej samotni.

Pobrzmiewa mi w tym „kalinowa” obsesja wolności. Taka chęć wyrwania się z klatki środowiskowych zależności. Zastanawiam się jednak – myśląc trochę o Kalinie, a trochę o tobie – czy da się w tej branży być niezależnym? Dokonywać własnych wyborów?
– Nikt nie jest niezależny, niektórych rzeczy w tym zawodzie nie da się przeskoczyć. Jako aktorka mogę podejmować decyzje, ale one w pewnym sensie zawsze są odpowiedzią na propozycje, które otrzymuję. A z drugiej strony aktualne propozycje to przecież wynik moich dawnych wyborów. Czyli mimo siatki zależności nie jestem amebą, która jest taka, jak inni każą. Nie robię rzeczy, które są w niezgodzie ze mną, dlatego wierzę, że mam wpływ na swój los. Na szufladę, w której siedzę. Walczę o to, żeby nie zostać w niej zatrzaśnięta.

Cały tekst można przeczytać w „Przeglądzie” nr 47/2021, dostępnym również w wydaniu elektronicznym.

Fot. Bartosz Mrozowski

Wydanie: 47/2021

Kategorie: Kultura, Wywiady

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy