Uwiedzeni przez zakon

Uwiedzeni przez zakon

Co się dzieje za klasztorną furtą

Tadeusz Bartoś – filozof i teolog, publicysta, 12 lat temu opuścił zakon dominikanów. „Mnich” jest jego debiutem literackim.

Skąd pomysł napisania tej książki? Po co panu postać Jana/Benedykta? Nie można było napisać wprost o swoich przeżyciach w klasztorze?
– Wystąpiłem z zakonu dominikanów w 2007 r. Jakieś dwa lata później zacząłem spisywać swoje doświadczenia z tego 20-letniego okresu życia. Robiłem to dla siebie, miałem poczucie, że z czasem mogę wiele zapomnieć. Po kilku latach wróciłem do notatek. Pomyślałem, że dobrze byłoby je ubrać w formę powieści, a nawet gdzieś wydać. No i udało się. W tym, co piszę, od lat jestem otwarcie krytyczny wobec Kościoła katolickiego. Natomiast poprzez fikcyjnego bohatera Jana (który przybiera zakonne imię Benedykt) mogłem w jednej osobie zmieścić więcej historii. Moje losy nie są aż tak bogate.

„Mnich” nie przypomina jednak klasycznej powieści. Nie ma tu rozbudowanych wątków, zwrotów akcji, dialogów, to bardziej fabularyzowany esej.
– To raczej styl refleksyjno-wrażeniowy. Moim ideałem powieściopisarza jest Marcel Proust z jego rytmem opowieści. Może jest więc w „Mnichu” trochę z Prousta? O psychologicznych mechanizmach zakonnego zniewolenia pisałem w tekstach analitycznych, esejach i felietonach. Pomyślałem, że gdy opowiem historię konkretnego człowieka, będzie to bardziej przystępne i dotrze do szerszego grona odbiorców. Naukowe mówienie o psychologicznych mechanizmach uwikłania to coś innego niż pokazanie konkretnych przykładów z życia. Żywy bohater przemawia bezpośrednio.

20 lat w zakonie to dość czasu, by poznać psychologię grup zamkniętych. Zastanawia mnie, czego pan nie wiedział, wstępując do klasztoru. Chyba proste usprawiedliwienie, że było się głupim i naiwnym, nie wystarczy?
– Wstąpiłem do zakonu w latach 80. W tamtych szarych czasach to Kościół wydawał się czymś kolorowym, do tego ostoją wolności myśli, słowa. Panowała pustynia duchowa, a w kościołach spotykali się nasi intelektualiści, opozycjoniści, wierzący i niewierzący. U dominikanów w Poznaniu można było zobaczyć sztuki Teatru Ósmego Dnia, pojawiali się wielcy opozycjoniści. Działo się! Chodziłem wtedy do liceum muzycznego, więc byłem wrażliwy na piękną muzykę na mszach dla młodzieży, podniosłość i splendor. Chciało się tam być. Czuło się, że życie w klasztorze jest ciekawsze, bogatsze. Po latach zrozumiałem, że była to forma uwiedzenia poprzez fascynację.

Kazania mogą być mądre, koncerty wzruszające, ale trudno mi uwierzyć, że Jezus pociągał bardziej niż kobiety. Mając 20 lat, chce się pić wino, tańczyć, słowem – grzeszyć.
– Jak się jest młodym, to się jest idealistą, niektórzy tak mają. Kobiety pociągają, równocześnie jednak od osób, którym się ufa, dostaje się sygnał, że jest coś doskonalszego. Że warto. Kaznodzieje tacy jak Jan Góra pięknymi słowami przekonują do chrześcijańskiego życia, pośrednio do zakonnego. I kwiat młodzieży męskiej z Poznania co roku przywdziewa habit. Tylko tak się mówi, że młody człowiek ma wiele dróg do wyboru. W rzeczywistości idzie się za tym, co się w życiu spotyka, co się pojawia jako realna możliwość. Miałem wielu znajomych, którzy kręcili się przy środowisku dominikańskim, część z nich też wybrała habit. Pamiętam, jak na obłóczynach jednego kolegi znajoma dziewczyna strasznie płakała. Ktoś ją zapytał, czy jest w tym koledze zakochana. Odpowiedziała, że nie, ale się wzruszyła, bo dla niej to jakby pogrzeb, jakby on umarł.

Ona jedna wiedziała. Jak rozumiem, w pana przypadku powołanie było nie tyle do stanu duchownego, ile do zgromadzenia dominikanów. Inne zgromadzenie nie było brane pod uwagę?
– Tak, chodziło o dominikanów. Nie podobał mi się kler diecezjalny, styl bycia, maniery raczej odpychające. Chciałem być nie księdzem, ale dominikaninem. Ten zakon miał pewne odrębności, taki był fajny, fajowy – można by powiedzieć, niezapyziały. Fascynowała mnie filozofia, a u dominikanów wykładały ją najciekawsze postacie polskiej filozofii w tamtym czasie, choćby Klemens Szaniawski, Barbara Skarga, Teresa Hołówka czy Władysław Stróżewski.

Czyli trochę pycha. W książce czytamy: „Świeżo upieczony mnich Benedykt marzył w skrytości serca, że kiedyś zostanie prawdziwym mistrzem, że goście kartazji i bracia będą po cichu o nim mówić, że jest wzorem życia duchownego”. Pan też chciał być takim podziwianym mistrzem?
– To jest bohater książki. Ja niekoniecznie, odgrywanie roli guru dosyć wcześnie zaczęło mnie drażnić. Widziałem to natomiast wokół siebie. Takie nastawienie, żeby przywdziać szatę oświeconego kierownika. Zakonnik staje się autorytetem ponad miarę i nawet nie jest ważne, co mówi, nie podlega to krytycznej ocenie. Zaczarowanie nieco archaicznym strojem zakonnika, atmosferą miejsca, klasztoru, pobożnych gestów, uśmiechów. Do tego jeszcze namaszczony ton kazań.

W latach 90. kimś takim był dominikanin Marie-Dominique Philippe, założyciel zgromadzenia małych braci we Francji. Przyjeżdżał do Polski na rekolekcje, konferencje. Zapraszali go zafascynowani nim polscy dominikanie. Kościół pełny, cały Kraków wsłuchany w słowa mistrza duchowego. Po latach okazało się, że ten wielbiony duchowny był przestępcą seksualnym. On i jego brat Thomas Philippe regularnie, przez lata, wykorzystywali seksualnie zakonnice. To byli wielkiej klasy oszuści i manipulatorzy. Zmarli, nie doczekawszy się osądzenia. Podobnie jak Marcial Maciel Degollado cieszyli się wielkim zaufaniem Jana Pawła II.

Dlaczego tak późno odkryto te przestępstwa? Dlaczego współbracia nic nie zauważyli?
– Zakony to zamknięte grupy o archaicznej strukturze władzy. Zakonnik jest własnością zakonu. To, co robi, gdzie mieszka – wszystko wymaga zgody przełożonych. Jego pozycja jest taka jak kobiet, dzieci, niewolników w patriarchalnej rodzinie czy chłopa w systemie pańszczyźnianym. Taki system społeczny istnieje współcześnie w tradycyjnym islamie. Kiedyś było tak wszędzie. Świat na Zachodzie się zmienił, zakony się nie zmieniły. W zakonie każda rzecz wymaga zgody przełożonego, także wyjście z klasztoru, aż do najdrobniejszych szczegółów. Różnie jest to rozwiązywane i przestrzegane, ale sama reguła pozostaje niezmienna. Najważniejszą regułą w takim systemie jest posłuszeństwo. To posłuszeństwo ślubują duchowni, zakonnice, zakonnicy. Całego tego kontekstu społecznego kandydaci do zakonów nie rozumieją. Na samym początku działa sprawny mechanizm uwodzenia: młodym ludziom mówi się, że są powołani, wyjątkowi, wybrani. Silne dawki wyróżnienia, dowartościowania, poczucia uczestnictwa w wielkości duchowej misji. Gdy ma się 20 lat, wierzy się w to, co mówią ci, których obdarza się zaufaniem. Myślenie krytyczne musi mieć podstawy. Te zaś przynosi dopiero doświadczenie życiowe.

Brakuje wiedzy, doświadczenia. Nie zna się za dobrze swoich praw.
– Kto jako nastolatek czyta i rozumie Powszechną Deklarację Praw Człowieka? A ona to mówi – że człowiek ma niezbywalne prawa do wyboru miejsca, w którym żyje, wykonywanego zawodu, religii, którą wyznaje. Nie może tych praw się wyzbyć, nawet gdyby podpisał papiery, że sprzedaje się w niewolę albo że zawsze we wszystkim będzie słuchał przełożonego zakonnego. Podstawowe prawa człowieka są łamane w systemie prawnym katolicyzmu. Możesz przez dużą część życia wykonywać jakąś pracę – np. wykładać na danej uczelni etykę – ale z dnia na dzień cię przenoszą i nie masz nic do powiedzenia. Jesteś współczesnym niewolnikiem.

Przypominam, że w ciągu wieków zmieniały się systemy zależności. Upadł feudalizm, kobiety uzyskały prawa wyborcze, wykształcenie, własne dochody, prawa reprodukcyjne i stały się niezależne, tymczasem struktura zakonna utrzymuje archaiczne formy zależności jak w rodzinie patriarchalnej. Ten kościelny system prawny jest tolerowany wewnątrz struktur nowoczesnego państwa. Myślałem nawet, by zaskarżyć to w jakichś trybunałach praw człowieka. Ale taka sprawa jest bez szans. Zbyt wielki byłby ambaras.

Chciał pan reformować Kościół od środka?
– Moje książki o katolicyzmie przedstawiały różne nurty teologiczne, w Polsce nieznane. Chciałem, żeby wiedziano, że niekoniecznie trzeba tak myśleć o Kościele jak Jan Paweł II i polski kler. To spotkało się z murem negacji i krytyki, więc było nieskuteczne. Później już nie zajmowałem się reformą Kościoła. Przyglądając mu się z zewnątrz, coraz wyraźniej widziałem jego negatywny wpływ na funkcjonowanie demokracji w Polsce. Jego szkodliwość. Raczej więc osłabienie Kościoła, marginalizację uznałem za ważny interes społeczny. Osłabienie jego wpływu na państwo, prawodawstwo i szkolnictwo. Struktura kleru jest oligarchiczna, funkcjonuje jak zamknięta grupa skupiona na ochronie własnych interesów. Ta oligarchiczna mentalność roznosi się po polskich miastach, miasteczkach i wsiach. Mamy słabe państwo, na wszystkich szczeblach zależne od opinii, a niekiedy kaprysów kleru.

Element zniewolenia wewnątrz tej oligarchicznej grupy wydaje mi się najbardziej oburzający. Za młodymi ludźmi idącymi do zakonu drzwi zatrzaskują się, zanim ci się zorientują – jeśli w ogóle się zorientują – bo złożyli śluby wieczyste.

Przecież nikt nikogo na siłę nie trzyma w Kościele. Bez przesady!
– Dla ludzi religijnie indoktrynowanych, że to zdrada, zaprzaństwo, odejść, zrzucić habit jest rzeczą trudną do zniesienia, psychicznie, moralnie. Dlatego wielu pozostaje z tych względów w zamkniętym świecie kleru – bo nie mają odwagi, siły ani środków, by z takiej pułapki się wyrwać. Jeśli nie mają siły, racjonalizują to sobie, używając języka religijnego. Żeby konflikt poznawczy wyparował z głowy. Mamy cały arsenał takich zabiegów racjonalizujących. Jeżeli ktoś ma wątpliwości, mówi mu się, że Bóg wystawia go na próbę wierności, że to „ciemna noc duszy”, jak u mistyków karmelitańskich (więc jest super), że Jezus też został wystawiony na próbę, a św. Piotr upadał. Przekonuje się, że to chwilowy kryzys, trzeba tylko się modlić i ufać Panu. Gdy to nie skutkuje, jest presja społeczna, infamia. Opuszczającego stan duchowny wykreśla się z kręgu ludzi, którym podaje się rękę, i pozostawia samemu sobie.

Lepiej słuchać przełożonych, modlić się i pracować, bo potem są problemy. Jak z Bartosiem, który za dużo myślał i wymyślił sobie odejście. Jeszcze o tym książki pisze.
– Analizowałem starannie strukturę funkcjonowania kleru katolickiego. Wnioski mam niezbyt wesołe – ma ona wiele elementów psychomanipulacji charakterystycznych dla sekt. Już św. Paweł pisał, że człowiek rodzi się zły i tylko poprzez chrzest, czyli włączenie się do Kościoła, staje się czysty i może być szczęśliwy. To gruba manipulacja samooceną. Chrześcijaństwo to zorganizowana grupa, która pod płaszczykiem słów o miłości poniża ludzi, imputując im jakieś kosmiczne zło. Faktycznie są to akty nienawiści wobec ludzkiego życia. Nienawiść do siebie samego – to jeden z efektów chrześcijańskiego „wkręcania” ludzi. Bez Boga, bez Kościoła człowiek jest gruntownie zepsuty, nic niewarty. Cała wartość ludzkiego życia zostaje wyeksportowana na instytucję kościelną.

Sobór Watykański II trochę złagodził tę retorykę. Nie trzeba być wierzącym, żeby być zbawionym. Są też teorie teologiczne mówiące, że choć piekło istnieje, pozostaje puste, bo Bóg w swoim nieskończonym miłosierdziu nie pozwoliłby na wieczne cierpienie człowieka.
– Katolicyzm głosi dziś doktrynę sprzeczną ze swoją tradycją dogmatyczną. Jest niespójny. Sobór florencki w XV w. stwierdzał wieczne potępienie tych, którzy nie ochrzczą się przed śmiercią. Do dziś umierający w grzechu ciężkim są skazani na karę wiecznego cierpienia. W wyobraźni chrześcijańskiej funkcjonuje fantazmat wiecznego cierpienia ludzi jako czegoś sprawiedliwego. Tu sadystyczne skłonności niewątpliwie mogą zostać zaspokojone. Człowiek jest zły – chyba że będzie wypełniał wskazania Kościoła. Wtedy z kolei jest czysty i doskonały – w stanie łaski. Te skrajności kształtują specyficzną psychikę, miotaną ekstremami. Dzieci w Polsce pierwszą spowiedź odbywają przed 10. rokiem życia – dowiadują się wtedy, jakie są złe, jak na różne sposoby mogą źle postępować. I to w okresie życia, kiedy nie umieją jeszcze kierować swoim postępowaniem, nie mogą więc podlegać żadnej formie sądu, a spowiedź jest formą sądu religijnego. Praktyka spowiedzi przed 14.-15. rokiem życia jest w gruncie rzeczy sprzeczna z prawem kanonicznym, poza tym jest nieludzkim okrucieństwem. Nie można osądzać dzieci przed okresem, kiedy zaczynają – jak to się mówi potocznie – używać rozumu. Mamy więc inicjację znaczącej części populacji dzieci w uzależniające i destrukcyjne praktyki, głęboko osadzające w psychice ofiar poczucie winy. Łatwo takimi ludźmi sterować, także gdy będą już dorośli. To jak wszczepienie niewidzialnego czipa. A pilot pozostaje zawsze na plebanii.

Są tacy, którym taka narracja przeszkadza, mówią zatem: Jezus tak, Kościół nie.
– Obraz Jezusa został wytworzony przez Kościół, teksty Ewangelii powstały 40 lat po śmierci Jezusa. O samym Jezusie historycznym niewiele tak naprawdę wiadomo. Jezusa nie da się więc rzetelnie „odkleić” od Kościoła. Choć można to robić nierzetelnie, wybierając sobie jakieś wzniosłe wskazówki z tekstów Ewangelii na własne potrzeby. Wybieranie wedle własnego uznania, co komu pasuje, z mojego punktu widzenia jest godne pochwały. Ujawnia się w tym ludzka wolność, poczucie, że mój osąd ma wartość i mogę się trzymać własnego odczucia, nie muszę pytać proboszcza, co mam myśleć.

A gdybym zapytał, czy Tadeusz Bartoś stracił wiarę?
– Zarówno zyskanie wiary, jak i jej utrata to kategorie języka chrześcijańskiego. Moje zakwestionowanie prawomocności chrześcijaństwa idzie dalej. Nie będę mówić o moich doświadczeniach w obcym mi duchowo chrześcijańskim języku. Dotarłem do manipulacyjnego, totalistycznego charakteru tego języka, więc przestrzegam przed nim i go unikam; nie dam się wkręcić w takie rozmowy. Z podobnych powodów nie jestem fanem zelotyzmu ateistycznego. Ateista definiuje się przez to, kim nie jest, reaktywnie. To bardzo ubogie. Powstają nawet takie grupy, jakby wspólnoty ateistyczne, pełnych zapału gorliwców. To jest mi obce, bo oznacza, że śpiewam tak, jak mi zagrają. Moja krytyka chrześcijaństwa idzie w innym kierunku. Tak jak próbowałem to już wyłuszczyć.

Z powodu niechęci do wchodzenia w ten narzucony przez Kościół dyskurs nie dokonał pan apostazji. Oficjalnie więc jest pan wciąż członkiem Kościoła rzymskokatolickiego.
– Jestem nim w kościelnych papierach. Te jednak są całym zespołem psychomanipulacyjnych i prawnych nadużyć. Chcąc dokonać apostazji, musiałbym uznać ważność prawa kościelnego i kanonicznych procedur. Tego nie robię, bo jak powiedziałem, to prawo jest sprzeczne z prawami człowieka, które są uznawane za niezbywalne. Prawo kościelne w moim przekonaniu w punktach dotyczących przynależności, znaczenia chrztu, jego nieusuwalności, jest bezprawiem. Złe prawo – pisał Tomasz z Akwinu – jest nie prawem, lecz zepsuciem prawa. Nawet jeśli żaden trybunał tego nie potwierdzi – w moim przekonaniu bezprawie związane z niemożliwością zatarcia przynależności czyni to prawo fikcją prawną. Nieusuwalność przynależności, niezmazywalność chrztu to ewidentny przykład kultury feudalnej, gdzie ludzie przynależą do siebie czy do instytucji na zasadzie własności. Niezatarte znamię sakramentu jest jak odcisk wypalany przez właściciela na zadzie cielaka. Nie mogę tego uznać.

A gdyby tak, pożartujmy sobie, przedstawiciele Kościoła Latającego Potwora Spaghetti uznali, że każdy, kto chociaż raz zjadł w życiu makaron, należy do ich wspólnoty i oni też mogą zbierać dane wyznawców i nie muszą ich usuwać ze swoich kartotek? Dziś przepisy o ochronie danych osobowych nie wymuszają na Kościele wykreślenia danych. To kolejne tchórzostwo państwa. A tzw. apostazja jest jedynie następnym wpisem w kartotece kościelnej.

Powody odejścia są różne. Teologowie myśliciele, którzy odchodzą od zakonnego życia, szukają argumentów intelektualnych, piszą o kryzysie wiary, skandalach, złych biskupach. Proboszczowie mówią po prostu: pokochałem kobietę – najbardziej zakazany owoc od pierwszego roku seminarium. Jak rozumiem, u pana był powód intelektualny – czy była też kobieta?
– A pan mnie o prywatne rzeczy dopytuje. Nieładnie!

Badania prof. Józefa Baniaka pokazują, że tylko co trzeciemu, który odszedł, powiodło się materialnie, więc handlują na targu proszkiem do prania, myją wagony, czasem rozwodzą się z żonami. Nie bał się pan odchodzić z tego bezpiecznego gniazdka?
– Odejść jest bardzo trudno. Gdyby zajrzeć do książek o psychomanipulacji w sektach, wszędzie tam kluczowym momentem jest uwikłanie, które uniemożliwia ofiarom opuszczenie sekty. Takie wieloaspektowe uwikłanie dotyczy też duchownych katolickich. Niektórzy odchodzą, bo się zakochali, ale wciąż wierzą w Boga i chcą być blisko Kościoła, choć ten Kościół uważa ich za zdrajców. Są tacy duchowni, którzy wiążą się czy to z kobietą, czy z mężczyzną, ale nie opuszczają stanu duchownego – odprawiają msze i kochają swoich wybranków. Coś sprawia, że nie podejmują tego kroku, czy to sytuacja finansowa, czy presja psychiczna, choć ciąży im podwójne życie. Wielu nie odejdzie, bo nie ma dokąd pójść.

Pana sytuacja była dosyć prosta.
– Kilka lat przed opuszczeniem zakonu pisałem teksty krytyczne o Kościele katolickim w „Tygodniku Powszechnym”, w „Gazecie Wyborczej” i w innych pismach. To spowodowało, że uznano mnie w środowisku za kalającego własne gniazdo. Niechęć, wrogość znaczącej części sprawiała, że życie tam stawało się nie do zniesienia. Ponadto szukano na mnie haków, czy gdzieś nie napisałem czegoś niezgodnego z doktryną katolicką, donoszono na mnie, że na wykładach wygłaszam herezje, co wynikało głównie z ignorancji donosicieli. Poczucie osaczenia sprawiło, że wyprowadzka była dla mnie ogromną ulgą. Choć pewnie miałem lepszy start niż inni: doktorat, habilitacja z filozofii. Publikowałem w prasie, wydawałem książki.

Nie znalazł pan zrozumienia w Kościele otwartym?
– Nie bardzo. Coś tkwiło w publicystach tzw. Kościoła otwartego, że w pierwszym punkcie swojego wystąpienia całkowicie się ze mną nie zgadzali. Bez podawania argumentów. Taka była ich charakterystyczna reakcja na moje książki. Tak jest do dziś. Kościół otwarty nie polemizuje ze mną krytyką merytoryczną, zajmuje się raczej moją osobą (ks. Alfred Marek Wierzbicki w polemice „Nie lubię kazań”) albo nie zgadza się bez podania argumentów (Dominika Kozłowska w tekście „Polski Kościół to nie mafia”). Podobny był odbiór mojej książki „Jan Paweł II. Analiza krytyczna”. Abp Życiński, uznawany za światłego duchowego, przedstawiciel owego tajemniczego Kościoła otwartego, mówił, że moja krytyka papieża to taki pomysł, jakby Judasz chciał reformować kolegium apostolskie. Inwektywa zamiast lektury książki, która poruszała istotne kwestie krytyczne wobec pontyfikatu i nauczania Jana Pawła II, obecne w dyskusji kościelnej na całym świecie. W Polsce do dziś nie wolno słowa na ten temat powiedzieć. To prawdziwa cenzura. Dobra cenzura jest wtedy, gdy tnie teksty, zanim jeszcze zrodzą się w głowach autorów. Niewidzialna wróżka, anioł stróż.

W Polsce Jana Pawła II nie można krytykować. Zagalopował się pan.
– Sam Jan Paweł II nie znosił krytyki, raczej domagał się subordynacji. Teologie niemiecka i francuska, wtedy najciekawsze, zostały przez ograniczenie wolności debaty teologicznej za pontyfikatu polskiego papieża praktycznie zlikwidowane. Powstał system donosów na wykładowców na uniwersytetach niemieckich, organizowany przez nuncjusza Josipa Uhača. Kilkudziesięciu teologów z tego obszaru pisało w latach 80. list otwarty przeciwko ograniczaniu wolności debaty teologicznej. Jan Paweł II nie lubił debaty, krytyki, za to uwielbiał klakierów. I nimi się otaczał. W Polsce praktycznie żadnej krytyki nie było. Także wykształceni, znający niemieckojęzyczną akademię uczeni kościelni, np. Józef Tischner, w tej sprawie grzecznie milczeli. Pytania o Hansa Künga, niemieckiego teologa usuniętego z urzędu za krytyczne wypowiedzi wobec Watykanu, Tischner zbywał żartami. Wolność myślenia teologicznego w kulturze niemieckich uniwersytetów nie była jego zmartwieniem.

Powiem szczerze: nie cierpię oportunistów, kiedy przekraczają pewną granicę przyzwoitości. Za czasów Jana Pawł II brak krytycznej debaty przyjął takie rozmiary, że było to wręcz karykaturalne.

Inny Kościół nie jest możliwy. To może w pana idealnym świecie po prostu nie ma Kościoła?
– Istnieje za to szansa, że ograniczymy przywileje Kościoła. Może to zrobić państwo. Dwie sprawy są najważniejsze: zakaz jakichkolwiek przepływów finansowych z państwa do instytucji kościelnych oraz podporządkowanie tych instytucji prawu obowiązującemu wszystkie inne podmioty. Tak żeby zakony, diecezje nie miały specjalnych uregulowań, ale działały na podstawie tych samych przepisów o stowarzyszeniach. Tak zrobiono ponad 100 lat temu we Francji i Francja dobrze na tym wyszła. Kościół francuski także. Demoralizacja polskiego kleru wynika w dużej mierze z nieprzejrzystości organizacyjnej i finansowej, z niedopuszczalnego w normalnym państwie uprzywilejowania. Brak kontroli prawnej zawsze prowadzi do demoralizacji. Tu nie ma świętych.

Polskie państwo na pewno nie pójdzie na wojnę z Kościołem. Inna rzecz, że ludzie potrzebują Kościoła, bo ten daje im poczucie sensu.
– Kolejny raz mówi pan językiem zapożyczonym ze słownika kościelnego. To element chrześcijańskiego przesłania: moje życie nie miało sensu, było złe, ale spotkałem Jezusa. Dotknął mnie dziś Pan, on nadaje sens mojemu życiu. Nikt się nie zastanawia, o co chodzi, tak jesteśmy z tym zżyci, gdy mówimy o poczuciu sensu. Cóż to takiego? Najpierw religijny agitator tłumaczy, że twoje życie nie ma sensu. A później, że może go nabrać, jeśli uwierzysz. Mówienie o potrzebie sensu jest elementem ewangelizacji, a to jest uwodzenie, marketing religijny, w znacznej mierze oparty na zabiegach manipulacyjnych. Zakłada się tutaj, że istnieje jeden sens i ten sens to Jezus. A może jest wiele sensów? Dlaczego tylko jeden? Wtedy nie ma monopolu. W zamian jest policentryzm, wiele źródeł inspiracji. Małe, codzienne sensy i bezsensy. Religie monoteistyczne, nosiciele jednego uniwersalnego, totalnego sensu, bardzo tego nie lubią. Ale my możemy lubić. Wielość sensów to wedle doktrynerów religijnych relatywizm, konsumpcjonizm, dekadentyzm, cywilizacja śmierci itp. Warto nie dawać się na to nabierać.

Czyli bardziej niż religii potrzebujemy opowieści?
– Można żyć bez definiowania szczęścia czy sensu. Żyć tym, co nam się przydarza, co daje nam radość i zadowolenie, albo ich przeciwieństwa. Nie każdy będzie miał wielką narrację – jedni będą mieli wielkie idee, drudzy zajmującą codzienność. Ludzie powinni mieć prawo wyboru, jak chcą żyć, i Kościół nie powinien im mówić, co jest dobre, a co złe. Pozwolić człowiekowi chcieć samemu – oto nowość nowoczesnego świata. I do Polski ona kiedyś dotrze.

Ponieważ pytanie o szczęście jest wyjęte wprost z narracji chrześcijańskiej, którą pan odrzuca, nie zapytam, czy jest pan szczęśliwy.
– Pytanie o szczęście jest pytaniem nadużywanym czy nawet zużytym, także przez propagandę chrześcijańską. Na spotkaniach grup ewangelizacyjnych, choćby w neokatechumenacie, mówcy opowiadają, jacy byli nieszczęśliwi, ale spotkali Jezusa i już są szczęśliwi. Przyzna pan, że to odpychające. Byłoby pięknie, gdyby jakiś porządny filozof spróbował uratować to słowo. Jest wiele słów do ocalenia, wyrwania ich z tego uwodząco-manipulacyjnego kontekstu chrześcijańskiego. Uwolnienie szczęścia od chrześcijańskiej perspektywy kija i marchewki – to może mieć sens.

Fot. Krzysztof Żuczkowski

Wydanie: 16/2019

Kategorie: Wywiady

Komentarze

  1. Radoslaw Oleksak
    Radoslaw Oleksak 19 kwietnia, 2019, 14:19

    Takie artykuły z Panem Barcisiem, byłym zakonnikiem, powinny być przynajmniej opatrzone chłodnym komentarzem, szczególnie w Wielkanocnym, Świątecznym numerze. Człowiek który zwyczajnie przeżywa kryzys wiary nie powinien być propagowany jako wzór do naśladowania. Prawdopodobnie nigdy nie był w wojsku ani w innych służbach mundurowych więc habit i dyscyplina jest dla niego czymś głupim. Czy intelektualne „ciepłe kluchy” to jest teraz ideał lewicowy? Kiedyś określano takie zjawiska mianem zgniłej, burżuazyjnej dekadencji. Natomiast ideowcy z pod różnych znaków ofiarnie oddawali swoje życie „dla sprawy”, tak jak i Jezus Chrystus służył wiernie Bogu i ludziom aż do śmierci.

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy