Uwiedzeni przez zakon

Uwiedzeni przez zakon

Co się dzieje za klasztorną furtą

Tadeusz Bartoś – filozof i teolog, publicysta, 12 lat temu opuścił zakon dominikanów. „Mnich” jest jego debiutem literackim.

Skąd pomysł napisania tej książki? Po co panu postać Jana/Benedykta? Nie można było napisać wprost o swoich przeżyciach w klasztorze?
– Wystąpiłem z zakonu dominikanów w 2007 r. Jakieś dwa lata później zacząłem spisywać swoje doświadczenia z tego 20-letniego okresu życia. Robiłem to dla siebie, miałem poczucie, że z czasem mogę wiele zapomnieć. Po kilku latach wróciłem do notatek. Pomyślałem, że dobrze byłoby je ubrać w formę powieści, a nawet gdzieś wydać. No i udało się. W tym, co piszę, od lat jestem otwarcie krytyczny wobec Kościoła katolickiego. Natomiast poprzez fikcyjnego bohatera Jana (który przybiera zakonne imię Benedykt) mogłem w jednej osobie zmieścić więcej historii. Moje losy nie są aż tak bogate.

„Mnich” nie przypomina jednak klasycznej powieści. Nie ma tu rozbudowanych wątków, zwrotów akcji, dialogów, to bardziej fabularyzowany esej.
– To raczej styl refleksyjno-wrażeniowy. Moim ideałem powieściopisarza jest Marcel Proust z jego rytmem opowieści. Może jest więc w „Mnichu” trochę z Prousta? O psychologicznych mechanizmach zakonnego zniewolenia pisałem w tekstach analitycznych, esejach i felietonach. Pomyślałem, że gdy opowiem historię konkretnego człowieka, będzie to bardziej przystępne i dotrze do szerszego grona odbiorców. Naukowe mówienie o psychologicznych mechanizmach uwikłania to coś innego niż pokazanie konkretnych przykładów z życia. Żywy bohater przemawia bezpośrednio.

20 lat w zakonie to dość czasu, by poznać psychologię grup zamkniętych. Zastanawia mnie, czego pan nie wiedział, wstępując do klasztoru. Chyba proste usprawiedliwienie, że było się głupim i naiwnym, nie wystarczy?
– Wstąpiłem do zakonu w latach 80. W tamtych szarych czasach to Kościół wydawał się czymś kolorowym, do tego ostoją wolności myśli, słowa. Panowała pustynia duchowa, a w kościołach spotykali się nasi intelektualiści, opozycjoniści, wierzący i niewierzący. U dominikanów w Poznaniu można było zobaczyć sztuki Teatru Ósmego Dnia, pojawiali się wielcy opozycjoniści. Działo się! Chodziłem wtedy do liceum muzycznego, więc byłem wrażliwy na piękną muzykę na mszach dla młodzieży, podniosłość i splendor. Chciało się tam być. Czuło się, że życie w klasztorze jest ciekawsze, bogatsze. Po latach zrozumiałem, że była to forma uwiedzenia poprzez fascynację.

Kazania mogą być mądre, koncerty wzruszające, ale trudno mi uwierzyć, że Jezus pociągał bardziej niż kobiety. Mając 20 lat, chce się pić wino, tańczyć, słowem – grzeszyć.
– Jak się jest młodym, to się jest idealistą, niektórzy tak mają. Kobiety pociągają, równocześnie jednak od osób, którym się ufa, dostaje się sygnał, że jest coś doskonalszego. Że warto. Kaznodzieje tacy jak Jan Góra pięknymi słowami przekonują do chrześcijańskiego życia, pośrednio do zakonnego. I kwiat młodzieży męskiej z Poznania co roku przywdziewa habit. Tylko tak się mówi, że młody człowiek ma wiele dróg do wyboru. W rzeczywistości idzie się za tym, co się w życiu spotyka, co się pojawia jako realna możliwość. Miałem wielu znajomych, którzy kręcili się przy środowisku dominikańskim, część z nich też wybrała habit. Pamiętam, jak na obłóczynach jednego kolegi znajoma dziewczyna strasznie płakała. Ktoś ją zapytał, czy jest w tym koledze zakochana. Odpowiedziała, że nie, ale się wzruszyła, bo dla niej to jakby pogrzeb, jakby on umarł.

Ona jedna wiedziała. Jak rozumiem, w pana przypadku powołanie było nie tyle do stanu duchownego, ile do zgromadzenia dominikanów. Inne zgromadzenie nie było brane pod uwagę?
– Tak, chodziło o dominikanów. Nie podobał mi się kler diecezjalny, styl bycia, maniery raczej odpychające. Chciałem być nie księdzem, ale dominikaninem. Ten zakon miał pewne odrębności, taki był fajny, fajowy – można by powiedzieć, niezapyziały. Fascynowała mnie filozofia, a u dominikanów wykładały ją najciekawsze postacie polskiej filozofii w tamtym czasie, choćby Klemens Szaniawski, Barbara Skarga, Teresa Hołówka czy Władysław Stróżewski.

Czyli trochę pycha. W książce czytamy: „Świeżo upieczony mnich Benedykt marzył w skrytości serca, że kiedyś zostanie prawdziwym mistrzem, że goście kartazji i bracia będą po cichu o nim mówić, że jest wzorem życia duchownego”. Pan też chciał być takim podziwianym mistrzem?
– To jest bohater książki. Ja niekoniecznie, odgrywanie roli guru dosyć wcześnie zaczęło mnie drażnić. Widziałem to natomiast wokół siebie. Takie nastawienie, żeby przywdziać szatę oświeconego kierownika. Zakonnik staje się autorytetem ponad miarę i nawet nie jest ważne, co mówi, nie podlega to krytycznej ocenie. Zaczarowanie nieco archaicznym strojem zakonnika, atmosferą miejsca, klasztoru, pobożnych gestów, uśmiechów. Do tego jeszcze namaszczony ton kazań.

W latach 90. kimś takim był dominikanin Marie-Dominique Philippe, założyciel zgromadzenia małych braci we Francji. Przyjeżdżał do Polski na rekolekcje, konferencje. Zapraszali go zafascynowani nim polscy dominikanie. Kościół pełny, cały Kraków wsłuchany w słowa mistrza duchowego. Po latach okazało się, że ten wielbiony duchowny był przestępcą seksualnym. On i jego brat Thomas Philippe regularnie, przez lata, wykorzystywali seksualnie zakonnice. To byli wielkiej klasy oszuści i manipulatorzy. Zmarli, nie doczekawszy się osądzenia. Podobnie jak Marcial Maciel Degollado cieszyli się wielkim zaufaniem Jana Pawła II.

Cały tekst można przeczytać w „Przeglądzie” nr 16/2019, dostępnym również w wydaniu elektronicznym.

Fot. Krzysztof Żuczkowski

Wydanie: 16/2019

Kategorie: Wywiady

Komentarze

  1. Radoslaw Oleksak
    Radoslaw Oleksak 19 kwietnia, 2019, 14:19

    Takie artykuły z Panem Barcisiem, byłym zakonnikiem, powinny być przynajmniej opatrzone chłodnym komentarzem, szczególnie w Wielkanocnym, Świątecznym numerze. Człowiek który zwyczajnie przeżywa kryzys wiary nie powinien być propagowany jako wzór do naśladowania. Prawdopodobnie nigdy nie był w wojsku ani w innych służbach mundurowych więc habit i dyscyplina jest dla niego czymś głupim. Czy intelektualne „ciepłe kluchy” to jest teraz ideał lewicowy? Kiedyś określano takie zjawiska mianem zgniłej, burżuazyjnej dekadencji. Natomiast ideowcy z pod różnych znaków ofiarnie oddawali swoje życie „dla sprawy”, tak jak i Jezus Chrystus służył wiernie Bogu i ludziom aż do śmierci.

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy