Choroba wściekłych teczek

Choroba wściekłych teczek

Mamy nową falę ujawniania esbeckich kwitów. A to początek

W roku 2005, na sto dni przed wyborami parlamentarnymi, mamy rok 1992. Polscy politycy zajmują się teczkami. Z tym samym zapałem, co 13 lat temu. Serwując te same argumenty.
Mamy teczkę „Bolka”. A prezes IPN w Gdańsku, były poseł PC, partii braci Kaczyńskich, Edmund Krasowski, mówi, że nie da Wałęsie statusu pokrzywdzonego. Oto chichot historii – ludzie, którzy wszystko zawdzięczają „Solidarności” stają na głowie, by splugawić jej lidera.
W Warszawie IPN przesłał do sejmowej Komisji ds. Orlenu kilkanaście teczek, m.in. prezydenta Kwaśniewskiego i premiera Belki. Opatrzonych klauzulą „tajne”. Protestował przeciwko temu rzecznik praw obywatelskich, Andrzej Zoll. „Nie mam wątpliwości, że po stronie Komisji Śledczej mamy do czynienia ze

stałym łamaniem prawa.

To, że po pierwsze zażądano teczek. Nie było żadnej podstawy prawnej do tego. Po drugie to, że ujawnia się materiały z teczek. To są wszystko zachowania przekraczające uprawnienia komisji”, mówił. Ale całkowicie nadaremnie.
Po kilku dniach o zawartości teczek Jana Kulczyka, Aleksandra Kwaśniewskiego i Marka Belki zaczęła pisać prasa. Roman Giertych zaczął opowiadać, że teczka Kwaśniewskiego zawiera niestworzone rzeczy, a teczka Belki dowodzi, że premier był agentem SB. Belka zażądał więc ujawnienia swojej teczki. Ale wówczas do gry włączył się szef IPN, prof. Leon Kieres, który nieoczekiwanie się temu sprzeciwił. Tak było w każdym razie w piątek, 17 czerwca, rano.
W międzyczasie teczkowe salwy wystrzelono w kierunku dawnej KOR-owskiej opozycji. Program „Misja specjalna” oskarżył jej liderów, później filary i sojuszników rządu Tadeusza Mazowieckiego – Adama Michnika, Jacka Kuronia, Krzysztofa Kozłowskiego i Bronisława Geremka, że ukrywali prawdę o teczkach. I same teczki. Dlaczego? Bo sami najpierw je obejrzeli, a w komisji, która te teczki jako pierwsza oglądała, był m.in. prof. Jerzy Holzer. Którego dziennikarka „Misji” na oczach widzów zdemaskowała. Bo okazało się, że Holzer w dawnych latach napisał dla PRL-owskiego wywiadu analizę na temat Niemiec Zachodnich.
Nie gorsze okazały się „Wiadomości” – ich dziennikarka z kolei „zdemaskowała” Henryka Szlajfera, dyrektora w MSZ, który miał wyjechać jako ambasador RP do USA. Szlajfer, ogłoszono to paru milionom Polaków, mógł być (więc nie wiadomo, czy był) „kontaktem operacyjnym” SB (a więc nie agentem) i mógł donosić na kolegów z opozycji (ale to jeszcze jest do sprawdzenia). Oto zbitka insynuacji, która skazała człowieka na śmierć cywilną.
Tak wygląda polskie życie polityczne.
Tak jak 13 lat temu politycy nie zajmują się niczym innym, tylko kwitami sprzed lat. Dlaczego? Po pierwsze, dlatego że

okazja czyni złodzieja.

Tą okazją jest Instytut Pamięci Narodowej, który stwarza wcześniej niespotykaną łatwość w grzebaniu w teczkach służb specjalnych. Beznadziejna ustawa o IPN pozwala dopuszczać do teczek ludzi wedle uznania. Szef IPN, prof. Leon Kieres, robi wrażenie człowieka złamanego wydarzeniami ostatniego roku. Sprawa Szlajfera, sprawa Holzera, oskarżanie o. Hejmy i ks. Malińskiego – to wszystko trzeba nazwać wprost niekontrolowanymi wyciekami z IPN. Można też mniemać, że pod pozorem badań naukowych odbywa się tam dzika lustracja.
Historycy z IPN, Jan Żaryn czy Antoni Dudek, w swoich wywiadach radiowych i telewizyjnych mówią otwarcie, że chcą ujawnienia zawartości akt IPN. Łącznie z tzw. obyczajówką, czyli materiałami dotyczącymi faktów i plotek z życia prywatnego i intymnego inwigilowanych osób („Wtedy trzeba będzie wytrzymać dwa, trzy lata i będzie dobrze”, mówi Dudek. „Ujawniona wiedza nie stanowi żadnego narzędzia w grze politycznej. Natomiast jak długo te akta pozostają tajne, tak długo można rozgrywać grę polityczną”, mówi Żaryn). Jednocześnie sami wystawiają świadectwa moralności jednym, a oskarżają innych z budzącą zdumienie pewnością siebie.
Obaj nie tylko zachowują się skandalicznie, ale się mylą.
Dziś zwolennicy teczkowej teorii dziejów mają gotową odpowiedź, gdy materiały MSW nie spełniają ich oczekiwań. Bo teczka – mówią – jest niekompletna. Ale trzeba lepiej poszukać i kwity się znajdą. A gdy teczki w ogóle nie ma? O, to jeszcze gorzej. Bo pewnie bezpieka gdzieś ją skręciła.
Idą zresztą dalej. Teczki to śmietnisko rozmaitych obyczajowych historyjek, prawdziwych i zmyślonych. Przedstawiających ludzi inwigilowanych w złym świetle – bo takie jest oko policjanta. Służba Bezpieczeństwa kolekcjonowała je, raczej nie troszcząc się o ich weryfikowanie. Nie o to przecież chodziło. Teraz, w teczkowej zawierusze, co poniektórzy politycy, np. Jan Rokita, chcą to wszystko wywalić na widok publiczny – bo przecież naród ma prawo do prawdy.
Rokita zresztą zaraz się zmiarkował, że w swoim polemicznym zapale się zagalopował, więc zaczął dodawać, że teczki będą jawne – ale po wyborach.
Nie sposób jednak przejść koło tej zapowiedzi obojętnie. Bo oto widzimy, że politycy dostrzegli w teczkach nowe możliwości. Jeżeli nie da się zakwalifikować przeciwnika jako agenta, można zniesławić go, ujawniając stare plotki na temat jego życia prywatnego. Ideologii w tym żadnej już nie ma – tylko zwykła podłość. I żądza władzy.
Jak więc można twierdzić, że kiedy to wszystko wylejemy i ludzie zobaczą, to się uspokoją? Przecież zaraz znajdą się chętni do grzebania w tych odpadkach, do interpretowania. Zadawania dziwnych pytań.
Spokój przynieść może jedynie faktyczne utajnienie albo unicestwienie materiałów bezpieki. Ale kto z decydentów ma tyle odwagi, by to zaproponować?

Inne miejsce wycieku

informacji na temat tajnych teczek to komisja sejmowa. To widzimy na własne oczy – Roman Giertych, Antoni Macierewicz czy Zbigniew Wassermann raz po raz informują media o tym, co w teczkach zobaczyli. Całkowicie bezkarnie, bo nikt nie jest w stanie ich sprawdzić. Może to zrobi Marek Belka.
Ale ważniejsze od wyniku teczkowego pokera jest pytanie, po co ta gra.
Giertych czy Kaczyńscy na to pytanie już odpowiedzieli. Według ich wizji historii w 1989 r., przy Okrągłym Stole, został zawarty pakt „czerwonych” z „różowymi”, czyli władców PRL z ludźmi jakoś w PRL uwikłanymi, agentami bezpieki itd. W tej wersji III RP nie była państwem w pełni wolnym, lecz takim, w którym dawny układ sił zachował przywileje i władzę. Dopiero więc jego rozwalenie, ujawnienie agentów po obu stronach i roli służb specjalnych uwolni Polskę, odda ją jej obywatelom.
To wizja historii outsiderów – ci „różowi”, w czasach PRL środowisko związane z KOR, znacznie więcej przesiedzieli w więzieniach i byli bardziej przez bezpiekę prześwietlani (więcej zatem zostało kwitów…) niż ich dzisiejsi krytycy. I w 1989 r. środowisko to było jedynym liczącym się ośrodkiem, z którym ówczesna władza mogła zawrzeć jakąś umowę. Outsiderzy byli outsiderami. Ale rekompensują to sobie łzawą historią o zdradzie Okrągłego Stołu. I mimo że rządzili Polską w latach rządów Jana Olszewskiego i Jerzego Buzka, wciąż opowiadają o spiskach i ciemnych siłach, zupełnie jakby nigdy nie przekroczyli granicy Kancelarii Premiera.
Teczki bezpieki spadają więc im z nieba. Po pierwsze, wychodzą naprzeciw ich wyobrażeniom o spiskowej teorii dziejów. Ba! Ich głębokiej wierze, że tak właśnie było. Więc teraz wystarczy pokazać, że PRL to państwo bezpieki, terroryzujące swoich obywateli. Że Kwaśniewski był prowadzony przez tajne służby, że Belka też, że to funkcjonariusze tamtego ustroju. Że ci „różowi” to także rycerze jakiegoś tajnego stowarzyszenia. Strzały w Szlajfera i Holzera to przecież strzały w Michnika, w środowisko KOR.
A jak się pokaże, że to sitwa i „Rywinland” – to można zawalić III RP i ogłosić powstanie nowej, „naszej” Rzeczypospolitej. Z pełną legitymizacją ludzi szlachetnych, moralnych, którzy pokonali imperium zła.

 

Wydanie: 25/2005

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy