Ciągle na poligonie

Ciągle na poligonie

Kupił stawy, a obok usadowiło się wojsko. Teraz nie może już wejść do swojego gospodarstwa

– Zgłaszałem do jednostki wojskowej, do żandarmerii. Wszędzie zgłaszałem – mówi Gustaw Grzesiuk. – Powiedzieli, że nie mam prawa wchodzić na grunty mojego gospodarstwa, bo teraz to teren wojska – specjalistyczny ośrodek szkoleniowy Żagań-Karliki-Świętoszów pod numerem 550. Bez żadnej podstawy prawnej włączyli do niego moje stawy. Obiecali, że wykupią. Żeby czekać, bo obecnie nie mają funduszy. I ja czekam. Już 16 lat czekam.
70-letni rolnik z chromą nogą kuśtyka do kredensu, skąd wyciąga dyplomy i wyróżnienia od wojewodów za wzorowe prowadzenie gospodarstwa rybackiego w latach 80. Wspomnienia wywołują radosny błysk na pooranej zmarszczkami twarzy. Ale po chwili znów przypomina sobie o krzywdzie, którą wyrządzono jego rodzinie. Prostuje się na krześle, jego niebieskie, załzawione oczy wyrażają niezwykłą trzeźwość umysłu, niezłomność. Żadnej rezygnacji.
Alina, żona Gustawa, jeszcze dwa lata temu żwawo oprowadzała inspektorów po terenie gospodarstwa rybackiego. Szli groblą. Ona odgarniała ręką trawy i pokazywała zardzewiałe pociski artyleryjskie. Takich miejsc na terenie ich stawów było kilkanaście, a może więcej. Nigdy do końca nie zostały oczyszczone z niewybuchów.
Niedawno przeżyła wylew. Teraz trudno jej się poruszać.

Prawo własności
W 1982 r. Grzesiukowie kupili gospodarstwo rybackie w Urzędzie Gminy w Iłowie w Zielonogórskiem. Pięć stawów o powierzchni 35 ha położonych w sąsiedztwie autostrady E-36. Przydział na zakup specjalistycznego sprzętu gospodarz dostał z Urzędu Wojewódzkiego w Zielonej Górze. Zaciągnął kredyty. Kupił nowy spychacz, ciągnik, koparkę, przyczepę i łodzie. – Wtedy nie było mowy o żadnym poligonie, nie było zagrożenia ani tablic ostrzegawczych. Granice poligonu wojskowego kończyły się 20 km stąd – wspomina Grzesiuk. Przy produkcji pracowała cała rodzina: żona i troje dzieci. Działalność jak najbardziej legalna, zarejestrowana w urzędzie. Odprowadzane podatki, składki do ZUS. Tak było do lata 1985 r.
– Jakoś tak w czerwcu – wspomina Grzesiuk – do stawów wpadło kilkanaście pocisków. W czasie kolejnych ćwiczeń na poligonie uciekałem z wody i chowałem się pod mostem na autostradzie.
Poskarżył się dowódcy poligonu. Prosił o wyjaśnienie i oczyszczenie stawów z amunicji. Odpowiedzią były wizyty komisji wojskowych. Proszono o cierpliwość. Zapewniono, że wojsko wykupi teren w najbliższym możliwym terminie. Przy okazji tych wizyt, niby w dobrej wierze, poproszono go o przekazanie wszystkich dokumentów związanych z poniesionymi nakładami. Miały być podstawą w wyliczeniu odszkodowania.

Strzelanie dla pokoju
Mijały miesiące, a wojsko nie kwapiło się, by zrekompensować poniesione straty. Kolejne ćwiczenia na poligonie oznaczały kolejne pociski na dnie stawów Grzesiuka. – Wydzierżawili cały poligon Holendrom – wspomina gospodarz – nazywało się to „strzelanie dla pokoju”.
Przyjechało 3,3 tys. żołnierzy, przywieźli 80 dział, osiem wyrzutni rakietowych, 400 ton pocisków i 200 ton wystrzelali przez 14 dni. Wiele z nich spadło do stawów.
Pokazywał akt notarialny. Pisał do Ministerstwa Obrony, by wstrzymali strzelanie albo wykupili gospodarstwo, jeśli istnieje zagrożenie. Odpowiedzi z resortu nie otrzymał. Dopiero po ośmiu latach dowiedział się, że jego podanie dotarło do Zielonej Góry i tam zginęło. Tymczasem dowódca poligonu zabronił Grzesiukowi przebywania na jego prywatnym terenie w czasie ćwiczeń. Ustawiono tablice ostrzegawcze i patrole.
Grzesiuk nie mógł pojąć, jak to możliwe, że wyrzucają go z jego własności. „Wojsko dba jedynie o bezpieczeństwo ludzi na obszarach objętych zagrożeniem w trakcie działań”, usłyszał od odpowiedzialnych oficerów. Podobną wypowiedź sformułował kilka lat później na piśmie prokurator wojskowy, Sławomir Bąk, który prowadził dochodzenie w tej sprawie. Nie dopatrzył się winy wojska w zdegradowaniu stawów i… sprawę umorzył.

Decyzja poufna
Wojskowa Prokuratura Garnizonowa w Zielonej Górze do Dowódcy Śląskiego Okręgu Wojskowego we Wrocławiu. Lipiec 1998: „Nie posiadamy ani sił, ani środków do rozminowania stawów. W związku z tym istnieje uzasadnione prawdopodobieństwo zalegania na tym terenie niewybuchów i niewypałów mogących spowodować zagrożenie dla życia i zdrowia ludzi”.
W materiale filmowym nagranym przez adwokata Grzesiuka saperzy wyjmują ze stawów pociski artyleryjskie. Układają je w drewnianych, szczelnych pojemnikach i ostrożnie przenoszą do samochodu. W ten sposób częściowo oczyszczają jeden zbiornik. Taśma filmowa będzie później wykorzystana jako materiał dowodowy w sądzie.
Aby utrzymać rodzinę, gospodarz jeszcze przez kilka kolejnych miesięcy w tym jednym stawie prowadził hodowlę. Pozostałe, zdegradowane i pełne pocisków, zarastały trzciną. Wkrótce w obawie o własne bezpieczeństwo całkowicie zrezygnował z działalności. W tym czasie sprawę prowadziła już prokuratura wojskowa w Zielonej Górze. I dopiero wtedy Grzesiuk dowiedział się, że w efekcie porozumienia zawartego między Ministerstwem Leśnictwa i Przemysłu Drzewnego a MON jego stawy zostały włączone w obręb działania poligonu wojskowego. Decyzja z października 1985 roku była poufna. Informację o niej Grzesiuk otrzymał 14 lat później.
Prokurator Sławomir Bąk w postanowieniu o umorzeniu dochodzenia napisał: „Włączenie stawów w obręb poligonu doprowadziło do ich degradacji i zniszczenia, narażając właścicieli na niemożność prowadzenia działalności gospodarczej, (…) jednakże było to tylko i wyłącznie konsekwencją decyzji międzyresortowej, niezależną od woli miejscowych władz wojskowych. Dlatego nie można mówić, że zniszczenie stawów było wynikiem umyślnego działania”. Mówiąc prościej, prokurator przyznaje, że wojsko zdegradowało teren, ale konsekwencji nie ponosi, ponieważ to ministrowie podjęli taką decyzję. Decyzję z naruszeniem prawa własności, a więc niezgodną z przepisami. Tego jednak prokurator wojskowy nie chce potwierdzić. Uważa, że nie może wypowiedzieć się na ten temat. Nie widzi też możliwości, by zaskarżyć tę decyzję.

Z urzędu do urzędu
Opasła teczka z dokumentami. To pisma procesowe, odwołania, prośby. Adwokat prowadzący sprawę Grzesiuka wie, że procesujący się nie ma na honoraria. Właśnie w wydziale cywilnym Sądu Okręgowego w Zielonej Górze odbyła się rozprawa o odszkodowanie. Powództwo oddalono, a powoda obciążono kosztami procesu. Sąd uwzględnił jedynie utrudniony dostęp do własności, uznał natomiast, że ryby można hodować i odławiać w sąsiedztwie zalegających niewybuchów artyleryjskich.
Apelacja będzie rozpatrywana w sądzie poznańskim.
Grzesiuk szukał też sprawiedliwości w Prokuraturze Generalnej i Naczelnej Prokuraturze Wojskowej. Skarga na niezgodną z prawem decyzję wydaną przez ministerstwa dotarła do premiera. Ale urzędnicy w Kancelarii Premiera skierowali ją do Ministerstwa Obrony Narodowej, a stamtąd została odesłana w dół, do Śląskiego Okręgu Wojskowego. Do organów niemających kompetencji, by ją rozstrzygnąć. Grzesiukowi nie pozostało nic innego, jak oskarżyć kolejnych urzędników o indolencję, niekompetencję i nieznajomość prawa. Dokumenty powędrowały tym razem do Naczelnego Sądu Administracyjnego.
Alina Grzesiuk już przestała wierzyć w to, że kiedykolwiek otrzymają odszkodowanie. Kilkanaście lat urzędniczych przepychanek przypłaciła utratą zdrowia i depresją. Płk Jerzy Zatoński odpowiedzialny za poligony w Dowództwie Wojsk Lądowych uważa, że Grzesiuk nie powinien mieć pretensji do wojska. Komendant poligonu postępował właściwie, nie dopuszczając osób postronnych do przebywania na zagrożonym terenie. Stanisław Wilczkowiak z Ministerstwa Środowiska twierdzi, że przecież nikt nie podważał prawa własności Grzesiuków. A wszystkie wątpliwości powinien rozstrzygnąć sąd.

Wydanie: 41/2001

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy