Co ja tu robię?

Co ja tu robię?

Pod rządami Kuczyńskiego, najpierw jako ministra finansów, a od kilku miesięcy jako premiera, Peru przeżywa najlepsze pięciolecie w ostatnich 50 latach swojej historii

Pedro Pablo Kuczyński, premier Peru

– „Caretas”, najbardziej znane pismo w Peru, napisało kiedyś, że jest pan ewenementem. Ze względu na kwalifikacje jednego z najlepszych ekonomistów praktyków na świecie i koneksje biograficzno-rodzinne mógłby pan być nie tylko premierem swego kraju, ale także pełnić kluczowe funkcje w gabinetach Stanów Zjednoczonych, których ma pan obywatelstwo, oraz Polski, Niemiec i Francji, których obywatelstwo… mógłby pan posiadać.
– Czy chce mnie pan zapytać, co ja tu robię? Z formalnego punktu widzenia, istotnie – ze względu na ojca mógłbym mieć obywatelstwo polskie i niemieckie, a po matce – francuskie. To po dodaniu do ojczystego peruwiańskiego i amerykańskiego nabytego po latach zamieszkiwania w USA tworzy teoretyczną możliwość, o jakiej mowa. Rozumiem, że obaj traktujemy to jako żart… Wszystkie te kraje są mi bliskie, choć Peru naturalnie najbardziej.
– Nasza rozmowa ukaże się przed wyborami prezydenckimi w Peru, które odbędą się 9 kwietnia. Wielu rodaków oczekiwało, że pan w nich wystartuje. Sam pan tego, zdaje się, nie wykluczał. Polska i Peru miałyby być może głowy państw o bardzo podobnym, swojskim nazwisku…
– Kandydatów na prezydenta mamy 17. I proszę mi wierzyć, że nie znam innego kraju, gdzie trudniej byłoby zostać prezydentem niż w Peru. Nie zaburzam tej rywalizacji.

Polsko-francuskie korzenie
– Czy to kwestia brzmienia nazwiska? Odbioru jego posiadacza jak gringo – obcokrajowca?
– To na pewno nie jest problem peruwiański. Mieliśmy przecież Fujimoriego – prezydenta o nazwisku japońskim.
– Skąd u pana to nazwisko?
– Oczywiście po ojcu, który był Polakiem. Matka z kolei była Francuzką ze Szwajcarii. Poznali się i pobrali w Peru i tu przyszedłem na świat. Oboje czuli się Peruwiańczykami, stąd też hiszpańska wersja moich obu imion: Pedro Pablo, czyli Piotr Paweł. Zgodnie z tradycją południowoamerykańską pełna wersja mego nazwiska brzmi Pedro Pablo Kuczyński Godard, gdzie ostatni człon to nazwisko rodowe matki.
– Takie samo nosi słynny reżyser i twórca nowej fali w kinie francuskim, Jean-Luc Godard. Przypadek?
– Nie. Jean-Luc to mój starszy o osiem lat brat cioteczny. Jego ojciec podobnie jak mój był lekarzem.
– I to jakim! Maxime (Maksymilian) Kuczyński był twórcą peruwiańskiej medycyny społecznej, wpisując się zresztą w wyrazistą tradycję polskiej obecności w Peru, zapewne panu znanej…
– Naturalnie. Pierwsze koleje budował tu Malinowski, trakty drogowe – Miecznikowski, pierwszą politechnikę zakładał Habich, a główne budynki w Limie, z Pałacem Prezydenckim włącznie, projektował Jaxa Małachowski. Ma tego świadomość każdy uczeń w szkole. Peru docenia imigrantów.
– Pomówmy o pana polskich korzeniach.
– Rodzina mego ojca wywodzi się z Poznania i okolic. Dziadkowie krótko przed jego urodzeniem w 1890 r. przenieśli się do Berlina. Ojciec ukończył tam studia medyczne i w 1912 r. uzyskał tytuł doktora. Podczas I wojny światowej wcielono go do armii niemieckiej. Brał w niej udział w kampanii bałkańskiej, w kilku bitwach na terenach Rumunii i Turcji, a następnie na terenach Warmii i Mazur. Po wojnie skoncentrował się na pracy naukowej. Uczestniczył w wielu ekspedycjach, m.in. na Syberię, do Mongolii i Chin, do kilku krajów afrykańskich i wreszcie w 1929 r. do Brazylii. Miał ustalić mapę chorób nękających ludność rejonu Amazonii, m.in. cholery, tyfusu i trądu. Ta choroba była prawdziwą plagą. Przypisywano jej rozmaite, wielokroć magiczne interpretacje. Amazonką dotarł w 1935 r. ze swoją ekspedycją do Iquitos we wschodnim Peru. Tam założył stanowisko lecznicze San Pablo. Jego badania szybko zyskały rozgłos. Został zaproszony do stolicy i zaproponowano mu posadę dyrektora generalnego systemu publicznej opieki zdrowotnej. Przyjął ofertę i stworzył od podstaw medycynę społeczną w tym kraju.
– W Limie zakochał się w pięknej Francuzce…
– Była profesorem literatury Uniwersytetu Genewskiego z naukową wizytą w Peru. Osobą utalentowaną muzycznie, grającą na fortepianie i flecie na poziomie koncertowym. Pobrali się w 1937 r., a rok później się urodziłem. Wkrótce przyszedł na świat mój brat.
– Profesorostwo Kuczyńscy nie chcieli wracać do Europy?
– Mieli takie plany. Ojciec miał zaproszenia do podjęcia pracy naukowej z Niemiec, Szwajcarii, Francji i Polski. Wybuch II wojny udaremnił te zamiary. Po niej ojciec dobiegał sześćdziesiątki i wrósł już w tutejsze realia. Był Peruwiańczykiem. Był też w najlepszym sensie tego słowa wolnomyślicielem i człowiekiem wyczulonym na swobody ludzkie i obywatelskie. Po przewrocie wojskowym w Peru, w 1948 r. został wsadzony do więzienia wraz z wieloma innymi profesorami, twórcami i intelektualistami. Wyszedł po roku i powrócił do pracy naukowej. Badania prowadził aż do śmierci w 1967 r. Pozostawił po sobie gigantyczny dorobek naukowy. Został zachowany we wdzięcznej pamięci swej nowej ojczyzny. Jestem z niego bardzo dumny. Podobnie jak z nazwiska, które noszę.
– „Kuczyński” raczej nie pomaga w robieniu kariery ani w świecie latynoskim, ani anglosaskim. Nie chciał pan zmienić nazwiska na łatwiejsze?
– Mój ojciec wprowadził je do historii Peru. Nigdy nawet nie pomyślałem o zmianie. Musimy szanować nasze korzenie.
– Rodzice do Europy nie wrócili, ale synowie tam pojechali.
– Jako kilkunastolatkowie trafiliśmy z bratem do prywatnej szkoły w Anglii. Potem w Oksfordzie studiowałem filozofię, politologię i jako główny kierunek ekonomię. Brat związał się z Uniwersytetem Cambridge i tam jako profesor pozostaje do dziś. Ja na studia podyplomowe z międzynarodowych stosunków ekonomicznych udałem się na amerykański Uniwersytet Princeton i ukończyłem go w 1961 r.

Ekonomia w praktyce
– I trafił pan, jak na prymusa przystało, od razu do pracy w Banku Światowym. W wieku 28 lat został pan dyrektorem Banku Centralnego Peru, by reformować jego struktury. Wykładał pan równocześnie w katedrze ekonomii na prestiżowym Pontifica Universidad Catholica del Peru.
– Byłem młodym entuzjastą pochłoniętym misją wdrażania w moim kraju nowoczesnych, międzynarodowych standardów funkcjonowania systemu bankowego. Myślę, że rękę do tego, w jakiejś mierze, przyłożyłem.
– Potem znów Bank Światowy i kolejne stopnie kariery, aż do kierowania w nim problematyką ekonomiczną Ameryki Łacińskiej, a następnie międzynarodowych korporacji finansowych. Wszystko przed czterdziestką. Dalej kierownictwo jednego z największych na świecie koncernów wydobywczych, operującego w Gwinei, Halco Mining Inc. potentata boksytowego. Wreszcie w 1980 r. został pan najmłodszym ministrem górnictwa i energetyki w historii Peru.
– Propozycja wyszła od prezydenta kraju, Fernanda Belaunde Terry po upadku dyktatury wojskowej, która przywiodła kraj do ruiny gospodarczej. Decydowały moje doświadczenie z górnictwem w Gwinei oraz podobna, kluczowa pozycja tego przemysłu w Peru. Nasz kraj jest bogaty w złoża wielu metali. Jesteśmy światowym potentatem wydobycia miedzi, liczymy się w wydobyciu złota i srebra oraz stale rośnie nasze wydobycie ropy naftowej. Bogactwo ziemi peruwiańskiej pozostawało w drastycznym kontraście do efektywności jego wykorzystania. To rodziło wiele napięć i emocji. Robiłem, co mogłem, aby górnictwo modernizować technologicznie, sprawniej nim zarządzać i polepszać warunki pracy ludzi. Efekty były widoczne i sprawdzalne. Zaczynał się jednak w Peru terroryzm Świetlistego Szlaku. Byłem dla nich jako szef „niewolniczego” resortu górnictwa jednym z ważniejszych celów. Moje życie było bezpośrednio zagrożone. Odpowiedziałem pozytywnie na ofertę z Wall Street.
– Na Wall Street jako 43-latek stanął pan już na czele jednego z najbardziej znanych banków inwestycyjnych w USA, First Boston Corporation (dziś, po fuzji kapitałowej, Credit Suisse First Boston), zostając najmłodszym prezydentem w jego 136-letniej historii.
– Ważniejsze, że pierwszym w takiej roli Peruwiańczy-kiem w bankowości tego szczebla w USA. Takim instytucjom finansowym się nie odmawia. Było to fascynujące dziesięcioletnie doświadczenie, satysfakcjonujące dla obu stron.

Z Wall Street do Limy
– Znów nastąpił „płodozmian”, powrót do praktyki zarządzania gospodarką i kapitałem m.in. w Chile i Argentynie. Póki Peru nie zapragnęło znów mieć w rządzie Kuczyńskiego…
– Peru jest dużym krajem, o powierzchni ponadczterokrotnie większej od Polski i 28-milionowej populacji, zamieszkującej na terenach między wybrzeżem Pacyfiku a Andami, skoncentrowanej w jednej trzeciej w stolicy kraju, Limie. Kiedy ja się w niej urodziłem (1938), liczyła 300 tys. mieszkańców, 30 lat temu była miastem dwumilionowym, dziś dochodzi już do 9 mln. Zarobki na głowę z trudem dochodzą do 2,5 tys. dol., a co drugi Peruwiańczyk żyje za mniej niż 3 dol. dziennie. To kraj dysproporcji, choć mniejszych niż w krajach ościennych. Głównym źródłem naszego dochodu narodowego jest oczywiście górnictwo. Ważnym – rolnictwo (kawa, ryż, trzcina cukrowa, drób) i rybołówstwo (w tym produkcja mączki rybnej).
Do rządów Peru przez wiele lat nie miało szczęścia. Krótkie epizody prób budowania gospodarki rynkowej opartej na zdrowej ekonomii przeplatały się z o wiele dłuższymi okresami wojskowej dyktatury czy lewackich ekstrawagancji, w czasie których ignorowano lub wręcz uderzano w podstawowe prawa ekonomii, doprowadzając państwo do zapaści. Hiperinflacji towarzyszyło totalne bezrobocie, włączenie prądu parę razy na dzień i przejmowanie rzeczywistej władzy przez uzbrojone bandy terrorystyczne (Świetlisty Szlak i pokrewne) ściśle powiązane z handlem narkotykami. Zabiły one ponad 30 tys. ludzi.
– Wtedy na trwogę uderzył pełnym głosem wasz wieszcz narodowy – Mario Vargas Llosa?
– Tak. Wezwał naród do położenia kresu temu lotowi ku zagładzie. Masowe protesty wstrząsnęły Peru. Mario Vargas Llosa skupił wokół siebie grono ludzi, którzy przygotowali program rekonstrukcji państwa. Byłem w tej grupie. Nie on jednak został w wyborach 1990 r. prezydentem, ale nikomu nieznany profesor matematyki, Alberto Fujimori…
– …który na koniec swego panowania musiał uciekać do Japonii…
– Taki był finał. Przedtem odniósł on pewne sukcesy ekonomiczne oparte na agresywnej prywatyzacji przede wszystkim sektora surowcowego i energetycznego i odnotował wzrost gospodarczy. Dochody reinwestowano w modernizację systemu opieki socjalnej. W 1998 r. nastąpiło zahamowanie i zaczęto uważniej przyglądać się sytuacji kraju. Ujawniono korupcję i protekcjonizm ekipy Fujimoriego. Jego totumfacki, szef służb specjalnych, Vladimiro Montesinos, pod pozorem zwalczania patologii rozbudował kontrolę i inwigilację społeczeństwa. Wśród polityków organizował np. prowokacje w postaci wręczania im łapówek, co następnie filmował, ale bynajmniej nie po to, aby iść z tym do prokuratora, tylko by szantażować łapówkarzy. Wymuszać chociażby w ten sposób korzystne głosowania w parlamencie. Pod pozorem walki z korupcją i terroryzmem łamano masowo prawo. Kiedy Fujimori jeszcze zapragnął wybrania go na trzecią kadencję i chciał wymusić zmianę konstytucji, ludzie powiedzieli: stop! To był koniec dyktatora zakończony jego „zniknięciem” i pojawieniem się w Japonii.
– Dziś Fujimori oczekuje w chilijskim areszcie na ekstradycję do Peru. Trafił tam na podstawie listu gończego. W Chile zjawił się, by stamtąd… wystartować w tegorocznych peruwiańskich wyborach prezydenckich. Czy pana zdaniem, powinien on rzeczywiście stanąć przed sądem? W świecie, w tym Polsce, nie brakowało mu zwolenników.
– Był autorytarnym dyktatorem mającym za nic reguły demokracji. Zdaniem wymiaru sprawiedliwości Peru, popełnił szereg przestępstw, za które powinien stanąć przed sądem. Dlatego Peru występowało o ekstradycję do Japonii i wystąpiło do Chile.
– Posadę premiera zaproponował panu Alejandro Toledo, który wygrał wybory w 2001 r. po ucieczce Fujimoriego. Toledo to pierwszy Indianin Inka, który został prezydentem Peru. Postać o barwnej biografii, którą da się zamknąć w drodze od bezdomnego pucybuta do profesora ekskluzywnego amerykańskiego Uniwersytetu Stanforda.
– To on pierwszy publicznie powiedział: „Fujimori musi odejść!” i zorganizował przeciwko dyktatorowi opozycję. Jednak w wyborach 1995 r., przed drugą turą, ostentacyjnie wycofał się, zarzucając ukartowanie nadchodzącego głosowania. Wskazał na znaczenie moralności w polityce. Pozostał w opozycji i w 2001 r. już wygrał.
– Wszyscy mówią, że bez Kuczyńskiego nie byłoby to możliwe.
– Moja rola w jego ekipie polegała na skonstruowaniu programu ekonomicznego, który nie tylko wydźwignąłby kraj z kryzysu, ale także przekonał klasę średnią do Toledo. To się udało.
– No i prezydent, absolwent Harvardu i Stanfordu, zapragnął mieć jako premiera absolwenta Oksfordu i Princeton.
– Obok dobrych uczelni łączy nas także przygotowanie ekonomiczne i to komentarz na początek. W lipcu 2001 r. zostałem ministrem ekonomii i finansów (jak brzmi u nas nazwa resortu). Po roku zrezygnowałem, by powrócić z początkiem 2004 r. Premierem zostałem w sierpniu ubiegłego roku. Taki jest porządek rzeczy.

Tajemnica peruwiańskiego sukcesu
– To powiedzmy o porządkach, jakie zaprowadził pan w Peru.
– Ostatnie pięciolecie jest najlepsze w ostatnich 50 latach historii kraju. To okres stałego wzrostu gospodarczego od 4,5 do 6,7% w roku ubiegłym. To najwyższy wskaźnik w Ameryce Południowej (poza krajami leczącymi rany kryzysu: Argentyną i Wenezuelą). Przy: a) ośmioprocentowym bezrobociu i półtoraprocentowej inflacji, najniższej w obu Amerykach (w tym USA), b) niemal zrównoważonym budżecie (21,87 mld dol. wpływów i 22,47 mld wydatków), c) wyjątkowo stabilnej walucie narodowej, d) poziomie rezerw pozwalającym na stawienie czoła jakiemukolwiek zagrożeniu spekulacyjnemu. Najważniejsze jest w tej chwili utrzymanie tego bardzo pozytywnego trendu, przede wszystkim dalszy wzrost gospodarczy.
– A do niedawna Peru słynęło przede wszystkim z terroryzmu i narkotyków.
– Jedno było powiązane z drugim bardzo ściśle. Terroryzm skutecznie angażował organy porządku i wojsko, odwracając uwagę od produkcji i handlu narkotykami. Dlatego terroryzm był sponsorowany przez narkobiznes. Z terroryzmem nie ma problemu od 15 lat. Produkcja narkotyków pozostaje jednak w niektórych regionach kraju faktem. To patologia, którą staramy się zdecydowanie zwalczać. Jak wiadomo, surowcem do produkcji kokainy, bo o niej mowa, jest koka. Drastyczna redukcja upraw koki w Kolumbii spowodowała wzrost jej cen. Produkcja jest więc kusząca. Bardziej niepokojące jest to, że skazani za terroryzm po 15 latach wychodzą na wolność i być może zechcą powrócić do poprzedniego zajęcia. Mogą znów znaleźć sponsorów…
– Oby nie. Na czym polegały reformy Kuczyńskiego, tak dziś chwalone?
– Zacznijmy od wskaźnika ubóstwa. Obniżyliśmy go z poziomu 56 do 49%. Był to wynik wyeliminowania pięcioprocentowego podatku od pensji pracowniczych. To spowodowało wzrost legalnego zatrudnienia i wzrost dochodów. Zredukowaliśmy obciążenia z tytułu emerytur państwowych, co dało oszczędności 10% produktu krajowego w 2005 r. Ulepszyliśmy system poboru podatków bez podnoszenia samych stawek podatkowych. Stworzyliśmy mechanizmy inwestowania w prywatne fundusze ubezpieczeń społecznych. Dokonaliśmy restrukturyzacji długu publicznego, obniżając go jednocześnie z 48 do 38% PKB. M.in. poprzez zamianę waluty długu na sole, wykupienie części zadłużenia od Klubu Paryskiego oraz w całości drogiego długu japońskiego (z czasów Fujimoriego). Dokonaliśmy prywatyzacji poprzez koncesję usług. Np. rynek telefonii jest już prywatny w całości, a produkcji energii elektrycznej w 70%. Jak oka w głowie strzegliśmy dyscypliny monetarnej (bez dofinansowywania struktury publicznej z Banku Centralnego). Zadbaliśmy też o dopływ dobrze wyszkolonej (głównie w USA) kadry młodych analityków i finansistów oraz stworzenie nowoczesnej bazy danych ekonomicznych pozwalającej na szybkie podejmowanie decyzji.
– Nie brakuje opinii, że sukces Peru przyszedł wraz ze światowym bumem na metale, głównie miedź, i ogólnie dobrą koniunkturą ekonomiczną na świecie.
– Bum to 2003 r. Nasze reformy i efekty są młodsze o półtora roku. Najpierw trzeba było naszą scenę ekonomiczną uporządkować, pozyskać odpowiednich aktorów i dopiero grać. Nie ma kwestii, że chiński rynek metali generujący ogromny popyt, a w efekcie wzrost cen miedzi, srebra i złota, bardzo nam pomógł. My jednak byliśmy na to gotowi. Pozostając w analogii do teatru, dobudowaliśmy w nim więcej miejsc na widowni i otworzyliśmy więcej okienek kasowych.
– W międzynarodowej opinii Peru zagrało na międzynarodowej scenie ekonomicznej koncert. Wykorzystało wszystkie szanse. Czy ta koniunktura się utrzyma?
– Kreatorem ekonomii są dziś Chiny. Sceptycy twierdzą, że zbliżają się one do granic swego rozwoju, który jest dziś imponujący. Optymiści, że nie ma racjonalnych symptomów wyhamowania tego tempa. Konsumpcja miedzi przez gospodarkę Chin będzie rosła. Wysoka cena zatem się utrzyma. Nam, podobnie jak Polsce, to nie przeszkadza. Z kolei popyt na złoto dyktują Indie. Hindusi wierzą w złoto i w nim lokują swe oszczędności. Też nic w tym dla nas złego…
– Peru przeżywa duży napływ kapitału inwestycyjnego. Nie obawia się pan, że wykupi was Chile, sąsiad budzący w Peru mniej więcej tyle emocji, co Niemcy w Polsce? Co ciekawe, Chile to najbardziej chyba proniemiecki kraj poza Niemcami.
– No to mamy podobnych sąsiadów. Chile z jego rozwojem gospodarczym czyniącym go liderem południowoamerykańskim nie jest dla nas żadnym zagrożeniem, ale szansą. Bardzo duże inwestycje chilijskiego kapitału w rynek dóbr konsumpcyjnych z jednej strony poprawiają zaopatrzenie Peru, a z drugiej stwarzają wiele nowych miejsc pracy. Są to czynniki stymulujące, a nie hamujące rozwój.
– Skoro jesteśmy przy sąsiadach Peru, to zwraca uwagę lewicowa radykalizacja w Wenezueli (Chavez) i Boliwii (Morales) oraz w pewnym sensie Brazylii (Lula da Silva). Ożywa przy tej okazji dyskusja, czy istnieje jakaś specyficzna Trzecia Droga pomiędzy komunizmem a kapitalizmem. Latynoamerykański sen…
– Żadnej Trzeciej Drogi nie ma. W ekonomii coś jest albo gospodarką rynkową, albo centralnie sterowaną. I z tego wynikają konsekwencje w postaci albo normalnej demokracji z jej wszystkimi atrybutami, albo jakieś formy dyktatury. W Peru mamy tego świadomość. Co do niektórych sąsiadów można się spierać.
– Tym, co Peru i Polskę łączy, jest też największa na swoich kontynentach miłość do Stanów Zjednoczonych.
– Myślę, że oba nasze kraje dokonały trafnego, historycznie uzasadnionego i zdającego egzamin praktyczny, wyboru. Poza tym w Południowej Ameryce za największego przyjaciela USA uważa się też Kolumbia. Cóż mam jeszcze dodać jako mąż Amerykanki, ojciec Amerykanów i posiadacz obywatelstwa tego kraju?
– To pana obywatelstwo wielu stoi kością w gardle. W „New York Timesie” pisuje pańska córka Alexandra. Niektórzy uważają, że jako premier nie powinien pan mieć podwójnego obywatelstwa.
– Obywatelstwo amerykańskie było naturalną koleją uzyskania stałego pobytu w USA. Tam przecież studiowałem, pracowałem. Tam poślubiłem Amerykankę niemieckiego pochodzenia, z Wisconsin. Tam urodziła się czwórka moich dzieci, z których tylko najmłodszy syn mieszka z nami. Jedna córka jest znaną dziennikarką, syn – profesorem filozofii na Uniwersytecie Kalifornijskim, druga córka mieszka w Connecticut i kieruje firmą internetową. W Ameryce mam wnuki. W Miami mam dom. Stany Zjednoczone to część mego życia. Fakt posiadania obywatelstwa tego kraju nigdy nie rodził we mnie konfliktu lojalności wobec Peru, które jest moją ojczyzną. W podobnej sytuacji jest naprawdę wielu Peruwiańczyków.

Pojechać na Mazury
– Peru zawsze było aktywne międzynarodowo, że wymienię choćby sekretarza generalnego ONZ, Javiera Pereza de Cueillara.
– Od siebie dodam, wcześniej ambasadora w Polsce (z siedzibą w Moskwie). Nie jest wykluczone, że może i Polska doczeka się swego sekretarza generalnego. Poważnym kandydatem jest przecież Aleksander Kwaśniewski. Miałem okazję podejmować go obiadem. Uważam, że spełnia warunki do pełnienia tej funkcji bardzo dobrze. Osobiście życzę mu tego.
– Peru jako aktualny członek Rady Bezpieczeństwa ONZ może go popierać. Dlaczego jest to dobry kandydat? Przecież są inni.
– Tak, znane są nazwiska i aspiracje azjatyckie. Jednak lata 90. to „era Europy Wschodniej”. Odegrała ona kluczową rolę w historii świata. Wymienię tu przede wszystkim Jana Pawła II, rzeczywistego autora rewolucji na Starym Kontynencie. Jej realizatorem był Lech Wałęsa. Z kolei Aleksander Kwaśniewski wprowadził Polskę do NATO i Unii Europejskiej. To są ważne argumenty na rzecz podkreślenia tych wszystkich przemian i aspiracji przez społeczność międzynarodową. Choćby poprzez powierzenie przedstawicielowi tego regionu urzędu sekretarza generalnego. Zwłaszcza że nigdy on się stamtąd nie wywodził.
– A Kurt Waldheim?
– Pan żartuje?
– Nie. To jest kontrargument Azji, że Europa Wschodnia miała już sekretarza. A oni tylko U’Thanta, więc im się teraz należy…
– Można zrozumieć, że są różne racje, aspiracje i argumentacje, ale… Pora na lidera z kraju politycznego sukcesu. Tu chodzi też o słowo: lidera. ONZ jest tworem zbiurokratyzowanym, cierpi od skandali, traci prestiż międzynarodowy. Potrzebuje pilnie przywództwa politycznego, a nie administrowania przez kolejnego urzędnika. Z pewnością osoba z takim doświadczeniem w polityce jak były prezydent Polski ma wszystko, co jest potrzebne, by realizować takie zadanie. Time to change…
– Czy był pan kiedyś w Polsce, którą tak popiera?
– Niestety, nie. To moje marzenie, które postaram się zrealizować jeszcze w tym roku. Chcę odwiedzić rodzinne strony ojca oraz Mazury, gdzie walczył. Oczywiście Warszawę, Kraków…
– Jakich Polaków uważa pan za postacie najbardziej znaczące w historii świata?
– Mam dwie pasje życiowe. Pierwsza to muzyka. Zawdzięczam ją mojej matce, od dziecka uczącej mnie gry na fortepianie i flecie. Do dziś gram, na flecie nawet koncertuję z orkiestrą symfoniczną. Druga to historia. Posiadam ogromną bibliotekę historyczną, ze szczególnym uwzględnieniem II wojny. Biorąc pod uwagę oba „skrzywienia”, wymienię dwa nazwiska – moim zdaniem – najbardziej znaczące w ostatnich 200 latach: Fryderyk Chopin i Ignacy Paderewski.
– Jest pan również sportowcem.
– Bez przesady. Biegam i gram w squasha. Lubię tę grę. Jest szybsza od tenisa, wymaga też lepszego refleksu. Kiedy gram, bardzo dobrze mi się myśli i przychodzą mi do głowy rozmaite nowe idee.
– Czy jedna z nich może być taka: skoro czego się pan nie dotknie, zaczyna nabierać sensu, osiągać i przynosić zysk, to… może Polsce trzeba takiego dotyku? Nie chciałby pan tam porządzić?
– [wyraźnie rozbawiony] Ale moja kadencja jeszcze się nie skończyła. Poza tym problem języka…
– Pan naprawdę myśli, że Polakom ten sam język pomaga? W rządzeniu?

Wydanie: 14/2006

Kategorie: Wywiady

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy