CO się stało z SLD

CO się stało z SLD

Właśnie rozstrzyga się przyszłość Sojuszu – albo lewica złapie oddech, albo…

– Cała się spłakałam – mówi jedna z posłanek SLD. – Najpierw gdy wygraliśmy głosowanie o Pola. Tak się cieszyłam, że mamy większość, że z tego wychodzimy. A zaraz potem, gdy okazało się, że ktoś od nas głosował za Owoca i Czerniawskiego, płakałam drugi raz. Taki wstyd.
Łzy posłanki dobrze oddają nastroje panujące w SLD, w klubie parlamentarnym, w strukturach. Sojusz znalazł się w sytuacji, w której nie był nigdy: spadku poparcia, spadku notowań, kłopotów z rządzeniem. – Poparcie dla SLD może spaść poniżej 20% – nie waha się formułować takich prognoz Józef Oleksy. Do tego dołożył się prezydent, sugerując w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej”, że Leszek Miller mógłby zastanowić się, czy jest w stanie dalej rządzić.

Zwarci, ale czy silni i gotowi?

Jeżeli ktoś sądził, że słowa prezydenta wywołają wielkie awantury w SLD, chyba się rozczarował. We wtorek, podczas zamkniętego dla prasy posiedzenia klubu SLD, premier uzyskał niemal pewne poparcie posłów. Podczas posiedzenia klubu Sojuszu kolejni posłowie deklarowali poparcie dla premiera i dramatycznie pytali: o co prezydentowi chodziło? Mariusz Łapiński, nowy szef SLD na Mazowszu, twierdzi, że takie nastroje to w Sojuszu rzecz niemal powszechna: – Byłem wczoraj w Nowym Dworze i ludzie pytali mnie: „Dlaczego prezydent nas atakuje, czego od nas chce? Nie ma innych wrogów?”.
Wśród posłów kolportowano informację, że spięcie na linii prezydent-premier to spór o to, kto ma przewodniczyć polskiej delegacji, która pojedzie 16 kwietnia do Aten podpisywać traktat z Unią Europejską. – Do Aten mogę nie pojechać tylko z dwóch powodów – mówił Leszek Miller. – Albo odwoła mnie Sejm, na mocy konstruktywnego wotum nieufności, albo umrę. I za te słowa dostał brawa.
Za Kwaśniewskim głośno ujmowała się jedynie Izabela Sierakowska. – Stępień z organizacji podkarpackiej mówił o uchwale, żeby prezydent nie wtrącał się do SLD. Zaraz. Jak można kazać prezydentowi, by się nie odzywał? Ma 80% poparcia, to ojciec lewicy. I co? – opowiada Sierakowska. – Więc zapytałam: jeżeli trzy czwarte społeczeństwa mówi nam nie, to zastanówmy się panowie. Powiedz Lechu, czy masz do powiedzenia ludziom coś innego niż wstępowanie do Unii Europejskiej?
Ale jej głos był odosobniony. Sojusz przyjął taktykę oblężonej twierdzy, co jest tym bardziej naturalne, że i opozycja, i media nie szczędzą mu razów. Taktykę tym bardziej oczywistą, że to SLD wygrywa w Sejmie głosowania, a opozycja przegrywa. I poza werbalnymi atakami niewiele może.
Tylko że jeszcze jest społeczeństwo, które to wszystko obserwuje, tylko że będą następne wybory. Taktyka oblężonej twierdzy nie może być strategią. Obecna sytuacja jest więc przejściowa. Ale jak długo potrwa? Czym to się skończy?

Trzy warianty

Wiemy, że gdy armia ponosi klęski, jej morale spada. A gdy spada morale, zmniejsza się spójność grupy, dają o sobie znać tendencje odśrodkowe, zaostrzają się różnice wewnętrzne, zaś odpowiedzialnością za klęski obarcza się kierownictwo. Wówczas możliwe są trzy warianty. Pierwszy zakłada, że ten proces będzie się pogłębiał, dojdzie do pęknięć, do rozpadu. Taką drogą poszła AWS. Drugi wariant zakłada, że wyłania się alternatywne przywództwo formułujące nowe idee, dające nową nadzieję. I jeżeli ma w sobie trochę charyzmy, może w przegrywającą armię tchnąć nowego ducha. Trzeci wariant to mobilizacja istniejącego przywództwa, pokazanie nowych perspektyw. I odzyskanie dawnego wigoru.
Który z wariantów jest w przypadku SLD najbardziej prawdopodobny? Raczej powinno się odrzucić pierwszy – Sojusz jest partią zoligarchizowaną, ma wbudowane mechanizmy zapewniające spójność, trudno więc przypuszczać, by mógł być szarpany przez schizmy i rozłamy.
A pozostałe dwa? Tu opinie są zgodne. Obecne kierownictwo SLD ma kilka tygodni, może kilkanaście, by pokazać, że panuje nad sytuacją, że ma pomysły. W tym czasie zostaną rozstrzygnięte sprawy najważniejsze dla lewicy.

Rozgoryczony SLD

Wyniki zjazdów regionalnych SLD wybierających „baronów” oraz delegatów na kongres mają chyba w tej sytuacji mniejsze znaczenie. Tym bardziej że zjazdy przebiegają według utartego schematu: mamy wielki krzyk, głosy niezadowolenia, wycinani są niektórzy lokalni liderzy. Potem następują apele o jedność i główny kandydat przechodzi niewielką liczbą głosów. Bywa, że nawet jednym, tak jak Henryk Długosz w województwie świętokrzyskim. – Trudne jest szlifowanie betonu – komentował swój wybór, poniekąd słusznie, bo jego kontrkandydat był kojarzony z lewą częścią SLD.
Zjazdy wojewódzkie są przy okazji znakomitą okazją do zbadania nastrojów w Sojuszu.
A nastroje są podobne do tych w klubie: góra rządzi źle, ale Kwaśniewski, zamiast pomagać, przeszkadza. – W ogóle jest olbrzymia pretensja do liderów – opowiada jeden z szeregowych posłów. – O wszystko. A sprawa Rywina to pogłębia. No bo tak: Michnik pisze: „Zatrzymać SLD”, tymczasem Miller chodzi z nim na grilla, a Urban na wódeczkę. Przecież czujemy się oszukani.
Poseł dopija szklankę piwa. – A z drugiej strony, chyba nigdy nie było tak, żebyśmy tak tłukli się na oczach wszystkich. Miller z Kwaśniewskim… „Trybuna” obraźliwie nazywa Rakowskiego, Urbana i Rolickiego trzema starszymi panami. I co mam z tym robić?
Ale pretensje kierowane są także w drugą stronę. System wojewódzkich „baronów” – widać to gołym okiem – jest dla SLD zabójczy. „Baronowie” mają siłę wymuszać na Millerze rozmaite ustępstwa i stanowiska, tymczasem rządu nie wzmacniają. Przeciwnie, należą do jego najsłabszych ogniw. Dlaczego więc są?
– Miller został przez nich wyprowadzony w pole – komentuje Sierakowska. – Dał im władzę i ani się obejrzał, jak ta władza została wykorzystana przeciwko niemu.
Jaka to władza? Baronowie decydują o kształcie list do parlamentu i do rad. Z nimi konsultowani byli kandydaci na wojewodów. To oni mają w Radzie Krajowej i Kongresie swoich ludzi, a w parlamencie swoich posłów. Mają więc w ręku przynajmniej kilkaset posad w administracji, strukturach politycznych, a także w biznesie, w firmach państwowych i z państwem kooperujących. Ten układ buduje partię jako miejsce nie debat intelektualnych, ale – rzecz w czasach bezrobocia szczególnie cenna – załatwiania miejsc pracy. Co widać tym wyraźniej, że baronami nie są jacyś intelektualiści, lecz jakże często ludzie biznesu – bogaci, mający własne firmy – lub pracujący w strukturach politycznych.
I ten układ idzie w dół. Cała sprawa polega na rozdawaniu funkcji. Ten jest silny, kto rozdaje karty. Na szczeblu województwa, powiatu, miasta. Rozdającym może być lokalny baron, prezydent miasta, dyrektor dużego zakładu, prezes spółki skarbu państwa. – Czasami odnoszę wrażenie, że jesteśmy federacją organizacji powiatowych – z przekąsem komentuje Józef Oleksy.

Hamulce Millera

Jeden z ministrów pytany o hamulce rządu Leszka Millera odpowiada bez dłuższego zastanawiania: – Najpierw powiedzmy o sprężynach. Otóż SLD wygrał wybory, bo prezentował się jako grupa dobrze zorganizowanych ludzi, sprawnych, najdalszych od rozmaitych ekstremizmów. Grupa, która już się sprawdziła. Poza tym jego hasła trafiały w sedno społecznych oczekiwań. Projekt wyrównywania szans, obietnica redystrybucji poprzez budżet – to wszystko bardzo się ludziom podobało, bo to, co Polacy mają do zarzucenia naszej transformacji, to niczym nieusprawiedliwione różnice w dochodach.
W takim razie dlaczego przyszło rozczarowanie? Czy można je tłumaczyć tylko miną, którą – w postaci dziury budżetowej i zastygłej gospodarki – zostawiła Millerowi odchodząca ekipa? Ludzie władzy twierdzą, że taki jest główny powód. A pytani o hamulce dodają: to grupa baronów, z którymi trzeba było się liczyć. To „parcie na szkło” (czyli bywanie w telewizji), które powodowało, że rząd działał pod presją tego, jak w danym tygodniu wypadnie w mediach. I w ten sposób to się rozgrywało To wreszcie niespodziewana miłość do magnatów polskiego biznesu – Kluczyka, Krauzego, Staraka. Jerzy Urban opowiada i pisze o tym, że premier wzywał na dywanik ministrów, strofując ich przy Kulczyku, że utrudniają mu prowadzenie interesów. „Nie” i „Rzeczpospolita” napisały kiedyś, że kryterium podziału w rządzie jest takie: na ludzi Kulczyka i na ludzi Krauzego. A może to była fałszywa alternatywa? Może jej po prostu nie było?
– Doświadczenie w rządzeniu, pragmatyzm, kompetencja i lojalność polityczna przestały być cechami przypisywanymi działaczom SLD – ocenia prof. Jacek Raciborski, autor książki „Polityka polska. Szkice”. – Część kadr okazała się marnej próby, ponadto ten wyidealizowany wizerunek musiał zostać zakwestionowany w sytuacji, gdy postęp gospodarczy jest tak wolny, a bezrobocie nie maleje”.

Wirus Kwaśniewskiego

Jacek Raciborski, pytany o możliwość rozchwiania SLD i rządu, zachowuje spokój. – Jest bardzo dużo grup niezadowolonych wewnątrz SLD, ale są niezadowolone z różnych rzeczy i nie mają skłonności do kooperacji – prognozuje. – Dopóki jakiś nadzwyczajny czynnik nie doprowadzi do nadintegracji obecnych grup konfliktowych, poważna schizma nie jest możliwa.
Po cóż więc prezydent Kwaśniewski dawał sygnał o możliwej dymisji premiera? Narażając się na twardą ripostę premiera, na niezadowolenie aparatu, tłumacząc później, przez swoich ministrów, że nie o to chodziło?
Więc odwróćmy sytuację: czy widząc to, co widzi. i słysząc to, co słyszy, miał udawać, że nie słyszy i nie widzi?
Kwaśniewski paroma słowami zainfekował SLD-owski organizm wirusem wątpliwości. Jakby zapraszał działaczy Sojuszu do gry: rozważcie, czy taki wariant jest możliwy. Zaś liderów do refleksji: uważajcie, w waszych szeregach też o tym myślą, więc czas wam ucieka…
Ale czy z tego wirusa coś się rozwinie? Na razie liderzy SLD pomni, że przed nimi i przed SLD stoją trzy warianty – rozpadu, zmiany kierownictwa lub mobilizacji, stawiają na trzecie rozwiązanie.
Marek Wagner spiął sejmowe koalicje, Sojusz ma na Wiejskiej minimalną większość, a przynajmniej większości nie ma opozycja. Marek Borowski zdecydowanie deklaruje: – Widzę możliwość odzyskania inicjatywy przez SLD. To wymaga dzisiaj szalonej dyscypliny pracy i dyscypliny umysłowej. A wymiany twarzy? Tego nie może być za wiele, bo ludzie dochodzą do wniosku, że cały ten rząd i jego agendy do niczego się nie nadają. Dzisiaj nie myślałbym kategoriami wymieńmy premiera, wymieńmy trzech ministrów i będzie lepiej. Lepiej wróćmy do spraw o charakterze zasadniczym.
W tę dyskusję włączył się także prezydent, który trochę nas zaskoczył wywiadem w „Rzeczpospolitej”. Co prawda, nie odebrałem tak ostro jak niektórzy jego sformułowania dotyczącego rządu. Ale wolałbym, gdyby powiedział, że czas na oceny przyjdzie najwcześniej po referendum. Bo przecież dla tego rządu nie ma żadnej sensownej alternatywy i wszystkie opowieści o rządach fachowców możemy włożyć między bajki.
Okres do referendum i do kongresu pokaże, jaka jest nasza wartość. Jeżeli to będzie wartość dodatnia, to dobrze, to oznacza, że jest szansa, że wyjdziemy na prostą. Jeśli nie, trzeba będzie szukać innych rozwiązań.


Dzielenie skóry na Millerze

Czy liderzy SLD rozpatrują wariant ewentualnej zmiany na szczytach partii i państwa? Wszyscy – i w rozmowach oficjalnych, i nieoficjalnych – zastrzegają, że takiego wariantu nie rozważają.
Być może. Jednak polityka jest taką dziedziną, że gdy jest istnieje potrzeba obsadzenia jakiegoś stanowiska, odpowiedniego kandydata zawsze się znajdzie. Więc?
SLD jest dojrzałą formacją, można zatem w ciemno obstawiać, że ewentualny następca Leszka Millera zarówno na stanowisku premiera, jak i szefa partii nie będzie osobą nieznaną. Zostanie wyłoniony z pierwszego, ewentualnie drugiego kręgu liderów Sojuszu. Którzy dziś lojalnie popierają przewodniczącego, ale gdy będzie tego wymagał interes formacji…
Zapewne, jak przy wszystkich zmianach, zawsze będzie grupa polityków stojących przy swym szefie do końca. W SLD będą to na pewno Marek Wagner, Lech Nikolski, Aleksandra Jakubowska, Marek Dyduch, Jerzy Jaskiernia, Mariusz Łapiński i Krystyna Łybacka. Wszyscy są politykami wpływowymi w Sojuszu, zdolnymi zablokować każdą próbę zmiany. Na pewno blisko Millera będzie Jerzy Szmajdziński, aczkolwiek jego pozycja w SLD jest na tyle silna, że może sobie pozwolić na samodzielność (i ma swoje ambicje). Jest wymieniany w grupie ewentualnych następców Leszka Millera. Ale większe szanse daje się Markowi Borowskiemu (ale czy by chciał? – pytają w Sojuszu) i Krzysztofowi Janikowi. W tle, za nimi, plasuje się Józef Oleksy.
Gdyby żaden z liderów nie zajął stanowiska Millera (to wariant mało prawdopodobny), do gry mogliby wejść ludzie z drugiego kręgu. Na przykład popularna w SLD Aleksandra Jakubowska.
W nowym rozdaniu mógłby się liczyć Włodzimierz Czarzasty (dziś bezpartyjny), który wiele zyskał w SLD podczas przesłuchań w Komisji Śledczej (czyli nie tylko poseł Rokita potrafił się w niej wypromować…). Swoje nadzieje mają również Grzegorz Kurczuk i Ryszard Kalisz. A także Włodzimierz Cimoszewicz, mimo że nie cieszy się w aktywie SLD popularnością.
Czy jest możliwe postawienie na czarnego konia? Teoretycznie tak, ale w SLD takiego wariantu jeszcze nie trenowano.
JT


Marek Borowski: wciąż mamy szansę

Euforia skończyła się po wygranych wyborach. Gdy okazało się, że rzeczywistość jest jeszcze gorsza, niż myśleliśmy. Że trzeba bardzo szybko podejmować niepopularne decyzje i dokonywać wyborów, na które nie było czasu. Te wybory były dokonywane nie zawsze po dojrzałym namyśle i dyskusji, ale niekiedy intuicyjnie albo według siły przebicia poszczególnych ministrów.
W takiej sytuacji, przy różnych naszych błędach ekonomicznych i politycznych, rozpoczął się spadek popularności SLD.
Już wynik w wyborach samorządowych był poniżej oczekiwań. Stawialiśmy poprzeczkę na poziomie 30%. Tymczasem otrzymaliśmy około 25%. Plus parę spektakularnych porażek w miastach. Dlaczego tak się stało? Po analizach okazało się, że nie zwracano uwagi na kwestie jakości rządzenia w terenie, dopuszczano do różnych drobnych afer, w które byli uwikłani także nasi działacze. Kolesiostwo, korupcja… Byli prezydenci miast, którzy wymieniali się jak rękawiczki, w jednym mieście nawet trzech w czasie jednej kadencji. Były kłótnie – żenujące, publiczne. To wszystko zaczęło stwarzać wrażenie, że SLD nie jest partią, w której można pokładać nadzieję. Zaufanie, którym nas darzono, zaczęło wyparowywać.
Teraz pojawiły się afera Rywina, scysja z PSL, niemożność dalszej współpracy, mamy rząd ni to mniejszościowy, ni to większościowy – wszystko razem powoduje klimat niepewności. Przenosi się on na masy członkowskie, które zaczynają pytać: o co chodzi, czego tu brakuje? Może brakuje lewicowości? Może zwykłej uczciwości? Może fachowości w rządzeniu? A może to wszystko jest wynikiem zarozumialstwa, arogancji?
Prezydent, widząc i słysząc to wszystko, nie mógł udawać, że nie widzi i nie słyszy. W związku z tym od czasu do czasu coś powiedział. To zaś wywoływało reakcję. Ci, którzy tych błędów u siebie nie widzieli, uważali, że prezydent nie powinien nic mówić, że ich zdradza…
Klucz do wyjścia z tej sytuacji – a uważam, że wciąż mamy szansę – polega na dokładnym uświadomieniu sobie przyczyn obecnej sytuacji. I na wyciągnięciu wniosków. Technologia rządzenia musi się poprawić, ustawy muszą być przygotowywane staranniej, musi być wiadomo, co chcemy osiągnąć.
Kolejna sprawa to kadry. Oczywiście, partia ma prawo obsadzać stanowiska ludźmi z nią związanymi, ale też do pewnych granic i pewnego szczebla. No i musi przestrzegać dwóch kryteriów: absolutnej kompetencji oraz czystości od strony etycznej. Bo strasznie dużo szkód przynosi każdej partii rządzącej, jeśli ludzie tu i ówdzie widzą nieudaczników, którzy kierują się prywatą… To jest zaraz nagłaśniane. Nie jest tak, że to widzi tylko pięć osób. Kochamy zresztą strzelać sobie bramki sami – patrz: głosowanie na cztery ręce. Dobrze, że chociaż reakcja była szybka i zdecydowana, ale jeśli nie starczy nam tej odwagi w przyszłości, wszystko wróci w stare koleiny, aż do żałosnego finału.
SLD musi również odbyć dyskusję ideową, jaką mamy być partią – lewicową, centrolewicową. Moim zdaniem, utrzymując partię, która ma zdolność koalicyjną, musimy wyraźnie określić tzw. minimum lewicowości. Musimy zarzucić swego rodzaju kotwice lewicowości, które pozwolą nam poruszać się do centrum, ale tylko do pewnego miejsca. Te kotwice to neutralność światopoglądowa państwa. To walka z ksenofobią i rasizmem. Równy status kobiet i mężczyzn. Walka z dyskryminacją mniejszości. Walka o równe szanse w edukacji. Usługi publiczne, szkolnictwo, opieka zdrowotna – one muszą dawać poczucie przeciętnemu i biednemu obywatelowi, że to jest dla niego. I wreszcie pewna solidarność społeczna, tworzenie rozwiązań, które powodują, że bogaci nie odrywają się od biednych. Nie daje im się zapomnieć, że jesteśmy jednym społeczeństwem.
Do tych kotwic musi być przymocowany program działań. Dostosowany do możliwości. Np. w sprawie równego statusu kobiet i mężczyzn można coś zrobić. W sprawie ustawy antyaborcyjnej – której liberalizacja musi pozostać elementem naszego programu – wydaje mi się, że nie. Bo taki jest układ w Sejmie. Ale może kiedyś będzie inny.
Ludzie poprą taki program, jeśli zobaczą, że opiera się na określonych wartościach, nie jest życzeniowy, oraz gdy uwierzą, że będzie realizowany. O to ostatnie zresztą dziś najtrudniej.


Izabela Sierakowska: chodzę ze spuszczoną głową

Aleksander Kwaśniewski jest przyjacielem lewicy i dlatego miał prawo powiedzieć to, co powiedział. Tego, co on mówi, nie można lekceważyć. Spotkajmy się więc, zasięgnijmy jego rad. Bez kompleksów, bo on też popełnia błędy, na przykład takie jak mianowanie Balcerowicza na stanowisko prezesa NBP.
Pamiętam czasy, kiedy był szefem SdRP, kiedy sprawował władzę, rozdzielał zadania. Miał ogromną życzliwość dla nas wszystkich, wyzwalał chęć działania. Jeżeli szef partii ma takie atuty, można góry przenosić. W SdRP była przyjaźń. Pamiętam Kwaśniewskiego i Millera jako przyjaciół działających wspólnie. Lata 1993-1997 były najlepszymi latami lewicy. Popełniliśmy wtedy niewiele błędów.
Tworząc SLD, przyjmowaliśmy właściwie każdego, kto się zgłaszał. Decydowała ilość, a nie jakość. Więc powyłaziły te trupy z szaf… I co jest? Mam też w województwie organizację, w której szefem jest były członek Ligi Polskich Rodzin. On rozdaje karty, wyrzuca ludzi z SdRP…
Teraz weszliśmy w system wodzowski. Jest wódz i 16 „baronów”. Za SdRP by tego wszystkiego nie było. Nie byłoby rządu mniejszościowego, nie byłoby tego kretyńskiego głosowania na cztery ręce w sprawie dymisji Marka Pola. To jest ta presja – nawet jak nie żyjesz, to masz żyć. A gdybyśmy to głosowanie przegrali, co by się stało? Przestaliśmy podchodzić do wszystkiego krytycznie, przestaliśmy myśleć, tylko się bronimy.
Można to wszystko uratować. Ważne jest, żebyśmy uczestniczyli w podejmowaniu decyzji, pracowali przy ustawach. Nie wolno ludzi lekceważyć, każdy poseł musi wiedzieć, że od niego wiele zależy, że nie jest tylko od przyciskania. Bo potem szajba mu odbija.
Musimy też siebie zapytać, czy nas ktoś chce. Czy wyborcy zechcą na nas głosować? Nie chciałabym więcej słyszeć słów „Więcej na was głosować nie będę, zawiodłem się na was”. A je słyszę. I mam moralnego kaca. Czasami łapię się na tym, że chodzę ze spuszczoną głową. Albo w czapce, żeby nikt mnie nie poznał. W tej partii czuję się fatalnie. Uciekam od tego wszystkiego. Ludzie występują z SLD. Ja jestem najlepszym przykładem wycofywania się z aktywności politycznej.


Józef Oleksy: gaśnie duch w sld

Nie jest dobrze, gaśnie duch w SLD. A co dalej? Zanim odpowiemy na to pytanie, musimy odpowiedzieć na inne: jaka będzie w przyszłości natura partii politycznych? Oraz czy lewicowość może być tak rozumiana jak kiedyś? Jaka jest lewica europejska? Jakie proponuje rozwiązania gospodarcze, światopoglądowe?
Otóż przemija epoka partii aparatu, do których jesteśmy przyzwyczajeni. Czekają nas zgrupowania bardziej korporacyjne, bez rygorów partyjności, których ludzie nie chcą, których nie da się egzekwować. Tymczasem SLD zamienił się w machinę wyborczą. Mającą dużą sprawność organizatorską i przekonanie o swoich zdolnościach zdobywania władzy. No i przekonanie o swojej wyższości. Z podziwem patrzyłem, jak partia gładziutko przeszła przez porażkę w wyborach samorządowych. W zasadzie ogłaszając sukces! W terenie orzeczono: to rząd winien, w centrali – to winni lokalni działacze. I już. Sposób przejścia SLD do porządku dziennego nad tym wynikiem pokazuje jego zdolność życia iluzją i nieuprawnioną pewność siebie.
W SLD widać dwa równoległe procesy. Mamy więc symptomy niezadowolenia, kierowane do góry, że to wszystko wina liderów. A jednocześnie nie ma w strukturach poruszenia młodych, nie ma nowych postaci, za to jest dotychczasowy system wyłaniania kolegów. Wszystko idzie starym rytmem, wszyscy wiedzą, kto wygra. Jesteśmy partią ludzi funkcyjnych. Do miejscowych elit partyjnych można się dostać nie poprzez wygranie wyborów, ale poprzez kooptację. Mamy taką demokrację kooptacyjną.
SLD już nie mówi swoim głosem. Mówi głosem rządu. I trzyma się starej PZPR-owskiej zasady „Mamy słuszność, bo rządzimy”. A ja pytam: do czego, oprócz popierania rządu, chce SLD namawiać?

Wydanie: 14/2003

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy