Cohen jak wino

Cohen jak wino

Pod koniec koncertu biegał po scenie jak młodzieniaszek

Jeśli warszawski koncert Leonarda Cohena w marcu 1985 r. był genialny, to koncert, jaki dał w Warszawie w ubiegłą środę, uznać trzeba za wspaniały. Nie było widać ani słychać upływu lat. Głos kanadyjskiego barda tak jak kiedyś robił magnetyczne wrażenie, stał się jednak niższy, głębszy i przez to jeszcze bardziej przejmujący. A jeśli chodzi o wrażenia widzów zgromadzonych na Torwarze, to może i dobrze, że menedżerka Cohena, zdefraudowała mu prawie 5 mln dol. „Dzięki” temu Cohen po wielu latach musiał ruszyć w trasę koncertową i gromadzić jak największą publiczność. Zaśpiewał więc prawie wszystkie swe wspaniałe utwory – i zrobił to rewelacyjnie. Zaczął od najbardziej komercyjnej „Dance Me…”, a potem już było tylko lepiej – „Bird on the wire”, „In my secret life”, „Who by fire” – i kilkanaście innych słynnych ballad, tak zaśpiewanych przez Cohena, jego sześciu muzyków i damski trzyosobowy chórek, że przenosiły widzów w inny wymiar. A w finale oczywiście kultowy „Famous blue raincoat” i „Marianna”, na ostatni bis zaś przejmujące „If it be Your Will”, cudownie zaśpiewane przez dwie siostry Webb z jego chórku.
22 lata temu w nabitej po brzegi i szturmowanej przez tysiące fanów Sali Kongresowej panowała elektryzująca, pełna skumulowanego napięcia i przejmująca atmosfera. Znajomość muzyki Cohena była oznaką swoistego wtajemniczenia, symbolem przynależności do cokolwiek elitarnego kręgu kulturowego. Gdy rozmawiałem z nim wtedy, powiedział: „Przekazuję najgorętsze pozdrowienia dla wszystkich poetów i pieśniarzy w Polsce”. Bo dla niektórych z nich ballady Cohena stanowiły źródło natchnienia, jego arkadyjską Kanadę porównywano z ówczesną Polską. 22 lata temu Cohen mówił, że członkowie jego zespołu wahali się, czy przyjeżdżać do Polski. Dziś na pewno nie mieli wątpliwości, wiedzieli, że to będzie marsz triumfalny.
Teraz, na Torwarze, było mniej skupienia, więcej zaś radości z piękna jego ballad. A na widowni – mniej kontrkultury, za to więcej establishmentu (w pierwszych rzędach siedział np. prezes telewizji Andrzej Urbański w towarzystwie Anny Popek, nieco dalej prof. Grzegorz Kołodko). Skupienie i napięcie wróciło w drugiej części koncertu, gdy zabrzmiało „Hallelujah”. Cohen wspaniale nawiązał kontakt z publicznością. Chyba naprawdę był wzruszony, gdy mówił, jak wielkie znaczenie ma dla niego występ przed przyjaciółmi w Polsce, którzy tak cenią jego twórczość. Pod koniec koncertu biegał po scenie jak młodzieniaszek, udzieliła mu się autentyczna radość widzów. Bo jeszcze nigdy, po żadnym koncercie nie widziałem tylu tak zadowolonych ludzi.
Jeżeli czegoś żałować, to tego, że zabrakło „Sisters of mercy” czy „Chelsea Hotel”. Ale to i tak były trzy godziny muzyki. Czy jeszcze w takiej formie przyjedzie do Polski?

 

Wydanie: 41/2008

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy