Wiele rzeczy jednocześnie

Wiele rzeczy jednocześnie

Jako kobiety jesteśmy wielozadaniowe, łączymy twórczość z pracą w domu, dzięki temu nasza sztuka staje się głębsza


Krystyna Róż-Pasek – malarka, zajmuje się głównie malarstwem sztalugowym, w latach 2004-2009 studiowała na Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie na Wydziale Architektury Wnętrz


Podobno od zawsze wiedziała pani, że będzie malarką.
– Rzeczywiście tak było. Nigdy nie wzięłam pod uwagę innej drogi zawodowej. Miałam świadomość, że w pewien sposób wyróżniam się artystycznie. I nigdy w to nie zwątpiłam mimo braku znajomości w tej branży. Wciąż pracowałam nad sobą i swoimi umiejętnościami.

W jaki sposób?
– Początkowo poprzez naukę w liceum plastycznym, następnie poprzez studia na Akademii Sztuk Pięknych. Wtedy to, co robiłam, to nie była jeszcze twórczość, tylko raczej droga rozwoju, poszukiwania. Dopiero po długim czasie przekułam to we własny styl. I zaczęłam reagować na to, co dzieje się dookoła. Bardzo przeżywam wszystko, co się dzieje dziś w świecie i jakie trudności z tym się wiążą. Ze względu na sytuację pandemiczną i polityczną bardzo oddalamy się od siebie. A ja chcę to jakoś zatrzymać, dlatego poprzez moją sztukę próbuję dawać innym dobro.

To dość oryginalne podejście.
– W polskiej twórczości dominują skrajności – albo maluje się rzeczy idealistyczne i piękne dla oka, albo takie, które mają wzbudzić bunt. A ja chciałabym poprzez sztukę załagodzić to, co czuję. Dawać ludziom radość i energię, chęć do życia. Ludzie myślą, że skoro moja sztuka jest taka, to ja też jestem jak ona – radosna, kolorowa, spontaniczna.

A jaka pani jest?
– Określa mnie to, jak maluję. Szybko i energicznie. Technika, którą stosuję, nie pozwala mi na wracanie do rozpoczętych obrazów. Pięć dni to maksymalny czas ich powstawania. Dlatego są one pewnym chwytaniem myśli i chwili. Czasami są bardzo wesołe, innym razem bardzo smutne, bo ujmują konkretne emocje z danego momentu i dnia. Tworzę szybko i chcę, żeby mój nastrój dawał energię odbiorcom. Moje prace kontrastują ze sobą, tak jak wszystko, co nas otacza. Skrajności są wpisane w nasze życie.

Jak zabiera się pani do pracy? Czy czując jekieś emocje, wie pani, że to ten moment, kiedy trzeba chwycić za pędzel?
– Zawsze staram się dobrze przemyśleć kompozycje obrazów, zanim powstaną. Starannie przygotowuję się do wszystkich działań, miałam tak właściwie przez całe życie. Czasami myślę, że mogłabym mieć pracownię, do której przychodziłyby różne osoby i rozmawiały ze mną w trakcie malowania. Emocje i przemyślenia przelewałabym wtedy na płótno.

Z jednej strony mówi pani o planowaniu, a z drugiej o chwilowych emocjach. Wydawałoby się, że są to rzeczy niemożliwe do pogodzenia.
– Mam w sobie mnóstwo skrajności. Moje malarstwo musi być przygotowane, a jednocześnie szybkie. Nawet nasza rozmowa jest dla mnie pewnego rodzaju skrajnością, bo z natury jestem raczej osobą nieśmiałą, nielubiącą się uzewnętrzniać, a mimo to zawsze pakuję się w sytuacje, które tego wymagają.

Woli pani wyrażać siebie poprzez sztukę niż poprzez słowa?
– I tak, i nie. Kiedy rozmawiam o tym, co mnie fascynuje, przychodzi mi to z łatwością. Z pewnością moje malarstwo jest bardziej estetyczne niż polityczne, nie ma bulwersować ani zmieniać świata, choć chciałabym, aby pięknem tematów lub postaci skłaniało do działania.

Wierzy pani, że piękno może nas do niego popchnąć?
– Bardzo chcę w to wierzyć. Współpracując z ludźmi, widzę, że to działa, tylko oni nie zawsze chcą to przyznać.

To pójście pod prąd polskiej mentalności – kochamy przecież biczować się krzywdami, narzekamy na wszystko, co się nie udało, zapominając o tym, co nam wyszło.
– Cóż, czuję się w Polsce outsiderką. Ale myślę też, że u artysty to naturalne. Lubię wychodzić poza strefę własnego komfortu. Ale najlepiej jest mi w dobrym, estetycznym otoczeniu. Moje miejsce pracy nie jest pochlapane farbą, mam wszystko poukładane, maluję wśród zieleni, a wszystkie te czynniki mają na mnie ogromny wpływ. Nie lubię chaosu. A jednocześnie, gdy się pojawia, potrafię go docenić, znaleźć w nim piękno. Właściwie wszystko jest dla mnie w jakiś sposób piękne.

Ludzie dobrze reagują na to, co pani tworzy?
– Odbiór moich prac przez osoby niezwiązane ze sztuką jest pozytywny. Odnoszę nawet wrażenie, że moja twórczość jest dla nich pomocna, łatwo przyswajalna, ale w jakiś sposób nowoczesna, nietradycyjna. Taki odzew bardzo cieszy z kolei mnie. Natomiast jeśli chodzi o artystów, ich zdania są podzielone. Raczej nie negatywne, ale albo pozytywne, albo obojętne.

Skąd może brać się ta obojętność?
– Często doświadczałam krytyki dotyczącej mojej pracy nad sobą. Zawsze chciałam być we wszystkim najlepsza, jak najwięcej korzystać z narzędzi i wiedzy profesorów. Nie każdy ma taką potrzebę, niektórzy chcą przejść przez życie w łatwiejszy sposób, szybszy, mniej wymagający. Mnie bardziej zależy na dokładności. Nie przedstawię niczego, dopóki nie będę w pełni gotowa.

Perfekcjonistka z pani.
– Zdecydowanie. Na studiach nauczyłam się, że rysowanie realistycznych wnętrz wymaga dokładności, w tworzeniu projektów nie ma miejsca na spontaniczność. Mogą być one mniej lub bardziej kreatywne, ale najważniejsze są detale. Rodzaj sztuki, do którego dotarłam teraz, i który jest wynikiem mojej wcześniejszej pracy, jest dla mnie bardzo łatwy i lekki w tworzeniu. Wypracowałam swoją rękę. Nie muszę długo zastanawiać się nad proporcjami, mimiką czy rysami twarzy. To wszystko wpisane jest w moje doświadczenie.

W ostatnim czasie sporo mówi się o artystkach w Polsce. O kobietach, które na swojej drodze do kariery musiały się mierzyć z męskimi autorytetami. Jest pani jedną z nich?
– Udało mi się tego uniknąć. Na pewno była to także kwestia tego, że w liceum plastycznym, do którego uczęszczałam, uczyły się niemal wyłącznie dziewczyny. Na studiach na architekturze wnętrz było podobnie. Kadrę naukową stanowili głównie mężczyźni, ale nie mieli oni szans na faworyzowanie kogoś ze względu na płeć. Natomiast po studiach zauważyłam bardzo duży kontrast.

Jaki?
– Mężczyznom o wiele łatwiej było wejść na rynek, ich nazwiska były bardziej rozpoznawalne. Teraz, kiedy o tym problemie zaczęto rozmawiać, wszystko się odwraca. Artystek jest coraz więcej, mężczyźni przestają być faworyzowani. Zawsze podkreślam, że jako kobiety jesteśmy wielozadaniowe, łączymy twórczość z pracą w domu, opieką nad rodziną, i dzięki temu nasza sztuka staje się głębsza. Lekkość w twórczości może wynikać właśnie z tego, że musimy lepiej zarządzać swoim czasem, balansować pomiędzy dziećmi a wystawami.

Mnogość obowiązków i potrzeba pogodzenia różnych funkcji społecznych nie pozwalają zatem na zastanawianie się, trzeba działać szybko.
– Z pewnością wielu artystów tworzy w zamkniętych pracowniach i tam czuje się najlepiej. Sama uwielbiam działać w zgiełku życia codziennego, w otoczeniu córek, męża i szczekającego psa. Dzięki temu moje malarstwo wydaje mi się pełniejsze. 10-letnia córka powiedziała mi, że podziwia sposób, w jaki pracuję – robię wiele rzeczy jednocześnie. Podobnie wygląda życie bardzo wielu artystek i kobiet w ogóle. Nie mogę powiedzieć, że dziś namaluję obraz, a domem zajmę się jutro, bo w domu zawsze jest coś do zrobienia.

Pani słowa kontrastują z mitem artysty, który w przypływie weny skupia się tylko na pracy.
– Zdaję sobie sprawę, że takie podejście nie wszystkim się spodoba. Wielu woli postrzegać artystów jako ludzi niedostępnych dla odbiorców lub w taki sposób kreować swój wizerunek. Moje emocje są jednak tak silne, że nie potrzebuję dodatkowej przestrzeni ani niczego więcej do pracy. Malując, nie mam wątpliwości, nie zastanawiam się. Wiem, że skoro namalowałam plamę w danym miejscu, tak miało po prostu być. Nigdy nie wątpię w to, co robię.

Do tego potrzeba wiele pewności siebie.
– Artysta nie da sobie bez niej rady. Odkąd kreuję swoje nazwisko, nie mogę mieć wątpliwości co do tego, co tworzę. Wiele osób sądzi, że artyści powracają po latach do swoich obrazów i poprawiają je. Niektórzy tak robią. Trudno jest im sprzedawać prace, bo wciąż uważają, że są niedoskonałe. A ja nie tylko jestem pewna tego, co robię, po prostu nie mogę wrócić do rozpoczętych obrazów. Gruba warstwa farby olejnej jest po czasie nie do ruszenia.

Jak pani twórczość jest odbierana na naszym rynku sztuki? Jest na nim miejsce dla takich pewnych siebie artystów?
– Wydaje mi się, że jest go coraz więcej. Kiedy zaczynałam studia, wystawa na zakończenie roku malarstwa wyglądała tak, jakby wszystkie obrazy stworzyła jedna i ta sama osoba. Pod dyktando profesorów. Teraz nauczyciele są zdecydowanie bardziej otwarci, dają uczniom więcej swobody. Robi się coraz ciekawiej. Jednocześnie możemy zaobserwować przesyt. Mamy w Polsce zbyt wielu ludzi, którzy chcą tworzyć, zaistnieć w internecie, choć nie zawsze mają na siebie pomysł. Z czasem pewnie zostanie to zweryfikowane, uspokoi się, bo nie ma sensu, aby nagle wszyscy zostali malarzami. Ale możliwości są teraz dużo większe, nie tylko dla artystów, ale także dla obserwatorów. Dzięki sieci i nowym technologiom możemy zobaczyć dużo więcej różnorodnych prac.

Czy jako społeczeństwo stajemy się bardziej otwarci na sztukę?
– Nie do końca. Twórcom, którzy żyją w jednym, konkretnym środowisku, wydaje się, że tak jest. Dotyczy to malarzy, pisarzy, dziennikarzy, wszystkich twórców. Natomiast, powiedzmy, na typowym krakowskim osiedlu młodych rodzin, których większość ma stałą i codzienną pracę, takiego zainteresowania nie ma. Znajomi szanują i podziwiają moją pracę, ale większość z nich nie kupiłaby do domu ręcznie malowanego obrazu. Ludzie mają poczucie, że to nie jest ich świat. Łatwiej jest kupić inne dekoracje do wnętrz. Mam nadzieję, że to również się zmieni. Sama próbuję przemycić swoją wiedzę i podejście, wpłynąć na otoczenie, na moje dzieci, aby one kiedyś były otwarte na sztukę.

Fot. archiwum prywatne

Wydanie: 5/2022

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy