Aktor majsterklepka

Aktor majsterklepka

Giancarlo Giannini

Grał u Viscontiego i Coppoli, pojawił się na drodze agenta 007 i… skonstruował marynarkę, która mówi

– Jest pan jednym z najbardziej cenionych włoskich aktorów, świadczy o tym również Legend Award – nagroda przyznana na tegorocznym festiwalu filmowym Ischia Global Film&Music Fest. Jakie to uczucie być legendą?
– Kiedy otrzymałem wiadomość, że przyznano mi to wyróżnienie, pomyślałem – acha, starzeję się. Tak to jest, czas płynie, nadchodzi moment, że zaczynają cię nagradzać za całokształt kariery itp. Żartuję, z nagrodami czy bez czas płynie jednakowo, choć może nie do końca – wyróżnienia, nagrody, świadczą o tym, że jesteś doceniany, a to zawsze jest miłe. Statuetkę Legend Award cenię szczególnie, bo przecież nie każdy może być legendą, a poza tym otrzymałem ją na podneapolitańskiej wyspie, którą bardzo lubię, zresztą tak jak Neapol.

– Z tego, co wiem, w Neapolu spędził pan lata studenckie.
– Urodziłem się w La Spezia, ale rodzice przenieśli się do Neapolu, gdy miałem osiem lat. Tak więc mam wiele szkolnych wspomnień, studiowałem też w Neapolu, praktycznie dorastałem i dojrzewałem w tym mieście. W pewnym momencie zacząłem chodzić na próby amatorskiego teatru, najpierw jako widz, później otrzymałem niewielką rolę, dzięki której zrozumiałem, że scena bardzo mnie pociąga. Być może, gdybym nie mieszkał w Neapolu, moje życie potoczyłoby się inaczej. W tym mieście jest specyficzna atmosfera, jest ono bardzo teatralne, zresztą neapolitańczycy znani są ze swego nerwu aktorskiego, ja czuję się właściwie neapolitańczykiem, gdyby moi rodzice się tam nie przenieśli, być może byłbym nieśmiałym człowiekiem, bo takim byłem dzieckiem.

– Byłby pan nieśmiałym elektronikiem, bo taki jest chyba pański pierwszy zawód?
– Rzeczywiście, studiowałem elektronikę, był to wybór świadomy, bo bardzo mnie ten przedmiot interesował, do tej pory lubię poczytać fachową lekturę, jeśli tylko czas mi na to pozwala.

Z matematyką na scenie

– Podobno to pan skonstruował niezwykłą marynarkę, którą miał na sobie Robin Williams w filmie „Toys”?
– Tak, mam nawet patent, w tej chwili pracuję nad wersją dla dzieci, będzie to kurtka, która w zależności od tego, jaki ruch wykona ubrane w nią dziecko, wydaje zabawne dźwięki, mówi, wypuszcza dym i tworzy inne efekty specjalne. Pamiętam, że Robin Williams zakładał marynarkę na premiery, bardzo go to bawiło, zazwyczaj dzwonił do mnie przed wyjściem z domu i pytał, ile razy ma zgiąć ramię, żeby marynarka przemówiła po japońsku. Jako elektronik sam też naprawiam różne sprzęty, od dziecka lubiłem majsterkować, to moje hobby od momentu, gdy jako sześciolatek chodziłem na kurs modelarstwa lotniczego. To była prawdziwa szkoła życia.

– Dlaczego?
– Dzisiaj dzieci mają wszystko podane na talerzu – gry wideo, gry komputerowe. My musieliśmy zaprojektować model samolotu, wyciąć ze sklejki wszystkie elementy, zmontować je, pomalować – trzeba było to tak zrobić, żeby model latał. Modelarstwo nauczyło mnie precyzji, cierpliwości, te cechy bardzo mi się w życiu przydały. Ja zawsze powtarzam, że nauka, zwłaszcza matematyka, technika, elektronika kształcą wyobraźnię, czytając wzór: A równa się nieskończoności – musisz uciec się do fantazji, żeby zrozumieć, co te cyfry symbolizują, zupełnie jak na scenie, gdy recytujesz poezje, czy przed kamerą, kiedy wcielasz się w postać, która nie jest przecież tobą.

– Nie pomyślałabym, że wiedza techniczna może być użyteczna na scenie.
– Jak najbardziej. Na scenie czy przed kamerą pracują przecież nie tylko aktorzy, ale i operatorzy, dyrektorzy fotografii, autorzy scenografii itp. Film czy przedstawienie teatralne to praca zespołowa. Ja zawsze miałem dobre układy i doskonale rozumiałem się z ludźmi odpowiedzialnymi za zdjęcia, miałem szczęście pracować z prawdziwymi sławami, jak chociażby Vittorio Storaro, dzięki temu zrozumiałem dość szybko, że właściwe oświetlenie to połowa sukcesu, każda kwestia wypowiedziana przez aktora wymaga oprawy, sfilmowania we właściwym świetle, ujęciu. Anthony Quinn mawiał: deszcz gra za ciebie. To fakt, krople na twarzy aktora wzmagają dramaturgię jego słów. W deszczu rozegrało się tyle słynnych filmowych wyznań miłości, rozstań.

Najsłynniejszy włoski głos

– W swojej karierze zagrał pan u wielu słynnych reżyserów, od kogo się pan najwięcej nauczył?
– Myślę, że od wszystkich, u których pracowałem, czegoś się nauczyłem. Zagrałem u Viscontiego i było to dla mnie niezapomniane doświadczenie, zagrałem u Monicellego, u Coppoli, u Fassbindera, każdy z nich jest inny, inaczej traktuje aktorów, inaczej kręci. Bez wątpienia jednak, najwięcej zawdzięczam Linie Wertmüller, u niej najwięcej grałem i chyba moje najlepsze role. Zresztą „Mimi Metallurgico” i „Pasqualino Settebellezze”, nominowany do Oscara, to chyba ostatnie wielkie komedie włoskie, bardziej doceniane na Zachodzie niż u nas. Lina to wielki talent.

– A jak traktuje pan scenę teatralną, ciągle pana fascynuje?
– Ciągle i niezmiennie. Zadebiutowałem w sztukach Szekspira i nie jestem w stanie nie przyjąć szekspirowskiej roli jako 66-latek. To chyba prawdziwa miłość? Kocham też autorów włoskich jak chociażby Eduarda de Filippa.

– Jako aktor jest pan rozpoznawany nie tylko z wyglądu, ale również ze słuchu, chyba nie ma Włocha, który nie zna pańskiego głosu. Dubbingował pan Jacka Nicholsona, Ala Pacina, Dustina Hoffmana. To prawda, że Nicholson osobiście panu podziękował za użyczenie mu głosu w „Lśnieniu” („The Shinig”)?
– Prawda. To było bardzo miłe, bo raczej niespodziewane. Nie ma tego rodzaju praktyki, ale Nicholson to dżentelmen, nie mówiąc już o tym, że świetny aktor, jeden z najlepszych, to światowa czołówka. A tak w ogóle to lubię podkładanie głosu, to rodzaj teatru, aktor może się wiele nauczyć, dubbingując. Oczywiście, jeśli nie traktuje tego jako zajęcia drugorzędnego.

Bond i nekrologi

– W 2006 r. można było zobaczyć pana w roli Mathisa w filmie „Casino Royale”. To bardzo zagadkowa postać. Bohater pozytywny czy negatywny?
– Żebym ja to wiedział. Szczerze mówiąc, nie do końca zrozumiałem scenariusz i dlatego przy pierwszej okazji zapytałem producenta, czy Mathis gra na dwie strony. Problem w tym, że odpowiedział mi – jeszcze tego nie zdecydowaliśmy. Tydzień później zapytałem reżysera, czy Mathis jest dobry, czy zły i też usłyszałem, że jeszcze tego sami nie wiedzą. W końcu powiedziano mi, że jeśli zdecydują, że to postać pozytywna, to wróci w następnym odcinku, a jeśli przeciwnie, to zginie. W każdym razie ja, żeby jakoś usystematyzować sobie tę rolę, wymyśliłem, że Mathis jest szpiegiem tak dalece zakamuflowanym, że nawet on nie wie, po której stoi stronie.

– Mathis nie zginął w ostatnim „Bondzie”, co znaczy, że pojawi się pan u boku Daniela Craiga również filmie „007 – Quantum of Solace”…
– W „Casino Royale” była scena, wycięto ją, w której Bond mnie torturuje, bo podejrzewa, że gram na dwie strony. W nowej serii, na początku filmu przyjdzie do mnie z propozycją, żebym pojechał z nim do Ameryki Południowej, ponieważ wie, że znam tamtejsze kraje i realia, ja się zgodzę i tak się zacznie nasza przygoda. Nie mogę opowiedzieć całego filmu, ale mogę zdradzić, że w kolejnym na pewno Mathisa nie będzie.

– Jakie ma pan plany na najbliższą przyszłość?
– Dostałem propozycję z USA, ma to być film z Nicole Kidman i Judy Dench, nie chcę mówić o szczegółach, bo transakcja nie jest jeszcze zamknięta. W styczniu chciałbym wcielić się w rolę reżysera, w sensie dosłownym.

– Jako reżyser stawia pan chyba pierwsze kroki?
– Wyreżyserowałem jeden film, ale to było prawie 30 lat temu, więc czuję się rzeczywiście, jakbym debiutował.

– O czym będzie ten film?
– Jest to historia pary, mężczyzny i kobiety, których wzajemne relacje są bardzo konfliktowe, zawikłane. Moja rola przypomina mi czasy „Mimi Metalurgico” i „Pasqualino Settebellezze”. Jeśli nic się nie zmieni, film będzie nosił tytuł „Ti ho cercata in tutti i necrologi” („Szukałem cię we wszystkich nekrologach”). Bardzo mi zależy na tym projekcie, ponieważ jestem też współautorem scenariusza, wystąpię w ważnej roli. Jeśli film się nie spodoba publiczności, rzeczywiście będę mógł powiedzieć jak Pasqualino (z filmu „Pasqualino Settebellezze” – przyp. MB), kiedy po długim pościgu dopadła go policja: to moja wina.

_____________________________

Giancarlo Giannini, popularny aktor włoski, (ur. 1 sierpnia 1942 r. w La Spezia) – ukończył studia inżynierskie w Neapolu, a następnie uczył się w rzymskiej Accademia Nazionale. Na scenie teatralnej zadebiutował w sztuce Szekspira. Zagrał w filmach: M. Monicellego, L. Viscontiego, R. Fassbindera, F.F. Coppoli, L. Wertmüller i wielu innych. W 2001 r. wystąpił w „007
– Casino Royale”. U boku Jamesa Bonda zobaczymy go też w filmie „Quantum of Solace” (premiera 7 listopada). Giannini dubbingował znanych aktorów:
J. Nicholsona, D. Hoffmana, Ala Pacina. W 1977 r. otrzymał nominację do Oscara za pierwszoplanową rolę w filmie L. Wertmüller „Pasqualino Settebellezze”. Został pięciokrotnie nagrodzony statuetką Davida Donatella, otrzymał cztery Srebrne Taśmy, na festiwalu w Cannes w 1973 r. wyróżniono go tytułem najlepszego aktora, w 1999 r. w Los Angeles otrzymał nagrodę za całokształt kariery, Italian Film Award.

 

Wydanie: 33/2008

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy