Czas na wietrzenie szkoły – rozmowa z dr Michałem Federowiczem

Czas na wietrzenie szkoły – rozmowa z dr Michałem Federowiczem

Szkole potrzebne są otwarcie, większa dynamika, podążanie za światem, który się zmienia

Dr hab. Michał Federowicz – dyrektor Instytutu Badań Edukacyjnych. Ukończył studia socjologiczne w Instytucie Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego, a wcześniej na Politechnice Warszawskiej na Wydziale Mechaniki Precyzyjnej. Od 1984 r. związany z Instytutem Filozofii i Socjologii PAN, stypendysta Fundacji Kościuszkowskiej w Cornell University i na Harvardzie. Od 1999 r. koordynuje polską część międzynarodowego programu badawczego PISA. W 2005 r. utworzył Zespół Interdyscyplinarnych Studiów nad Edukacją IFiS PAN, w roku 2008 uczestniczył w pracach Ministerstwa Edukacji Narodowej nad nową podstawą programową kształcenia ogólnego.
Panie dyrektorze, co się dzieje z zawodem nauczyciela?
– Dzieje się jak z każdym innym zawodem. Jest i dobrze, i niedobrze.
Zaskakująco stoicka teza, biorąc pod uwagę to, co się o nim mówi.
– To jest zawód dość powszechny, w związku z tym każdy ma jakieś zdanie, ale dominują stereotypy.
Jeden z tych stereotypów dotyczy niskiego poziomu szkoły. A skoro szkoła ma niski poziom, to przede wszystkim niski musi być poziom jej głównych pracowników, czyli nauczycieli.
– Właściwie nie potrafię wskazać przyczyn takiego stereotypu. Polscy nauczyciele wyróżniają się dużą wiedzą ze swojej dziedziny. Jest to stwierdzone ponad wszelką wątpliwość. Taka jest nasza tradycja kształcenia nauczycieli, z pokolenia na pokolenie. Z pewnymi kosztami, ale mocną stroną tego modelu jest gruntowna wiedza przedmiotowa.
Dydaktyka
na marginesie
Mówi się, że nie potrafią przekazać tej wiedzy. Że są uczeni ględzenia, a nie uczenia.
– To realny problem i taki jest właśnie ten koszt naszej tradycji akademickiej kształcenia nauczycieli. Balans pomiędzy umiejętnościami merytorycznymi i dydaktycznymi jest trudny do osiągnięcia. O ile możemy się szczycić dobrym przygotowaniem merytorycznym, o tyle odbywa się to kosztem spychania na drugi plan dydaktyki przedmiotowej.
Nie można nauczycieli porządnie nauczyć jednego i drugiego?
– Coś za coś, bo to walka o godziny w programie studiów. A także kwestia rozwoju zawodowego kadry akademickiej, która zajmuje się dydaktykami przedmiotowymi. Szalenie ważny problem. W tradycji akademickiej rozwój dydaktyk danego przedmiotu traktuje się marginalnie, więc ta część środowisk akademickich, która jest tym autentycznie zainteresowana, znajduje się na marginesie. Nie ma klarownej ścieżki rozwoju akademickiego, robienia stopni naukowych – doktoratu, habilitacji, profesury – w zakresie dydaktyki danego przedmiotu. To spycha się na pedagogów, a ci chętniej zajmują się teorią wychowania. Znam wziętych dydaktyków matematyki, którzy, nie mając w Polsce klarownej ścieżki rozwoju zawodowego, jeżdżą za granicę robić habilitację. Wielu innych po prostu tej habilitacji nie zrobiło, nie może więc promować następców. Do tego na uczelniach stanowczo za mało się prowadzi badań nad samą dydaktyką, nad metodami nauczania danego przedmiotu. Praktycznej strony kształcenia dydaktyki adepci zawodu mają mało, bo mało jest badań, a badań jest mało, bo władze uczelni często widzą priorytety gdzie indziej.
A ponieważ psycholodzy alarmują, że do szkół trafiła generacja nieustannie bombardowana bodźcami, nieprzywykła do siedzenia cicho na miejscu, problem jest tym bardziej palący.
– I młody nauczyciel staje osłupiały, że trzy czwarte jego czasu i energii idzie na opanowanie tej sytuacji, a nie na przedmiot. Problem nie jest nowy, a to, że jego rozwiązanie idzie nam tak chropawo, wynika z zaśniedziałości środowisk akademickich. Wrzucam tutaj kamyk do własnego ogródka, więc o tyle łatwiej mi to mówić. Rzecz polega na tym, że zmieniają się świat, otoczenie społeczne i zakres bodźców, więc zmienia się też ten młody człowiek, co kilka lat poddany innemu zestawowi bodźców zewnętrznych. Za tym musi nadążać refleksja nad metodami pracy z młodymi ludźmi, ugruntowana w badaniach empirycznych. Z trudem przebija się to do świata akademickiego. Bardzo mało jest tam ludzi, którzy zdają sobie sprawę z tego, jak ważny jest rozwój dydaktyk przedmiotowych. Próbuje się to zmieniać – są nowe standardy kształcenia nauczycieli, gdzie większy nacisk położono na stronę praktyczną, na splatanie programowe praktyk szkolnych i kursów teoretycznych w zakresie pedagogiki, psychologii i dydaktyk przedmiotowych. Idzie to w dobrą stronę, ale mozolnie. Uczelnie są autonomiczne, same układają swoje programy, priorytetami są dla nich badania rozwojowe w ich głównych dziedzinach. Mało kto ma świadomość, że w badania z zakresu dydaktyk konkretnych przedmiotów trzeba poważnie zainwestować.
Dyrektor liderem
Tyle się mówi teraz o ściąganiu na uczelnię praktyków. Nie można by do ich grona zaliczyć nauczycieli z sukcesami?
– To jest tzw. instytucja mentora i mogłaby ona być mocniej ugruntowana. Mentor to nauczyciel, który staje się opiekunem studenta, adepta zawodu nauczycielskiego, skierowanego przez uczelnię do szkoły na praktyki. Ci mentorzy po jakiejś weryfikacji uczelnianej mogliby dostawać część godzin nauczania. Przy okazji zyskaliby dodatkowe źródło zarobkowania, prowadząc zajęcia w murach uczelni. Ale jak pan to zrobi, żeby kadra akademicka oddała część swoich godzin ludziom z zewnątrz? To byłoby jak marzenie, żeby te dwa światy się przenikały. Musiałby być też jakiś zdrowy mechanizm wyłaniania najlepszych – jeśli taki mentor się sprawdza, jeśli studenci do niego chodzą, głosują na niego nogami, powinien dostać rozszerzoną ofertę, a kiedy nie chodzą, nie przedłuża się z nim kontraktu.
Problemy z agresją pokazały, że nauczycieli nie uczy się także, jak wychowywać.
– To też kwestia praktycznego potraktowania przedmiotów z zakresu pedagogiki i psychologii. Potrzebny jest praktyczny arsenał działań, np. radzenia sobie z grupą, pracy w małych grupach, zagospodarowania indywidualności w relacji z innymi członkami grupy itp. Takie wytrychy nauczyciel musi chałupniczo wypracowywać sam albo podpatrywać kolegów, a jeśli się nie da, machnie ręką i da spokój. Potrzeba więcej zajęć warsztatowych sprzęgających szkołę z uczelnią, ale znowu wracamy do programu kształcenia na uczelniach.
Kiedy pisałem tekst o agresji w szkole, rozmówcy przekonywali mnie, że to słabość natury systemowej – że szkoła jako miejsce pracy zniechęca do współdziałania, wymiany myśli i trosk.
– Brakuje bardziej dynamicznej struktury wewnątrz szkoły. Takiej, która pozwalałaby wyłaniać autorytety i okresowo dawać im wyższą pozycję w hierarchii. Na rok, dwa, trzy, bo to ciągle się zmienia, a też jest trudne i absorbujące, wymaga dodatkowego wysiłku. Jeśli nauczyciel miałby fantastyczny pomysł, np. na zajęcia filmowe, które łagodzą różne problemy wychowawcze, zostawałby na jakiś czas liderem takiego działania, a inni mogliby z nim współpracować, rozwijając ten pomysł. To jest coś, o co chcielibyśmy się starać – wprowadzanie nowocześnie pojmowanego leadershipu, przywództwa. Nie tradycyjnego, gdzie jeden mówi, a reszta słucha, ale przywództwa uczestniczącego, takiego, które uprawomocnia podwładnych. W takim kierunku powinna iść szkoła.
Więcej powietrza
Nie wyobrażam sobie, żeby nauczyciel poszedł do dyrektora po poradę, bo nie radzi sobie w jakiejś sprawie.
– Znam takich dyrektorów szkół. Potwierdzają to również badania. To nie jest mainstream, ale też nie margines. Są dyrektorzy, którzy zatrudniając młodego człowieka, czują się za niego odpowiedzialni. Do nich ten młody człowiek zawsze może pójść i powiedzieć: „Mam z tym problem”, nie narażając się na powierzchowną krytykę. I otrzyma autentyczne wsparcie oraz zrozumienie, bez obawy o swój los. Czasem takie wsparcie polega po prostu na wysłuchaniu, bo jeśli nauczyciel wypowie, co mu leży na sercu, już w trakcie mówienia zdąży sobie to wszystko poukładać na nowo. Nowoczesne przywództwo jest krokiem w stronę innego dużego zagadnienia, które nam leży na sercu – otwarcia zawodu nauczyciela.
To znaczy?
– Sensem tego hasła jest sprawienie, żeby nauczyciele starali się zobaczyć swoją szansę w innych zawodach. Ma to zresztą związek z kwestią prestiżu zawodowego. Proszę się zastanowić np. nad praktyką nauczycielską w kontakcie z rodzicami – do każdego trzeba podejść trochę inaczej. To niesłychana paleta doświadczeń, tzw. kompetencje miękkie, bardzo poszukiwane przez pracodawców. Jeśli nauczyciele zaczęliby patrzeć na swój zawód od innej strony, uznając, że była to pewna przygoda życiowa, ale już mam troszkę dosyć i szukam szczęścia gdzie indziej, oceniam więc, jakimi umiejętnościami dysponuję, a o jakie kompetencje warto je uzupełnić, to kwestia zawodu nauczyciela stanęłaby w innym świetle. Byłby taki model: mogę sobie zostawić jakieś godziny w szkole, ale mam akceptację społeczną i swojego środowiska na szukanie czegoś gdzie indziej. Zacząłby się wówczas większy ruch w zawodzie nauczycielskim – to jest esencja otwarcia. Wielu ludzi wracałoby wtedy do szkół z głowami pełnymi nowych idei. To naprawdę zbudowałoby prestiż zawodu: poradziłem sobie gdzie indziej; co mi tu opowiadacie, ja wiem, na czym polega biznes, ale moją pasją jest uczenie i powiem uczniom, o co naprawdę chodzi.
Mój najlepszy anglista w szkole tylko dorabiał. Główne źródła utrzymania miał poza szkołą.
– To przywilej anglistów. Chodzi o mechanizm odwrotny, że fizyk, który strawił życie na przekładaniu skomplikowanej wizji świata na przyswajalny w szkole model, umie sobie wyobrazić siebie w różnych konfiguracjach i podejmuje taki wysiłek. Nie zgadzam się ze stereotypem, że coś takiego musi zrobić państwo. Żaden program rządowy tego nie zrobi za ludzi. To też po trosze zadanie dla dyrektorów, którzy mogliby mówić nauczycielom: mamy niż, każdego z was chciałbym uszczęśliwić, ale zobaczcie – tu jest mój kolega z innej branży, pogadajcie z nim, ja was zawsze przyjmę z powrotem na jakieś godziny. Dać im podstawy funkcjonowania, ułatwić przejście, ale jednocześnie powiedzieć, że trzeba ruszyć głową w inną stronę.
Ciekawe podejście do alternatywy zawodowej dla nauczycieli.
– Niestety, faktem jest, że młodzież nam topnieje, ale otwarcie zawodu nauczyciela powinno też pójść w drugą stronę – stwarzania możliwości uprawiania zawodu przez ludzi, którzy przez większość kariery nie byli związani ze szkołą. Coś takiego zrobiłoby ruch w tym zawodzie. Stabilizacja od strony utwierdzenia statusu nauczyciela i gwarantowania bezpieczeństwa pracy to model sprzed wielu pokoleń, zresztą nie tylko w Polsce, który mści się brakiem bodźców rozwojowych. Tego dłużej nie da się obronić. Zmiana takiego stanu rzeczy to sposób na nowoczesną szkołę, bardziej zintegrowaną z otoczeniem. Część tych ludzi wróci do szkoły z nowymi pomysłami, potrzebny jest przepływ w obie strony, od i do zawodu. Zawód nauczyciela jest bardzo ważny i dlatego właśnie powinien być otwarty na bodźce zewnętrzne.
Nauczyciel w marketingu?
Cieszę się, że jest pan optymistą, jeśli chodzi o szanse nauczycieli w biznesie. Ciekawe, czy otoczenie biznesowe podziela pański entuzjazm dla belfrów w marketingu.
– Prawie 100% nauczycieli ma wykształcenie wyższe, i to niezłe. To też jest kwestia wydobycia na światło dzienne wspomnianych umiejętności miękkich, które dla biznesu są jak tlen. Po stronie nauczycieli to zmierzenie się z prestiżem zawodu: uprawiam prestiżowy zawód, więc jak miałbym teraz się zająć np. zachęcaniem do kupienia jakiegoś produktu, robić karierę w zupełnie innej hierarchii organizacyjnej? To trudne, ale proszę mi wierzyć, znam polonistki genialnie radzące sobie w marketingu, do każdego mają inny kluczyk.
Chyba każdy, kto opuścił mury szkoły, pamięta nauczycieli,
którym już nic się nie chciało.
Co z nimi?
– Tu nie można pobłażać, młode pokolenie to za duża stawka. Tacy ludzie stanowią bardzo niewielki procent, który jednak przez swoją trwałość psuje opinię zawodu. Pojedyncze przypadki, ale nie do ruszenia. Zgodnie z obecnym prawem zwolnić nauczyciela można, ale w praktyce okazuje się to trudne. To też jest element otwarcia zawodu. Jeśli jest, powiedzmy, 5% nauczycieli trudnych do zaakceptowania, powinni szkołę opuścić. Z drugiej strony, jest trzon ludzi dojrzałych, którzy będą chcieli stabilności, i ich można namawiać, żeby szukali rozwiązań, które dadzą im nowe możliwości. Gdyby szkołę opuścili ci wypaleni, trzon zobaczył, że ma jakieś inne szanse i stał się bardziej mobilny, doszli młodzi zapaleńcy, a takich nie brakuje, i to również wiemy z badań, a do tego ten pomysł na nowoczes-
ne przywództwo – zapewne zyskałby i prestiż nauczyciela, i dynamizm szkoły, no i przede wszystkim uczeń.
Od czasu do czasu pojawia się teza o tym, że motywacja finansowa zachęciłaby do pracy.
– Najpierw praca, później płaca. Oczywiście ważne jest, żeby nauczyciel utrzymywał się na przyzwoitym poziomie, choć nie jest tak tragicznie, jak było siedem-osiem lat temu, ale nie łudźmy się, że motywacją finansową możemy zdynamizować system. A nam chodzi o otwarcie, o większą dynamikę, podążanie za światem, który się zmienia, czy tego się chce czy nie. Pieniądze mają to do siebie, że zawsze ich brakuje, w każdym systemie i pod każdą szerokością geograficzną, cała sztuka polega na tym, żeby inaczej skonfigurować środki, którymi dysponujemy.
Czy ogólnie jest jeszcze nadzieja dla polskiej szkoły, wbrew stereotypom i powracającym doniesieniom, że jest coraz gorzej?
– Nadzieja? Znacznie więcej niż tylko nadzieja. To wielki okręt, który zmierza w dobrą stronę.
Kuba Kapiszewski
Wydanie: 36/2012

Kategorie: Wywiady

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy