Czego brakuje w polskim kinie po śmierci Kieślowskiego?

Czego brakuje w polskim kinie po śmierci Kieślowskiego?

Kazimierz Kutz, reżyser, wicemarszałek Senatu
Najprościej mówiąc, brakuje jego postawy obywatelskiej. On był blisko rzeczywistości, w której żył, blisko ludzi. Miał w sobie jakieś apostolskie znamię. Filmy stają się z czasem bytem niezależnym od reżysera, a życie toczy się swoim rytmem. To, co dziś może się nie podobać, za 10 lat bywa odkrywane na nowo. U Kieślowskiego na pewno będzie wartością to, że był w ludziach, że poruszał się w tym ich, w tym naszym marnym świecie.

Janusz Kijowski, reżyser
Jako artysta miał różne oblicza. Pamiętam go jako wspaniałego dokumentalistę, wrażliwego na rzeczywistość, odważnego reżysera, który nie bał się wchodzić z kamerą do szarej, ponurej rzeczywistości. Jego ostatnie filmy we współpracy z Krzysztofem Piesiewiczem pokazywały zmęczonego rzeczywistością człowieka, który szuka swojej drogi w egzystencjalnych zakamarkach duszy bohaterów. Wszystko to składa się na bardzo ciekawy obraz reżysera, mojego przyjaciela. Czy dziś byłby słuchany? Sądzę, że umiarkowanie. Sam zapowiadał wcześniej, że się wycofa. Może pisałby eseje i z goryczą obserwował ewolucję polskiego i europejskiego kina, bo nie tylko u nas jest kryzys. Kino poszybowało w kierunku taniej rozrywki, kiczowatej i obliczonej na 14-letnich pożeraczy popcornu. Czy próbowałby się przebijać i robić swoje? Może pracowałby we Francji, bo tam uzyskał silną pozycję artystyczną, a trzymałby się z dala od naszego piekiełka. Nie bardzo sobie go wyobrażam w polskim pejzażu filmu wyjałowionego. Obserwując go w ostatnich latach życia, pełnego goryczy i sceptycyzmu i kurczącego się potencjału energii, którą promieniował, gdy tworzył swoje filmy wpisane w kino moralnego niepokoju. Był artystą zmęczonym, pogodzonym z bezradnością. Nawet jego europejski sukces był podszyty goryczą. Co innego miał do powiedzenia, niż to zostało odczytane. Wpisanie go w metafizykę parareligijną było np. zafałszowaniem jego intencji. Był głęboko wierzącym agnostykiem, w laickiej etyce szukał źródeł wartości humanistycznych. Nie sądzę, by mu się podobało zaszufladkowanie go jako misjonarza końca XX w. Brakuje nam go, bo był ostatnim twórcą filmowym, który wytyczał jakiś szlak, mimo że został opuszczony i przez młodych i rówieśników. Ale kiedy odszedł, ten jego szlak zarósł trawą. Nadal jakoś odwołuję się do rozmów, które z nim przeprowadziłem, i do kłótni czy sporów. Sam straciłem wiarę w możliwość odbudowania polskiej kinematografii na tradycji do szkoły kina moralnego niepokoju, a z drugiej strony, na wartościach naszej tożsamości i aspiracji.

Jerzy Stuhr, aktor, reżyser
Na pewno brakuje pewnego typu bohatera, którego Kieślowski wybierał zawsze spośród szerokiej gamy przedstawicieli społeczeństwa. Sam zauważyłem, że nikt nie robi bohaterem swoich filmów murarza, a ja takiego grałem w filmie „Spokój”, zaopatrzeniowca („Amator”), fryzjera („Biały”). On wybierał zawsze jednego z nas, gdy tymczasem dziś bohaterami są menele, policjanci, reaserczerzy, copywriterzy, choć inni ludzie chodzą po ulicy. Kieślowski koncentrował uwagę na tym, by bohater był jednym z nas, by widz mógł się w nim odbić. „Trzy kolory” były bardziej wysublimowane, ale opowiadały o innych krajach, natomiast „Biały” dział się w Polsce. Na pewno dziś brakuje odwagi w wyborze bohatera i jego socjalnego obwarowania, skąd pochodzi. Brakuje miłości do tego człowieka, do jego słabości i zmagań, brakuje tematów metafizycznych, do których zawsze miał skłonności. Teraz mamy rosnącą jego legendę. Kiedy się jeździ po Polsce i świecie z jego filmami, widać rosnące zainteresowanie młodzieży sposobem myślenia tego reżysera. Sądzę, że jego czas byłby dzisiaj. Ludzie bardzo chcą, by ktoś o ich duchowości opowiedział, mają z tym widocznie kłopoty. Potrzebują opowieści o tajemnicy istnienia. Nie mogę zrozumieć wojny krytyków, którzy najpierw nim pogardzali – co strasznie go bolało – a potem przerodzili się w apologetów. Oni wiedzą, co Kieślowski chciał powiedzieć, ale zapominają, jak go traktowali, jak mówili, że „Dekalog” jest jednym z gorszych seriali w polskiej telewizji. Ale naród to oglądał i poznawał trochę prawdy o sobie.

Filip Bajon, reżyser
Kino Kieślowskiego wcale się nie zestarzało. Te filmy będą żyły długo, bo dzisiaj bardzo nam brakuje głębokiej refleksji moralnej i ostrego widzenia rzeczywistości. Brakuje także tak charakterystycznej dla Kieślowskiego próby zmetaforyzowania naszej współczesności. Teraz byłby dobry czas dla tego typu twórczości i z pewnością oceniana byłaby ona bardzo wysoko. Oczywiście bardzo nam brakuje samego Kieślowskiego.

Tadeusz Sobolewski, krytyk filmowy
Dla Kieślowskiego kino nie było celem samym w sobie. Było częścią jego programu życiowego, poznawania świata, człowieka, siebie. Jeśli czegoś brakuje polskiemu kinu po Kieślowskim, to właśnie tej powagi, z jaką traktuje się kino. Myślę, że kino Kieślowskiego, zarówno to wczesne, jak i późne, nic się nie zestarzało. Krytyka polska, kiedyś bardzo obciążona szkolnym dydaktyzmem i ideologią społeczną, dziś lepiej oceniałaby jego ostatnie filmy, mówiące nie o problemach społecznych, lecz o uczuciach.

Zdzisław Pietrasik, publicysta, krytyk filmowy
Brakuje nam tonu serio. Kino światowe się zmieniło. Ostatnie Oscary pokazały, że produkcję dla szeregowego widza zdominował nurt rozrywkowy, ale kino spoważniało. W nurcie egzystencjalnym Kieślowski świetnie by się odnalazł w tych czasach. Ciągle ma swoich naśladowców, wciąż spotyka się za granicą filmy w stylu Kieślowskiego, mówiące o głębi, o sprawach ponaddoczesnych. Ten nurt po jego śmierci jest obecny, jednak gdy był obecny w Polsce, chyba lepiej, że wcześnie z tej naszej rzeczywistości uciekł. Gdy wrócił z „Trzema kolorami”, „Dekalogiem”, z pytaniami, czy jest Bóg, grzech, przeznaczenie, to my wtedy się urządzaliśmy, bo pojawiły się ładne kafelki i ciuchy. Ludzie malowali mieszkania i nie zastanawiali się, czy jest zbawienie, czy jest grzech. Teraz jego myśl bardziej by nam pasowała, bo zbliżamy się do momentu, w jakim były wtedy społeczeństwa zachodnie. Teraz także krytyka by go oceniała lepiej. Ja miałem wtedy do niego wiele zastrzeżeń, lubiłem pierwsze jego filmy, surowe, niedorobione. Później wydawał mi się zbyt piękny, konfekcyjny. Krytyka chwaliłaby go bardziej niż wówczas, tylko jak byłoby z frekwencją? Jest publiczność młoda, inteligentna, która pochłania nawet rzeczy gorsze, ale widz masowy by tego nie przyjął. Kiedy się obejrzy „Ja wam pokażę”, a widziało to już 1,5 mln ludzi, to ręce opadają. Multikina wychowały takiego widza i to jest smutne. Szkoda, że go nie ma. Kieślowski w ostatniej fazie uzyskał świetną formę, mimo słów krytyki dostrzegałem też, że jego filmy był świetnie, po mistrzowsku zrobione.

 

 

Wydanie: 11/2006

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy