Czego powinna się wstydzić Polska międzywojenna? – rozmowa z prof. Andrzejem Garlickim

Czego powinna się wstydzić Polska międzywojenna? – rozmowa z prof. Andrzejem Garlickim

W II RP zarówno prawica, jak i sanacja uznały model demokratyczny za nieskuteczny i odrzuciły go Rozmawia Paweł Dybicz Panie profesorze, dlaczego w świadomości społecznej II Rzeczpospolita jest słabo osadzona, a jeżeli już coś się o niej wie, uznaje się ją za państwo normalne? – Zasób wiadomości o Polsce międzywojennej w porównaniu z innymi okresami nie wyróżnia się ani na plus, ani na minus. Jest ona mniej więcej tak samo znana jak inne epoki. A raczej mało znana. Tak samo sprowadza się do ogólnych haseł jak nasza świadomość wieku XVII, XVIII czy XIX. Może trochę więcej wiemy o historii najnowszej, ale świadomość historyczna jest wśród Polaków raczej marna. Ale żyją jeszcze przecież dziadkowie, pradziadkowie, którzy pamiętają międzywojnie. – Stan wiedzy o przeszłości jest pochodną nie tylko tego, że młodzież nie jest taką grupą społeczną, która koniecznie by siedziała u stóp pradziadka i wysłuchiwała, co on ma do powiedzenia na temat przeszłości. Dodajmy, że współczesne elity kulturalne nie mogą się równać z tymi z okresu 20-lecia międzywojennego. Tamta elita miała niewątpliwie większą świadomość historyczną niż obecna. Był pewien kod kulturowy, do którego należała znajomość chociażby dzieł trzech wieszczów. Dzisiaj generalnie inteligencja powiedziałaby może coś z „Pana Tadeusza” i to wszystko. Kto czyta dzisiaj Słowackiego? A taki Piłsudski cały był nim przesiąknięty, myślał nim. Kto dzisiaj myśli wieszczami? Nikt. Niektórzy marni publicyści usiłują udawać, że myślą Norwidem czy Herbertem. Albo Miłoszem. – Ale to jest udawane i nieprawdziwe. W przeciwieństwie do pokolenia II RP następne generacje zatracały kod kulturowy, w tym kod historyczny. WZÓR DEMOKRACJI? Podobnie jak ostrość widzenia II RP? – Z prostej przyczyny: II RP była dla Polaków powojennych pewnym wzorcem, postrzegano ją jako państwo, które odzyskało niepodległość w mniejszym lub większym stopniu dzięki własnej aktywności i oczywiście dzięki splotowi korzystnych warunków zewnętrznych. To państwo istniało 20 lat, zostało najechane i rozebrane przez sąsiadów. I wszystko, co potem się wydarzyło, było konsekwencją tego rozbioru. Polska Ludowa nie była państwem w pełni suwerennym. Polakom powojennym, oczywiście tu generalizuję, okres 20-lecia jawił się jako demokracja idealna. To miało dużą siłę ideologiczną i w jakimś sensie było potrzebne temu narodowi. Kiedy odzyskiwaliśmy niepodległość w 1989 r., do czego mieliśmy nawiązywać? Do Rzeczypospolitej szlacheckiej? Jeżeli do II RP, to następował naturalny proces jej idealizacji, bo nie można się odwoływać do tego, co ma tyle brudu na sobie. Uznawanie II RP za wzór demokracji to chyba duża przesada. – Owszem. II RP była państwem krótkotrwałej demokracji. Trzeba sobie jasno powiedzieć, ten demokratyczny eksperyment nie powiódł się, bo ile czasu trwała wtedy demokracja? Zależy, jak liczyć, ale góra siedem lat. – Licząc najoptymistyczniej, czyli lata 1919-1926, przy czym po drodze, w 1922 r., zamordowany został prezydent Rzeczypospolitej. Zawsze można powiedzieć, że to był czyn szaleńca, ale szaleńca, który był prowadzony do tego przez nagonkę prasy endeckiej. Mniejszość wybrała nam prezydenta – głoszono po wyborze Gabriela Narutowicza. – Zawada, zapora – takich słów używano. Takie były tytuły w prasie endeckiej. Od 1926 r. następuje koniec demokracji, a w wyniku krwawego przewrotu zginęło 379 żołnierzy i cywilów, a rannych było 920 osób. Po II wojnie światowej nie mieliśmy w Polsce – poza walkami ze zbrojnym podziemiem, ale to jest coś innego – takich wydarzeń, z Grudniem ‘70 włącznie, gdzie w walkach zginęło prawie 400 osób. Przewrót majowy złamał kręgosłup demokracji, ponieważ przekreślił jej podstawowy element, a mianowicie, że społeczeństwo może zmienić władzę. Społeczeństwo mogło obalić rząd, ale nie władzę. W dodatku proces odchodzenia od demokracji postępował w kolejnych latach. Takimi wyraźnymi sygnałami były Brześć, aresztowanie czołówki posłów opozycyjnych, potem Bereza Kartuska, a po drodze strajki chłopskie i robotnicze. Później to, co się działo na uczelniach, ONR-owcy itd. Wreszcie konstytucja z 1935 r., która wyeliminowała całkowicie pozory demokracji, gdyż eliminowała partie polityczne w wyborach. My, Polacy, przeszliśmy nad zamachem majowym do porządku dziennego, ale trzeba sobie powiedzieć, że w praworządnym, normalnym państwie jego sprawcy stanęliby przed sądem. – Gdyby przegrali… A może stanęliby też przed plutonem egzekucyjnym? – Postawienie Piłsudskiego przed nim nie było możliwe

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 2011, 45/2011

Kategorie: Historia