Czekając na wyjaśnienie

Czekając na wyjaśnienie

Liberum veto

W bardzo ważnym tekście pt. „Jacka Kuronia pytania o Polskę” („Przegląd”, 7.01.br.) Mieczysław F. Rakowski napisał: „Być może ówcześni czołowi przywódcy „S” (mam na myśli przede wszystkim polityków tej klasy co Jacek Kuroń, Bronisław Geremek, Tadeusz Mazowiecki i Adam Michnik) są w stanie wyjaśnić, jak to się stało, że po 1989 roku porzucili swoją wizję Polski samorządnej i praworządnej, sprawiedliwej, z podmiotową rolą w państwie ludzi pracy najemnej. Co było przyczyną, że stali się orędownikami budowy kapitalizmu w Polsce…”.
Nie wiem, czy wywołani do tablicy udzielą postulowanych wyjaśnień, a ponadto nie jestem pewna, czy są najwłaściwszym adresatem takich oczekiwań. Mieczysław F. Rakowski jest wybitnym politykiem i publicystą, którego darzyłam i darzę szczerym szacunkiem, nie jest jednak socjologiem ani psychologiem społecznym. Tymczasem moim skromnym i może mylnym zdaniem, sytuacja na polskiej scenie politycznej wymagałaby pogłębionej analizy właśnie ze strony możliwie obiektywnych obserwatorów, dysponujących rzetelną wiedzą z zakresu socjologii i psychologii społecznej, a także własnymi, oryginalnymi przemyśleniami.
Sęk w tym, że takich obserwatorów u nas chyba nie dostaje. Na tę sytuację złożyły się dwa różne powody.
Po pierwsze, nauki o człowieku za czasów „komuny” miały znacznie bardziej utrudniony rozwój twórczy niż inne dziedziny badań, a także niż różne rodzaje działalności artystycznej. Po 1956 roku nauki ścisłe i doświadczalne w zasadzie nie były narażone na interwencję cenzora, a sztuka – jak słusznie zauważył Gombrowicz – jest domeną metafory i dlatego nieźle radzi sobie z reżimami autorytarnymi: od czegóż jest „mowa ezopowa”! Nauki humanistyczne natomiast, pozostając pod nadzorem cenzury, były jak tancerki w kajdanach…
Po drugie, swoisty charakter naszej humanistyki wiąże się (moim zdaniem) z rodowodem społecznym większości uprawiających ją osób. Zwłaszcza socjologia i psychologia społeczna były i w dużej mierze pozostają „terenem łowieckim” tradycyjnych („prawdziwych”) inteligentów, „panów” od pokoleń związanych z miastem, co z natury rzeczy zawęża horyzonty.
Znamienny jest tu kazus znakomitego psychiatry-humanisty, przedwcześnie zmarłego Antoniego Kępińskiego (1918-1972). W swej ostatniej książce pt. „Psychopatie” Kępiński postawił fundamentalną tezę, że w Polsce występują dwa typy nerwic społecznych: „pańska” histeria oraz „chłopska” psychastenia (neurastenia). Zauważywszy to zjawisko (chwała mu za to), Kępiński opatrzył je takim oto komentarzem:
„Ten dziwny rozkład naszego społeczeństwa na ludzi, którzy gadają, i na tych, którzy pracują, utrzymuje się przez wieki mimo zmian warunków życia, zmian ekonomicznych i ustrojowych (…). Może model ten zapewnia pewnego rodzaju równowagę społeczną: jedni pracują, drudzy błyszczą i gadają” (podkreślenie moje – A.T.).
Z tej wypowiedzi wynika, że intelektualista tak znakomity, wrażliwy i rzetelny jak Kępiński uznawał za czynnik równowagi społecznej podział, który jest rezultatem drastycznego naruszenia równowagi między szlachtą a chłopami, podział, którego trwanie z natury rzeczy pociąga za sobą zgubne skutki.
Zacytowana opinia szczególnie zaskakuje w kontekście nakreślonej przez Kępińskiego podobizny histeryka:
„Histeryk robi wszystko jakby na pokaz, afiszuje się, wszystko u niego jest jakby o pół tonu wyżej (…). Możliwe też, że typowa dla histeryków teatralna przesada wywodzi się również z tkwiącego w nich głęboko poczucia nieprawdziwości, nieautentyczności (…). W histerii i w hipnozie w sposób nieraz drastyczny ujawnia się zmienność człowieka (…). Świadomość histeryka jest płytka i obejmuje niewielką przestrzeń życia psychicznego (…). Histeryk nie czuje się pewny swojej hierarchii wartości… dlatego tak rozpaczliwie szuka aprobaty otoczenia (…). Dla aplauzu otoczenia gotów jest swe życie poświęcić; brawurowa odwaga w obliczu śmierci jest cechą nierzadko u histeryków spotykaną”.
Krótko mówiąc, histeryk – także jako polityk – jest swego rodzaju aktorem, dla którego liczy się nie hierarchia wartości, nie poglądy, tylko występowanie i zdobywanie aplauzu – ze strony najbliższego środowiska, szerszych kręgów własnego społeczeństwa, liczących się kół zagranicznych.
Jestem zawodowym tłumaczem, poniekąd dziennikarzem, zaś uprzejmi określają mnie czasami jako eseistkę. To brzmi dumnie, warto jednak pamiętać, że termin ten wywodzi się od francuskiego słowa essai – próba. Eseista to zazwyczaj dyletant podejmujący próby wyjaśnienia problemów, przed którymi cofają się ostrożni i odpowiedzialni zawodowcy.
Mieczysław F. Rakowski postawił trudne pytanie politykom, ja spróbuję odpowiedzieć na nie z perspektywy kibica polityków, odwołującego się do własnych doświadczeń.
Mając „od zawsze” poglądy centrolewicowe, nie należałam nigdy do żadnej partii politycznej i nie przyłączyłam się do „Solidarności”. Nie z oporów przed demokracją i nie ze strachu: w środowiskach, w których funkcjonowałam i funkcjonuję, akces do tego masowego ruchu społecznego niczym nie groził. Moja powściągliwość wynikała głownie z nieufnego stosunku do grona doradców, z których wielu (nie wszyscy!) w moim odczuciu zachowywało się z przesadą i efekciarstwem właściwym osobowościom histerycznym. Odnosiłam wrażenie, że większości z nich nie chodziło tak naprawdę o interesy robotników, a już zwłaszcza chłopów, lecz przede wszystkim o zagranie jednej z głównych ról na politycznej scenie – pod coraz to inną publikę, w tym zagraniczną.
Może jestem niesprawiedliwa, ale czy w przeciwnym razie możliwe byłoby tak rychłe i tak drastyczne odejście od głoszonych haseł? Od „socjalizmu bez wypaczeń”?…
Rzecz znamienna, że z czynnej polityki po krótkim epizodzie wycofał się człowiek, który z nawiązką dowiódł, że traktuje poważnie swe przekonania: KAROL MODZELEWSKI.
Ciekawe, jak ten właśnie uczony i działacz (w najlepszym sensie tego słowa) odpowiedziałby na pytania M.F. Rakowskiego? Może odpowie…
13.01.2002 r.

 

Wydanie: 4/2002

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy