Od czerwonej strefy do lockdownu

Od czerwonej strefy do lockdownu

Szef włoskiej obrony cywilnej stwierdził, że na jednego oficjalnie chorego może przypadać dziesięciu niezdiagnozowanych

Korespondencja z Włoch

Tegoroczny Dzień Kobiet zapamiętam do końca życia. Poszłam na obiad do restauracji. Po raz ostatni. W Rzymie mieliśmy prawie letnią pogodę. Ostatni turyści zwiedzali miasto. Na ulicach było jednak pełno ludzi. W restauracji też, choć wprowadzono już dystans jednego metra pomiędzy stolikami i zakazano witania się. Wybrałam stolik na zewnątrz, aby nie wchodzić do pomieszczenia, gdzie gromadzą się ludzie. Właściciel restauracji podał mi rękę jak zwykle, mimo zakazu. Później przez dwa tygodnie przy każdym kaszlnięciu z powodu alergii na kurz myślałam o tym, że przecież tego dnia podawał ją wszystkim, i mierzyłam temperaturę.

Tego 8 marca premier Giuseppe Conte podpisał dekret rozszerzający czerwoną strefę na całą Lombardię oraz na 11 innych włoskich prowincji (Modena, Parma, Piacenza, Reggio Emilia, Rimini, Pesaro i Urbino, Wenecja, Padwa, Treviso, Asti oraz Aleksandria). Martwiłam się, że znajomi nie wiadomo jak długo będą musieli żyć w izolacji. Oglądając tego dnia w wiadomościach wielką manifestację z okazji Dnia Kobiet w Madrycie, pomyślałam: „Przecież powinni byli ją odwołać”. Wiele osób mówiło wtedy jeszcze: „Bez paniki, to tylko coś więcej niż zwykła grypa”. Zdawaliśmy już sobie sprawę z wielu rzeczy, ale nie ze wszystkiego…

Nazajutrz całe Włochy znalazły się w czerwonej strefie. Ja też.

Czerwona strefa

9 marca premier Conte podpisał kolejny dekret rozszerzający czerwoną strefę na całe terytorium Włoch. Zamknięto wszystkie szkoły i uczelnie, a także teatry, kina, festiwale, targi. Nakazano zamknięcie barów, restauracji oraz niektórych sklepów po godz. 18. Zakazano organizowania uroczystości ślubnych i pogrzebowych. Można było wychodzić tylko do pracy, po zakupy, do apteki i do lekarza, na spacer z psem, a także do parku na jogging.

„Zostańcie w domu!”, apelował premier do wszystkich. W demokracji jest jednak tak, że co niezabronione, to dozwolone.

Po raz pierwszy w życiu, oglądając wiadomości, nie wiedziałam, czy to koszmarny sen, czy rzeczywistość. Tysiące ludzi uciekało z północy na południe kraju, szturmując nocne pociągi. We wszystkich więzieniach trwała rewolta. Podczas nocnego Coronavirus Party młodzież wznosiła toasty za wirusa. Po pustych peryferiach jakiegoś miasta w Lombardii jeździł samochód policyjny, nadając przez megafon komunikat: „Zostańcie w domu!”. Sceny jak z filmu science fiction o końcu świata. Liczby podawane podczas codziennego raportu obrony cywilnej wydawały mi się wtedy ogromne: 7985 osób zarażonych (1797 przybyło w ciągu jednego dnia). Wyzdrowiały 724 osoby. Zmarły 463 (98 w ciągu jednego dnia).

Dwa dni później zamknięto całkowicie wszystkie restauracje, bary, puby, sklepy (oprócz spożywczych i kiosków), siłownie, baseny, salony kosmetyczne i fryzjerskie.

Włosi podeszli do kwarantanny pozytywnie i kreatywnie. Organizowali flash moby na balkonach, śpiewając hymn i włoskie przeboje. Umawiali się na aperitivo i kolacje przez Skype’a. Nagle wszyscy odkryli ducha sportu. Nie tylko prawdziwi runnerzy, ale i niedzielni biegacze, a także ci, którzy nigdy w życiu nie założyli sportowego obuwia. Parki, tereny zielone i nadbrzeża miejskich rzek zaroiły się od ludzi. Niektórzy nawet urządzali sobie pikniki. Wszyscy niby osobno – a jednak razem… Właściciele psów spacerowali z nimi po kilka godzin. Inni wypożyczali psy sąsiadom – altruistycznie lub odpłatnie. Byli też tacy, którzy w dresach stali przed domem z pluszakiem na smyczy. W mediach społecznościowych zaczęły krążyć hashtagi #tuttoandrabene (wszystko będzie dobrze) i #iorestoacasa (ja zostaję w domu). „Zostańcie w domu!”, apelowały rząd i telewizja. Nikt z nas nie zrozumiał jednak, że oznacza to „nie wychodźcie z domu”. Z namiarów telefonów komórkowych wynikało, że pomimo kwarantanny nadal przemieszcza się ok. 40% ludności.

Później przyszedł pierwszy dzień wiosny. 21 marca 2020 r. przejdzie do historii jako czarna sobota. We Włoszech w ciągu jednego dnia zmarły 793 osoby, z tego 546 w samej Lombardii. Było już 53 578 osób zarażonych koronawirusem (+6557 w ciągu jednego dnia) i 4825 zmarłych. Wyzdrowiały 6072 osoby. Długa kolumna samochodów wojskowych, które wywoziły w nocy trumny z Bergamo, bo zabrakło miejsca w miejskim krematorium – to widok, który zapadł w naszą indywidualną i wspólną pamięć. Płakałam. Na pewno każdy uronił choćby jedną łzę… Przeżywaliśmy zbiorową żałobę. „To wojna. Nasi dziadkowie walczyli w okopach. Was się prosi, abyście walczyli, siedząc w domach na dywanach”, powiedział ktoś w telewizji.

Lockdown

Przykład włoski pokazał, że w demokracjach śrubę można przykręcać powoli. I nie jest to dobre. 22 marca premier Conte wydał kolejny, siódmy już dekret. Została zawieszona wszelka produkcja przemysłowa, a także handel poza sektorami strategicznymi dotyczącymi zdrowia, żywności i jej transportu oraz użyteczności publicznej, wyszczególnionymi w dekrecie ministerialnym. Wprowadzono zakaz przemieszczania się osób środkami komunikacji publicznej lub własnymi z obszaru, na którym aktualnie się znajdują. Zabroniono uprawiania sportu na wolnym powietrzu, zamknięto wszystkie parki publiczne, place zabaw, a nieogrodzonych terenów zielonych zaczęła pilnować policja. Na ulicach ustawiono policyjne blokady, gdzie kontrolowane są samochody poruszające się po mieście i z niego wyjeżdżające. W samochodzie mogą jechać tylko dwie osoby. Zostały zamknięte bary na stacjach kolejowych i benzynowych. Ograniczono wychodzenie z psem (jedynie wokół domu i na krótko). Spacery i krótki jogging wyłącznie w pobliżu miejsca zamieszkania.

Z domu można wychodzić jedynie do pracy, po zakupy, do apteki lub do lekarza. Po zakupy idzie jeden członek rodziny. Nie można już chodzić parami po ulicy. Wychodząc, trzeba mieć ze sobą zawsze dwa podpisane przez siebie oświadczenia ze wskazaną uzasadnioną przyczyną wyjścia, datą, godziną i miejscem – drugie na drogę powrotną, gdyby pierwsze zatrzymała policja w czasie kontroli. Za złamanie zakazów grozi grzywna od 400 do 3 tys. euro i sprawa karna.

Do 22 marca było więcej skazanych za złamanie dekretów niż zarażonych koronawirusem… prawie 100 tys. osób.

Podczas zakupów zaleca się noszenie masek i rękawiczek. Nie wszyscy to robią, gdyż masek brakuje. W dalszym ciągu panuje przekonanie, że mają je nosić tylko chorzy i że nie chronią one zdrowych.

Policja kontroluje, czy w sklepach są zachowane zasady „zdystansowania społecznego”. Jeśli nie, wlepia mandaty. Nie wolno wykładać na taśmę zakupów z koszyka, zanim poprzedni klient nie odejdzie od kasy.

Poddanym 14-dniowej kwarantannie, u których zdiagnozowano COVID-19, za wyjście z domu grozi kara od roku do pięciu lat więzienia i oskarżenie o spowodowanie zagrożenia zdrowia publicznego.

Karabinierzy sprawdzają przypadkowych przechodniów na rogach ulic. Wieczorami w miastach jest pusto i cicho, jakby obowiązywała godzina policyjna.

Na Facebooku pojawiają się ciekawe zdjęcia. W Palermo starsza para idzie ulicą, trzymając się za metr krawiecki. Czułość na dystans w czasach zarazy. Gdzie indziej facet jeździ na rowerze po balkonie. Ludzie siedzą w oknach. Ktoś gdzieś wylał komuś wiadro wody na głowę z krzykiem: „Gdzie się plączesz! Siedź w domu!”. Okazało się, że to była kierowniczka jedynej apteki w mieście. Już dawno zaprzestano używania windy. Chodzi się po schodach. Dla zdrowia i zachowania kondycji. Klamki otwiera się łokciem, a drzwi nogą, bo rękawiczek jednorazowych nie wystarcza. Niektórzy spacerują po dachach jak więźniowie na spacerniaku. W sieci krąży mem – zdjęcie premiera z napisem: „Uważajcie, bo zamknę wam balkony!”.

Lockdown to słowo, którego dopiero zaczynamy się uczyć. Obowiązujący na całym terytorium kraju dekret z 22 marca został wprowadzony po tym, jak gubernatorzy regionów najbardziej dotkniętych pandemią COVID-19 – w Lombardii Attilio Fontana, a w Wenecji Luca Zaia – zagrozili, że sami wprowadzą zupełny lockdown. Na północy obostrzenia są większe niż w pozostałej części kraju. W epicentrum zarazy zablokowano niemal wszystko.

Nad tym dekretem premier-adwokat pracował ponad dobę. Z jednej strony napierali przemysłowcy i przedsiębiorcy, aby ograniczyć zamykanie fabryk. Z drugiej strony parły związki zawodowe. Zatrudnieni w sektorach uznanych za strategiczne boją się iść do pracy, bo brakuje maseczek, rękawiczek, kombinezonów ochronnych, a przede wszystkim nie można zagwarantować zachowania metra dystansu. Związki zawodowe uważają, że zbyt wiele fabryk jest jeszcze otwartych. Włochom oprócz epidemii grozi strajk generalny.

Na ratowanie gospodarki i złagodzenie skutków społecznych włoski rząd przeznaczył 25 mld euro. W najgorszej sytuacji są osoby prowadzące firmy jednoosobowe, prekariusze oraz pracujący na czarno. To armia, która wkrótce przekształci się w kilka milionów bezrobotnych. Na razie ludzie boją się o własne zdrowie i o życie najbliższych. Co będzie jednak dalej… Aktualne dekrety rządowe mają ważność do 3 kwietnia z możliwością przedłużenia ich maksymalnie do 31 lipca. Wiadomo już jednak, że do Wielkanocy nic się nie zmieni. Poprawy można się spodziewać w maju lub w czerwcu, gdy będzie cieplej.

Premier Giuseppe Conte nie chce militaryzacji kraju. Widok żołnierzy na ulicach może wpłynąć negatywnie na społeczeństwo. Demokracja ma jednak swoje ograniczenia w obliczu epidemii. Przegra czy zwycięży – to dopiero się okaże.

Skąd przyszła zaraza?

21 marca minął miesiąc od wybuchu epidemii we Włoszech. Zaledwie miesiąc wcześniej, 20 lutego, świat dowiedział się, że „pacjent 1” – Mattia, zdrowy, wysportowany, 38-letni mężczyzna – został przyjęty z obustronnym zapaleniem płuc na oddział intensywnej terapii do szpitala w Codogno w Lombardii. Gdy zabrakło już pomysłów na inne przyczyny tak ciężkiej grypy, zrobiono mu test i zdiagnozowano COVID-19. Mattia kilka dni wcześniej był na pogotowiu z gorączką, ale na własne życzenie wrócił do domu. Jeszcze wcześniej wraz z żoną spotkał się z przyjacielem menedżerem, który wrócił z Chin. Grał też w piłkę z kolegami. Zaraził prawie wszystkich, z którymi wszedł w kontakt, a ci, nie wiedząc o tym, zarazili kolejne osoby. We Włoszech nigdy nie znaleziono „pacjenta 0”. U menedżera, który wrócił z Chin, nie wykryto przeciwciał wskazujących na przebycie choroby. Nie wiadomo więc, skąd zaraza przyszła do Włoch. Z Chin, z Niemiec, z Austrii? A może jednocześnie z różnych miejsc.

Niemal równolegle wybuchło drugie ognisko epidemiologiczne w Vo’, w Wenecji Euganejskiej, niedaleko Padwy. Tam zanotowano pierwszą we Włoszech ofiarę śmiertelną. Był nią 78-letni mężczyzna od dziesięciu dni przebywający w stanie ciężkim w szpitalu w Monsélice, wraz z innym, 67-letnim mężczyzną z podobnymi objawami, uważanymi za ciężką grypę. Pacjenci nie mieli kontaktów ani z osobami, które przybyły z Chin, ani z tymi z lombardzkiej miejscowości Codogno. Spotykali się jednak na grę w karty w jednym z barów w Vo’. Zarazili prawie wszystkich, z którymi weszli w kontakt. 24 lutego odnotowano również pierwszą ofiarę śmiertelną w Bergamo – był to 84-letni mężczyzna.

23 marca Mattia wyzdrowiał i opuścił szpital San Matteo w Padwie. Powiedział: „Miałem szczęście, gdyż leczono mnie na wszystkie możliwe sposoby. Dla innych już wkrótce może zabraknąć łóżek. Dziękuję lekarzom. To nie jest zwykła grypa, dlatego zostańcie w domu”. Przebywał 18 dni na intensywnej terapii. Jego żona przeszła chorobę lżej i już wkrótce urodzi dziecko. Stracił jednak ojca, który zmarł na COVID-19.

Od 20 lutego do 24 marca oficjalnie odnotowano 69 179 osób zarażonych wirusem. Zmarło 6821 osób, wyzdrowiało 8326. Ale nie tylko te liczby powinny niepokoić. Na oddziałach intensywnej terapii przebywa 3400 osób. Szpitale na północy kraju są u kresu wytrzymałości, choć Lombardia i Wenecja mają doskonałą służbę zdrowia. 5211 członków personelu sanitarnego (lekarzy, pielęgniarzy, sanitariuszy, aptekarzy i innych) zachorowało na COVID-19, z czego 24 zmarło. 8% wszystkich dotkniętych, oficjalnie, epidemią stanowi wykwalifikowany personel sanitarny. Oficjalnie też 28 697 osób znajduje się w izolacji domowej.

Regionem najbardziej dotkniętym epidemią pozostaje Lombardia, w której zarażonych jest prawie 20 tys. osób, a zmarło 4178. Dlaczego właśnie tam umiera tyle osób? To pytanie przez niemal miesiąc zadawali sobie wszyscy. Rodziły się różne hipotezy. Główną przyczynę widziano w tym, że COVID-19 jest zabójczy głównie dla osób starszych, mających już inne choroby. Włochy są krajem ludzi długowiecznych i aktywnych społecznie także w podeszłym wieku. SIMA – Włoski Instytut Medycyny Środowiskowej opublikował dokument, którego tezy podzielały uniwersytety w Bolonii i w Bari, wskazujący, że infekcje wirusowe są częstsze tam, gdzie jest większe zanieczyszczenie powietrza, a Padania to obszar najbardziej zanieczyszczony w Europie. Włoska wirusolog Ilaria Capua postawiła hipotezę, że koronawirus może krążyć w obiegu wentylacyjnym budynków szpitalnych, tak jak zdarzyło się to podczas epidemii SARS 1 w hotelu w Hongkongu. Niektórzy zadawali pytanie, czy lombardzki szczep wirusa nie jest bardziej agresywny od chińskiego. Nie wydaje się jednak, aby tak było.

Prawda okazuje się bardziej banalna i okrutna. W wywiadzie udzielonym 23 marca dziennikowi „La Repubblica” szef włoskiej obrony cywilnej Angelo Borrelli stwierdził: „Proporcja: jeden oficjalny chory na dziesięciu niezdiagnozowanych jest wiarygodna”. Dodał, że detonatorem epidemii w Lombardii był mecz Ligi Mistrzów między Atalantą Bergamo a Valencią, który odbył się 19 lutego 2020 r. na stadionie San Siro w Mediolanie. Na trybunach było 40 tys. osób. Hipotezę tę jako pierwszy wysunął immunolog Francesco Le Foche ze szpitala Umberto I w Rzymie. Potwierdził ją burmistrz Bergamo Giorgio Gori.

Podejrzewano, że oficjalna liczba zakażonych jest zaniżona, choć wykonano już prawie 300 tys. testów. Hipoteza, że ponad 600 tys. osób jest zakażonych SARS-CoV-2, po prostu przeraża. Nie można niestety w żaden sposób tego sprawdzić.

Giorgio Gori twierdzi również, że oficjalna liczba zgonów w Bergamo jest zaniżona, gdyż tylko co czwarty chory trafia do szpitala. Starsi ludzie umierają w domu i nie robi im się testów. Lombardzcy lekarze alarmują, że w ostatnich dniach odnotowano ok. 1800 przypadków młodych ludzi z ciężkim zapaleniem płuc, którzy pozostają w domach. W Rzymie 23 marca na COVID-19 zmarła pierwsza młoda ofiara bez dodatkowych chorób, 34-letni pracownik call center.

Dane te mogą zupełnie zmienić nasze wyobrażenie o pandemii. COVID-19 był obecny we Włoszech przynajmniej od połowy stycznia, jeżeli nie wcześniej. Pełzał jak gad przez pierwszy miesiąc, zanim został wykryty.

Fot. AP/East News

Wydanie: 14/2020

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy