Czy Manicki musiał odejść?

Czy Manicki musiał odejść?

Przewodniczący OPZZ ustąpił, bo zagroził wojewódzkim liderom

– Kiedy doszliśmy do punktu dotyczącego budżetu, Manicki powiedział, żebyśmy poszukali sobie nowego przewodniczącego. Sala na chwilę zamarła zaskoczona, a później zapanował totalny chaos. Atmosfera była tak napięta, że kiedy pojawili się dziennikarze, związkowcy niemal rzucili się na nich, dając upust emocjom – opowiada jeden z uczestników Rady Naczelnej OPZZ, podczas której Maciej Manicki zrezygnował ze swojej funkcji.
Właściwie Manicki zapowiedział swoją dymisję już we wrześniu. Tyle że nikt nie potraktował tego poważnie. To miała być kolejna zagrywka przewodniczącego, który od pewnego czasu usiłował wprowadzić zmiany w funkcjonowaniu związku. W ten sposób miał wymusić zgodę na przyjęcie jego propozycji.
Ogólnopolskie Porozumienie Związków Zawodowych stoi przed widmem bankructwa. – Po obliczeniu kosztów funkcjonowania związku okazało się, że OPZZ wydaje więcej, niż ma. W ciągu trzech, czterech lat związkowy majątek może zostać przejedzony. Maciej Manicki chciał zrobić to, na co nie zdobyli się poprzednicy – wprowadzić zmiany w funkcjonowaniu związku, pozwalające wyjść z finansowej zapaści – mówi rzecznik OPZZ, Grzegorz Ilka.

2 grosze od członka

Szybko jednak stało się jasne, że związkowcy nie akceptują właściwie żadnych propozycji. Najpierw Manicki uznał, że wyjściem mogą być zwolnienia. W związku zawrzało i w efekcie Prezydium OPZZ sprzeciwiło się tym planom. Skoro pomysł upadł, Manicki zaproponował podniesienie składki związkowej, z której część idzie na utrzymanie biura zarządu. Jej ściągalność wynosi zaledwie 2 gr miesięcznie od członka związku. Po zmianach na konto organizacji wojewódzkiej miało wpływać 40 gr od działacza. Ale i ta propozycja została skrytykowana i prezydium związku jej nie poparło.
I wtedy przewodniczący wytoczył armatę, która – jak się okazało – wystrzeliła prosto w niego. Zaproponował rozwiązania godzące w byt związkowych baronów. Warto dodać, że OPZZ jest federacją ponad stu organizacji związkowych, które z kolei skupiają związki zawodowe działające w poszczególnych zakładach pracy. Prowadzi to do sytuacji, w której szeregowy członek musi utrzymać zarówno swój macierzysty związek, jak i centralę OPZZ. Taka struktura sprawia, że rosną koszty utrzymania. Manicki chciał więc utworzenia jednolitego związku (na wzór Solidarności), opierającego się na OPZZ. W ten sposób nie dublowano by np. funkcji związkowych, nie trzeba by wynajmować kilku lokali dla organizacji istniejących często w jednym zakładzie pracy. Ale to oznaczało wyrok dla związkowych baronów. – W terenie często zdarza się, że jest dwóch ambitnych działaczy. Każdy chce być przewodniczącym. Bywa, że kiedy Gienio nie chce ustąpić Zbyszkowi, a Zbyszek Gieniowi, to dla świętego spokoju robi się dwóch szefów i każdy ma swoje zaplecze. Bo świętym prawem każdego przewodniczącego jest posiadanie sekretarki i komórki. Zdarza się więc, że funduszy starczy tylko na utrzymanie etatów, ale na wynajęcie prawnika pieniędzy już nie ma. Wtedy związkowcy zwracają się o przysłanie go z OPZZ – tłumaczy jeden z działaczy.
Kiedy Manicki zaproponował likwidację takiej struktury, wiadomo było, że nie pociągnie długo. – To był ruch samobójczy – komentują w OPZZ.

Pustki w kasie

OPZZ żyje ze składek oraz przede wszystkim ze środków pochodzących z działalności gospodarczej (chodzi głównie o wynajem związkowych budynków). – Niestety, na rynku nieruchomości nastąpił krach. Coraz więcej naszych budynków stoi pustych. To powoduje zmniejszenie wpływów do budżetu – mówi Grzegorz Ilka.
Przy zmniejszających się wpływach zwiększały się wydatki. Przy opracowywaniu budżetu na rok 2004 po stronie wydatków zapisano 7 mln zł i była to suma wyższa od tej, na którą liczono, że wpadnie do związkowej kasy. Jeszcze w lecie okazało się, że deficyt budżetowy rocznie wynosi około 4 mln zł.
Przewodniczący borykał się jednak nie tylko z fatalną kondycją finansową. Liderzy krytykowali go również za zbyt ugodowe stanowisko wobec pracodawców oraz SLD, coraz wyraźniej odwracającego się od pracowników. Zarówno na górze, jak i w terenie nie ukrywano oburzenia, że Manicki zawiera niekorzystne porozumienia w Komisji Trójstronnej z pracodawcami i rządem. – W Sejmie dodano do nowelizacji kodeksu pracy parę zapisów, których nie obejmowało podpisane przez OPZZ porozumienie. Chodzi na przykład o niepłatny pierwszy dzień zwolnienia lekarskiego. Ludzie nie rozróżniają, że to posłowie dodali, tylko obwinili o to Manickiego. Podobnych spraw, które poszły na jego konto, było więcej – uważa Grzegorz Ilka.
Manicki musiał się też tłumaczyć, dlaczego politycy SLD nie dotrzymali obietnic składanych związkowcom w 2000 r. Obecnie najbardziej znienawidzonym członkiem rządu jest wicepremier Jerzy Hausner. Podczas niedawnego spotkania związkowców z prezydentem wśród braw skandowano hasło: „Hausner musi odejść!”. Ponoć większość działaczy, którzy nie zgłosili się nawet do weryfikacji w SLD, to właśnie związkowcy.

Co dalej?

Na razie na czele OPZZ stanął wiceprzewodniczący Ryszard Łepik (I zastępca przewodniczącego). Kto będzie następnym przewodniczącym? Na razie trudno powiedzieć, bo zaskoczeni szefowie najsilniejszych branż dopiero zaczęli liczyć swoje szable. Być może, następcą zostanie któryś z obecnych wiceprzewodniczących (wymienia się głównie Jana Guza i Jana Kisielińskiego). Głosowanie odbędzie się najwcześniej za pięć tygodni, na następnej radzie.
Wybór nowego przewodniczącego nie sprawi jednak, że znikną stare problemy. Ktokolwiek więc nim zostanie, i tak będzie musiał albo przeforsować niepopularne decyzje, albo bezradnie patrzeć, jak związkowy okręt idzie na dno.

 

 

Wydanie: 11/2004

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy