Czy tabletka widzi kolor skóry?

Wśród lekarzy i genetyków toczy się spór na temat medycyny rasistowskiej

„W medycynie stosowanej nie jestem ślepa na kolory. Zawsze zwracam uwagę na rasę pacjenta. Podobnie postępuje wielu moich kolegów. Czynimy tak, ponieważ przebieg i skutki pewnych dolegliwości i terapii są różne w zależności od etnicznego pochodzenia chorego. W medycynie stosowanej stereotypy często są prawdziwe”, napisała na łamach dziennika „New York Times” dr Sally Satel, praktykująca psychoanalityczka i wykładowca w Yale’s School of Medicine.
Autorka

złamała tabu, przywracając pojęcie „rasy”,

o którym politycznie poprawna elita władzy i wykształcenia Stanów Zjednoczonych chciałaby zapomnieć. Do dziś odstraszającym dla badaczy przykładem jest studium „The Bell Curve” opublikowane w 1994 r. Jego autorzy, psycholog Richard Herrnstein i politolog Charles Murray, dowodzili, że w USA przedstawiciele różnych ras nigdy nie będą mieli równych szans, bowiem różnią się inteligencją. Cechy te przekazywane są dziedzicznie, a więc stają się coraz trwalsze. Programy pomocy rządowej dla osób czarnoskórych są więc po prostu stratą czasu. Dziś wiadomo, że autorzy „The Bell Curve” popełnili szereg rażących błędów. Ich praca jest przykładem niedbale uprawianej nauki.
Dyskusja na temat rasy rozgorzała znowu – tym razem nie wśród antropologów i socjologów, lecz lekarzy i genetyków. Czy z punktu widzenia genów to pojęcie jest uzasadnione? Czy konieczne jest tworzenie lekarstw np. wyłącznie dla Afroamerykanów albo mieszkańców południowej Azji? Czy medycyna może być rasistowska?
Sally Satel i jej zwolennicy przytaczają na poparcie swej tezy poważne dowody. Wiadomo, że Afroamerykanie znacznie częściej umierają na choroby układu krążenia niż biali obywatele USA (na 100 tys. osób przypadają 173 zgony wśród białych i aż 265 wśród czarnoskórych). Można to tłumaczyć odmiennymi warunkami i środowiskiem życia, a nawet, jak czynią to niektórzy, dyskryminacją na tle rasowym. Takie wyjaśnienie przekonuje tylko częściowo. Pewne jest np., że Afroamerykanie znacznie częściej cierpią na nadciśnienie, co prawdopodobnie spowodowane jest zbyt niskim poziomem azotu we krwi.
Fachowy magazyn „The New England Journal of Medicine” poinformował, że standardowy lek przeciwko chronicznym dolegliwościom serca,

enalapril, inaczej działa na białych i czarnoskórych.

Wśród białych redukuje liczbę pacjentów z uszkodzoną lewą komorą serca, których trzeba poddać leczeniu szpitalnemu, aż o 44%, natomiast w znaczącym stopniu nie ogranicza hospitalizacji wśród Afroamerykanów. „Jak to możliwe? Tabletka powinna być przecież ślepa na kolory”, pisali amerykańscy publicyści. Zdziwienie było jeszcze większe, gdy okazało się, że inny lek, carvedilol, jednakowo pomaga przedstawicielom obu grup etnicznych.
Pragnąc zażegnać wzbierający gniew bezpardonowych przeciwników wszelkiego rasizmu, zastępca redaktora naczelnego „New England Journal of Medicine”, Robert S. Schwartz, opublikował wraz z artykułem naukowym o enalaprilu także poprawnie polityczny komentarz redakcyjny, głoszący, że medycyna oparta na koncepcji rasy jest „zła zarówno z punktu widzenia moralnego, jak i naukowego”, w związku z czym „prowadzone za pieniądze podatników polowanie mające na celu wytropienie rasowych różnic w biologii człowieka musi zostać zakończone”.
Dr Satel zapytała w odpowiedzi: „Co w tym złego, że lekarze dowiedzieli się, iż jeden nasercowy lek jest dla czarnoskórych pacjentów skuteczniejszy od drugiego? Przecież ta wiedza może ratować ludzkie życie!”.
Psychoanalityk z Yale uważa, że w wielu przypadkach – np. dla pacjenta ze złamaną nogą – kryterium rasy nie ma znaczenia. Jednakże przepisując Afroamerykanom popularny lek antydepresyjny, prozac, Sally Satel wybiera o połowę mniejszą dawkę niż dla białych. Wynika to z faktu, że w organizmach 40% czarnych pacjentów metabolizm tego specyfiku odbywa się wolniej. Następstwem są dotkliwe skutki uboczne jak bezsenność czy bóle głowy, które mogą sprawić, że poirytowany pacjent wyrzuci tabletki do kosza i przerwie terapię. Należy zatem profilaktycznie przepisywać Murzynom mniejszą dawkę.
Przeciwnicy medycyny rasistowskiej twierdzą natomiast, że odmienności poszczególnych grup etnicznych nie mają żadnego znaczenia dla biologii. Różnice w kolorze skóry powstały pod wpływem środowiska – np. czarny pigment, melanina, chronił mieszkańców Afryki przed palącymi promieniami słońca. Zresztą rasy w czasie powszechnej mobilności tak się przemieszały, że trudno je zdefiniować.
Gdy w czerwcu 2000 r. po raz pierwszy rozszyfrowane zostały sekwencje ludzkiego genomu, okazało się, że wszyscy przedstawiciele homo sapiens – Norwegowie, Chińczycy czy Papuasi – są jedną wielką rodziną i mają 99,9% wspólnych genów. „W kodzie genetycznym pojęcie rasy nie ma uzasadnienia”, oznajmił J. Craig Venter, którego firma Celera Genomics odegrała pionierską rolę w odczytaniu ludzkiego genomu.
Nie wszystkich jednak przekonał. Zwolennicy „medycyny rasistowskiej” zwrócili uwagę, że różnica genetyczna między człowiekiem i szympansem wynosi zaledwie 1,3%, a jednak są to dwa całkowicie odmienne gatunki. Różnica genetyczna między ludźmi, czyli 0,1%, to jednak aż 3 mln „liter” kodu genetycznego. Niekiedy jeden zmutowany czy uszkodzony gen powoduje określoną chorobę, przy czym nie można zaprzeczyć, że niektóre dolegliwości szczególnie często występują w pewnych regionach.
Wiadomo, że dziedziczna hemochromatoza jest w Chinach praktycznie nieznana, zapada na nią natomiast aż 7,5% Szwedów. Śmiertelna choroba Tay-Sachsa zagraża zwłaszcza aszkenazyjskim Żydom, zaś mieszkańcy południowej Afryki cierpią na anemię komórek sierpowatych, którą powoduje zmutowany gen, zapewniający jednak ochronę przed malarią. Nosicielami tego genu jest od 20 do 40% mieszkańców regionu. Czy więc medycyna rasistowska na pewno jest pozbawionym podstaw absurdem? „Jako obywatele możemy uczcić nasze genetyczne podobieństwo stanowiące dowód duchowej jedności ludzkiego gatunku. Jako lekarze i pacjenci musimy uświadomić sobie, że zaprzeczanie istniejącym różnicom nie służy interesom chorego”, mówi Sally Satel.
Podobnego zdania są dyrektorzy firmy farmaceutycznej NitroMed Inc. z Massachusetts. Od marca 2001 r. testuje ona lek sercowy BiDil,

przeznaczony wyłącznie dla Afroamerykanów.

Przedsięwzięcie to zaaprobowały zarówno władze, jak i Stowarzyszenie Czarnych Kardiologów oraz organizacje praw człowieka. Wątpliwe jednak, aby przyszłość należała do medycyny rasistowskiej.
Jak twierdzi Leda Cosmides, profesor psychologii z University of California, ważniejsze od koloru skóry są takie kryteria selekcji pacjentów jak wiek i płeć, bezpośrednio związane ze zdolnością do reprodukcji. Być może, lekarstwa XXI w. tworzone będą nie ze względu na rasę, lecz profil genetyczny chorego. Craig Venter zapowiada stworzenie indywidualnych testów genetycznych już za tysiąc dolarów (obecnie trzeba za taki test zapłacić miliony). Nawet średnio zamożny pacjent będzie mógł wtedy zażądać w klinice „lekarstwa na miarę”. Tylko czy takie leki będą dostępne? Już teraz firmy farmaceutyczne ze względu na niewyobrażalnie wysokie koszty badań nie chcą wytwarzać nawet osobnych lekarstw dla dzieci. Jak pisze niemiecki magazyn „Die Zeit”, jeśli marzenie o indywidualnym leku spełni się, to tylko dla najbogatszych – bez względu na kolor skóry.

 

Wydanie: 44/2002

Kategorie: Zdrowie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy