Czy Węgrzy wybiorą nacjonalizm?

Czy Węgrzy wybiorą nacjonalizm?

Dla zachowania władzy premier Orban zrobi wszystko – twierdzi opozycja

Bez słynnej Ciccioliny, czyli byłej gwiazdy porno, która kilka lat temu jako deputowana do włoskiego parlamentu przy każdej okazji pokazywała w nim biust, odbędą się 7 kwietnia wybory na Węgrzech. Urodzona na Węgrzech Cicciolina – dziś 50-letnia Ilona Staller – dotąd robiła karierę głównie we Włoszech, ale zachowała obywatelstwo węgierskie. Teraz, jak napisał ukazujący się w Budapeszcie dziennik „Nepsabadszag”, postanowiła spróbować – „z coraz bardziej obwisłym biustem” – szczęścia w rodzinnym kraju. Choć obiecywała potencjalnym wyborcom, że jako deputowana będzie walczyć z ubóstwem i zadba o poprawę edukacji seksualnej, nie zebrała wymaganych 750 podpisów i oficjalnie wykluczono ją z kandydowania. „Po co nam show w wykonaniu podstarzałej porno gwiazdy. Przedstawień i skandali przedwyborczych mamy już wystarczająco dużo”, skomentował to wydarzenie dziennik „Nepszava”.
W istocie kampania przed kwietniowymi wyborami przebiegała nad Dunajem w gorącej i mocno konfrontacyjnej atmosferze. Rządzący krajem przez ostatnie cztery lata premier Viktor Orban i jego prawicowy blok FIDESZ kilkakrotnie powodowali gwałtowny

skok politycznej temperatury.

W poprzednim tygodniu, podczas swojego ostatniego objazdu po kraju, Viktor Orban ostro zaakcentował, że na Węgrzech toczy się walka między siłami przeszłości i nowych czasów w stylu Spielbergowskich „Gwiezdnych wojen”. Złym lordem Vaderem, według lidera FIDESZ, są oczywiście socjaliści (uporczywie nazywani przez Orbana „komunistami”), natomiast dobrym Lukiem Skywalkerem miałby być sam Orban i cała węgierska prawica, co – rzecz jasna – spowodowało żywiołowe protesty lewicy.
Nieco wcześniej emocje wywołała sprawa zapowiadanych przez telewizję publiczną debat polityków dwóch głównych partii, czyli FIDESZ i Węgierskiej Partii Socjalistycznej. Z zaplanowanych 17 spotkań, podczas których miano omawiać kolejne kwestie polityczne, społeczne i gospodarcze, odbyło się raptem jedno, a i to – jak napisał „Nepsabadszag” – bardziej w atmosferze pyskówki niż poważnej dyskusji. Nie udało się przed Wielkanocą uzgodnić terminu telewizyjnego spotkania na żywo liderów obu głównych pretendentów do wyborczego zwycięstwa, czyli Orbana i przewodzącego socjalistom, Petera Medgyeszyego.
Komentatorzy polityczni w Budapeszcie skłonni są jednak takie – jak mówią – incydenty lekceważyć, natomiast prawie wszystkich niepokoi ich coś innego. „Każdy

flirt ze skrajną prawicą

skończy się źle nie tylko dla Viktora Orbana, ale także dla wizerunku Węgier w Europie i świecie”, ostrzegł niedawno korespondent amerykańskiego dziennika „Washington Post”. W dłuższym artykule gazeta powtórzyła ostrzeżenia wielu węgierskich analityków, coraz bardziej zaniepokojonych nacjonalistyczną nutą w ostatnich wypowiedziach przywódców FIDESZ.
Rzeczywiście w minionych miesiącach – także w związku ze słabnącym poparciem wyborców – FIDESZ coraz bardziej sterował w kierunku nacjonalizmu. Walcząc ewidentnie o głosy skrajnej prawicy, Orban przeforsował przyjęcie w węgierskim parlamencie ustawy o Karcie Węgra. Dokument ten przyznaje wszystkim obywatelom ościennych państw (z wyjątkiem Austrii) narodowości węgierskiej rozliczne przywileje, m.in. możliwość pracy przez trzy miesiące na Węgrzech, zasiłki na naukę języka węgierskiego, zniżki na przejazdy koleją itp. Pozornie był to akt humanitaryzmu wobec węgierskich pobratymców, ale w warunkach Europy Środkowej przede wszystkim poważna prowokacja polityczna. Węgrów mieszkających w innych krajach regionu jest – bagatela – prawie 3 mln, a separatyzm np. wśród Węgrów słowackich wciąż jest widoczny.
Na kilka tygodni przed wyborami węgierski premier dorzucił do politycznego ognia, jaki wywołała w krajach ościennych jego Karta Węgra, kolejną iskrę, domagając się zniesienia tzw. dekretów Benesza, na mocy których wysiedlono po II wojnie światowej z terytoriów Słowacji i Czech około 600 tys. Węgrów (którzy stanęli wcześniej po stronie Hitlera).
Poza FIDESZ nad Dunajem zadowolone z takich posunięć było tylko jedno ugrupowanie – skrajnie prawicowa Partia Sprawiedliwości i Życia (MIEP), mogąca liczyć na 5-7% głosów. MIEP – kierowana przez znanego kiedyś pisarza, Istavana Csurkę, nieukrawającego swoich szowinistycznych poglądów – od tego czasu otwarcie zapowiada, że po wyborach wejdzie w koalicję rządową z partią Orbana i w ten sposób „Węgry zostaną uratowane”. Co ciekawe, sam lider FIDESZ nigdy nie zdementował owych spekulacji. „Orban dla zachowania władzy zrobi wszystko”, powiedział były (socjalistyczny) premier Węgier, Gyula Horn.
Wyborcy są tym wszystkim nieco zdezorientowani. Od 1990 r. u władzy nad Dunajem byli już i centrowi liberałowie, i socjaliści, i teraz prawica z FIDESZ. Żadne z ugrupowań

nie spełniło marzeń

przeciętnych Węgrów, którzy po tzw. gulaszowym socjalizmie Kadara z trudem przyzwyczajają się do twardych reguł gospodarki rynkowej. „Węgry to dziwny kraj, gdzie z jednej strony aż 72% eksportu stanowią wysokiej jakości maszyny i urządzenia (w Polsce ten odsetek wynosi 31% – przyp. BG), a z drugiej strony całe regiony żyją w przykrej biedzie, a 46% ludzi chce stąd wyemigrować”, zwrócili uwagę jakiś czas temu socjologowie z budapeszteńskiego instytutu Szonda Ipsos.
Te paradoksy odbijają się też na politycznych postawach. Według sondaży jeszcze na trzy tygodnie przed wyborami 40% wyborców nie wiedziało, na kogo będzie głosować. I FIDESZ, i socjaliści mogli liczyć na 25-30% głosów. W takiej sytuacji, ostrzegali przed 7 kwietnia analitycy, o zwycięstwie jednej bądź drugiej partii mogłyby decydować chwilowe zmiany nastrojów albo – przy złym scenariuszu – nacjonalistyczne emocje, na których grał ostatnio coraz ostrzej Viktor Orban.

 

Wydanie: 13/2002

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy