Z czym do Europy?

Z czym do Europy?

Liberum veto

Oto cytat: „Kiedy pytałam moich studentów, co jest takiego w naszej kulturze, czego nie byłoby w innej, z wielkim bólem wymyślili dzielenie się opłatkiem, „Pana Tadeusza” i kiszone ogórki. Dodajmy nawet do tego Polaka-katolika, żubry i bociany”. Jest to passus z felietonu Kingi Dunin pt. „Nasza kochana cywilizacja śmierci”, który ukazał się na łamach miesięcznika „Res Publica Nowa” (nr 161 z 2.02.br.). Autorka to – jak informuje notka odredakcyjna – socjolog, krytyk literacki i pisarka. A także – dodam od siebie – sztandarowa polska feministka. Nie wiem (naprawdę – nie wiem), co i na jakiej uczelni wykłada Kinga Dunin ani też jakie są kryteria naboru studentów, z którymi ma do czynienia. Ich wypowiedzi, a także uzupełnienie dodane przez Kingę Dunin, zafrapowały mnie jako jeszcze jeden dowód, że młodzi (i nie tylko młodzi) Polacy mają kłopoty z uświadomieniem sobie, czym właściwie polska kultura różni się od innych kultur europejskich i światowych, czyli nie bardzo wiedzą, na czym polega ich – nasza – tożsamość kulturowa.
Nie jest to dla mnie specjalnym zaskoczeniem, bo mój własny wnuk, od pięciu lat pobierający nauki w USA, oświadczył mi niedawno, że – co prawda – język polski jest mu nadal najbliższy, niemniej jednak nie wie, co to w istocie znaczy „być Polakiem”. I był cokolwiek zdziwiony, gdy mu powiedziałam, że dla mnie być Polakiem, to znaczy m.in. poczuwać się do więzi ze wspólnotą kulturową, której czołowym, wręcz wzorcowym przedstawicielem jest Jan Kochanowski.
Nie orientuję się, które utwory Kochanowskiego należą dziś do kanonu lektur szkolnych ani też co czynią nauczyciele, aby przybliżyć twórczość tego poety czytelnikom „Władcy pierścieni” i „Harry’ego Pottera”. Arcydzieło Kochanowskiego „Treny” (o ile mi wiadomo, żadna z literatur światowych nie może poszczycić się analogicznym utworem o takiej sile wyrazu) zawiera treści, których nastolatek po prostu nie rozumie: żałoba ojca po śmierci córeczki nie koresponduje z żadnymi doświadczeniami trudnego okresu dojrzewania. Może jednak licealistów zainteresowałaby informacja, że książka, z którą obnosi się Hamlet, to – zdaniem znawców – „Próby” Montaigne’a (1533-1592), który był w praktyce rówieśnikiem Kochanowskiego (1530-1584), obaj ci autorzy mieli identyczne, „śródziemnomorskie” wykształcenie i nie stronili od działalności obywatelskiej, ale różniło ich to, że Kochanowski był pierwszym, wielkim, nowożytnym poetą Słowiańszczyzny i w „Trenach” wyraził żal po stracie córeczki, Montaigne natomiast zainaugurował najbardziej intelektualny, apoetycki gatunek literacki, jakim jest esej, a w swych „Próbach” wspomniał mimochodem o śmierci kilkorga swoich nieletnich dzieci. Tak więc dwaj wybitni Europejczycy różnili się, i to w sposób istotny: brak któregokolwiek z nich zubożyłby pejzaż kulturowy Europy, tak atrakcyjny dzięki swej różnorodności.
W dalszym ciągu hipotetycznej lekcji na temat Kochanowskiego przeczytałabym wraz z wychowankami fragmenty utworu, znów jedynego w swoim rodzaju, jakim jest „Wzór pań mężnych”, w szczególności pierwszy rozdziałek poświęcony pramatce Ewie i jej wyższości nad Adamem. Na czym ta wyższość polega? Proszę pozwolić, że zachowam tę informację dla siebie, zachęcając tylko polskie feministki, aby zajrzały do tego utworu i przy okazji zastanowiły się, na ile sytuacja kobiet w Polsce była korzystniejsza niż na przykład w Niemczech, gdzie ukuto sławetną zasadę trzech K (Kinder, Küche, Kirche), a nawet we Francji: gdy Kochanowski sławił „Panie mężne”, niewiele co młodszy od niego Brantome (1540-1613) nagłaśniał plotki o damach swawolnych.
Na zakończenie próbowałabym namówić przyszłych studentów, przynajmniej tych skłonnych do myślenia, aby w ramach lektur nadobowiązkowych sięgnęli po sztukę Giraudoux (1882-1944) pt. „Wojny trojańskiej nie będzie” i zestawili zawarte tam przesłanie z „Odprawą posłów greckich”. Zapewniam, że czeka ich nie lada niespodzianka, tak podobna jest antymilitarystyczna wymowa tych dwóch odległych w czasie i przestrzeni utworów!
A przy innej sposobności zachęcałabym młodych obywateli III RP, aby zapoznali się ze „Szkicem programu w obecnych warunkach rozwoju”, zredagowanym przez Prusa w 1882 roku, a więc dokładnie 120 lat temu. Ten swoisty manifest wskutek swego prekursorstwa (m.in. w sprawie stosunku do przyrody) spotkał się z całkowitym niezrozumieniem ze strony współczesnych pisarza i w rezultacie – zapomnieniem ze strony potomnych (w tym socjologów…).
Dałoby się długo jeszcze wyliczać wartości naszej kultury, jakie moglibyśmy wnieść do jednoczącej się Europy. Moglibyśmy, pod warunkiem, że uwolnimy się zarówno od dotkliwego kompleksu niższości, jak też od megalomanii i ksenofobii, jakimi ten kompleks kompensujemy. No i że wreszcie zdobędziemy się na zasadniczą, ponad podziałami dyskusję o naszej tożsamości kulturowej, o co od dawna nadaremnie apeluję. Byłby to, jak sądzę, wdzięczny temat dla opiniotwórczego pisma, jakim w założeniu jest „Res Publica Nowa”, skądinąd sąsiadka zza ściany mego macierzystego „Forum”, jako że oba te pisma trafiły pod skrzydła Spółdzielni „Polityka” i funkcjonują obecnie w gmachu przy ul. Słupeckiej, nieopodal placu Narutowicza. Nazwisko to przywodzi na pamięć jedną z najbardziej ponurych kart naszej historii. Może nie doszłoby do tamtego fatalnego wydarzenia, gdyby Polacy potrafili rozmawiać ze sobą jak człowiek z człowiekiem i przy jakimś „okrągłym stole” rzeczowo konfrontować odmienne odpowiedzi na pytanie, co to znaczy „być Polakiem”, a także czym – pozytywnie i negatywnie – różnimy się od innych Europejczyków. W przededniu wejścia do Unii Europejskiej naprawdę warto by się o to pokusić!

 

 

Wydanie: 11/2002

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy