Polityczny show musi trwać

Polityczny show musi trwać

Trzeba być niepoprawnym optymistą, aby wierzyć, że wyborcy zapamiętają i docenią „kompetencje, rzetelność i rozwagę” rządzących, a nie kolejny popis jakiegoś posła

Swoistym signum temporis jest postępująca spektaklizacja polityki i wywoływanie konfliktów między „bratnimi” nawet partiami. Należy jednak zapytać, czy obecnie istnieją jeszcze sposoby, za pomocą których współczesne partie polityczne mogą zdobyć serca i umysły wyborców. Nie są to przecież już stare, dobre partie XX w., które z różnym skutkiem usiłowały odpowiadać na polityczne potrzeby określonego segmentu wyborców, bronić interesów określonej klasy społecznej itp. Współczesne partie, i to nie tylko w naszym kraju, muszą po prostu wymyślać konflikty i często na siłę wynajdować rozbieżności w stanowiskach i swoich programach, aby zdobyć więcej głosów niż „konkurent”. W erze popkultury muszą także spektaklizować politykę, bo współcześni wyborcy po prostu nie rozumieją już innej. Któż z wyborców (z wyjątkiem może paru pasjonatów i stałych oglądaczy transmisji telewizyjnych z Sejmu) czyta programy wyborcze poszczególnych partii politycznych? Kto z nas, wyborców, zapisuje sobie w kajeciku, jakie obietnice wyborcze realizuje, a jakich nie realizuje sprawująca władzę partia polityczna czy rządząca nami koalicja?
Doprawdy, trzeba być niepoprawnym optymistą, aby wierzyć, że wyborcy zapamiętają i przede wszystkim docenią „kompetencje, rzetelność i rozwagę” rządzącej koalicji, a nie kolejny show jakiegoś znanego z bojowości lub czegoś innego posła. Czy może jakiś kolejny wybryk wcale nie polityczny ministra, płacącego służbową kartą kredytową za prywatną kolację lub rzekomo niespłacającego długów. Cóż, wierzyć można we wszystko, ale czy warto upierać się przy tak mocno wyidealizowanym obrazie współczesnej polityki i polityków? Czy warto przejmować się mniej lub bardziej spektakularnymi wyczynami jakiegoś posła-polityka-błazna, skoro wszystko to zdeterminowane jest współczesną popkulturą i marketingowym dążeniem do spopularyzowania danej partii czy konkretnego polityka? Jeśli taka, coraz niższa, nie tylko polityczna popkultura odpowiada większości wyborców, którzy potrafią zrozumieć jedynie taki niby-polityczny show, to po co walczyć z wiatrakami? W końcu udział nas, wyborców, w życiu publicznym sprowadza się tylko do udziału w wyborach. A w przerwie między wyborami są

permanentne igrzyska,

czyli mniej lub bardziej żałosny polityczny show.
Rzeczywiście show (polityczny) must go on, ale nie każdy musi go oglądać i fascynować się wyczynami naszych polityków, którymi zostają głównie ludzie nijacy, niesprawdzający się w innych zawodach, często mający kłopoty z prawem. Jak zauważają to obserwatorzy naszej sceny politycznej, obecnie polityk stał się synonimem kłamcy, malwersanta i ćwierćinteligenta. W Sejmie nagminnie spotyka się ludzi nieumiejących mówić po polsku, niemających kindersztuby. Żenująca jest ich znajomość języków obcych. I to mimo wykształcenia w Polsce wielomilionowej rzeszy „inteligentów”. Jednak ogólny wzrost poziomu wykształcenia polskiego społeczeństwa jakoś nie znalazł odbicia w poprawie jakości polskich elit politycznych.
Różne są przyczyny tego stanu rzeczy. Jedną z nich, a może nawet główną przyczyną jest ordynacja wyborcza, która jest tak skonstruowana, że skutecznie uniemożliwia dobór naturalny najlepszych ludzi do władz. Innymi słowy, nie można wejść do władzy spoza układów partyjnych. Wprawdzie szereg ugrupowań politycznych w swoich programach wyborczych składa od wielu już lat obietnice wprowadzenia okręgów jednomandatowych, ale po zdobyciu władzy każde takie ugrupowanie szybko zapomina o tej i innych obietnicach. Można to oczywiście zrozumieć, gdyż jest to strategia obronna, umożliwiająca partiom politycznym i wysuwanym przez nie „swoim ludziom” przeżycie i utrzymanie stanowisk w rządzie i administracji państwowej. Gdyby bowiem wprowadzono okręgi jednomandatowe i głosowanie na najlepszych, znanych wyborcom ludzi, a nie tylko na kandydatów desygnowanych przez partie polityczne, to obecni działacze partyjni piastujący różne urzędy utraciliby w następnych wyborach

dobrze płatne synekury

i dołączyliby do grona ciężko pracujących Polaków lub powiększyliby liczbę bezrobotnych. Mimo że coraz częściej pojawiają się głosy o konieczności wprowadzenia większościowej ordynacji, co także uzdrowiłoby kulejący w wielu państwach system demokracji liberalnej, politycy sprzeciwiają się takiemu rozwiązaniu. Wskazują m.in. na to, że nie może być ordynacji większościowej, bo wtedy Sejm stałby się instytucją rozczłonkowaną i niezdolną do działania. Pewnie początkowo tak by było, ale chcąc uniknąć takiego stanu, można na początek wprowadzić taką ordynację tylko w pewnej części. Np. jedna trzecia posłów pochodziłaby z autentycznych wyborów lokalnych liderów, a reszta z list partyjnego nadania. Był już taki precedens w pierwszych quasi-demokratycznych wyborach w naszym kraju w 1989 r., kiedy jedną trzecią miejsc w Sejmie ustępujące władze PRL wspaniałomyślnie pozostawiły opozycji. Inna sprawa, że szanse dostania się do Sejmu z listy opozycji miał wówczas tylko kandydat „zaakceptowany” przez Lecha Wałęsę. Takie były początki demokracji w naszym kraju. Dalsza demokratyzacja oznacza niestety dalsze upartyjnianie naszego życia polityczno-społecznego. Polacy dosyć szybko przekonali się, że ich głos w takich upartyjnionych wyborach niewiele znaczy. Potwierdza to malejąca z wyborów na wybory frekwencja.
Społeczeństwo zrozumiało także, że niemożliwe jest w praktyce domaganie się od polityków wybranych w demokratycznych wyborach, aby ci wywiązywali się ze swoich obietnic i zachowywali odpowiedzialnie. Dlatego prestiż polityków spadał z roku na rok. Potwierdza to sondaż opinii publicznej przeprowadzony w styczniu 2009 r. na temat prestiżu grup zawodowych w Polsce. Zwyciężyli profesor uniwersytetu i strażak – po 84% poparcia. Sprzątaczka uzyskała 47%, ksiądz 42%, poseł 24%, a szeroko pojęty działacz polityczny tylko 19%. Rzecz jasna, wyniki takich sondaży nie psują nastroju politykom, którzy zachowują się tak, jak gdyby byli naprawdę charyzmatycznymi wybrańcami narodu.

Większość z nich szuka oparcia i przede wszystkim rozgłosu w mediach. Stąd postępująca mediatyzacja polityki i polityków. Procesu tego chyba nie uda się odwrócić. Zresztą po co, skoro takie jest zapotrzebowanie ze strony znacznej części wyborców. A tam, gdzie istnieje popyt na dane towary czy usługi, od razu pojawia się odpowiednia do tego popytu podaż. Dopóki więc istnieć będzie w coraz niższej politycznej popkulturze potrzeba spektaklizacji polityki, dopóty taki, a nie inny przekaz obrazu takiej czy innej polityki docierać będzie do społeczeństwa. Podobnie zresztą nie zmieni się radykalnie jakość naszych polityków, o ile ich wybór odbywać się będzie nadal w ramach obecnego systemu „list partyjnych”, a nie na podstawie ordynacji większościowej.

Autor jest profesorem Uniwersytetu Gdańskiego. Zajmuje się teorią polityki, marketingiem politycznym oraz międzynarodowymi stosunkami politycznymi i gospodarczymi

Wydanie: 24/2009

Kategorie: Opinie
Tagi: Adam Gwiazda

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy