Klauzula sumienia po niemiecku

Klauzula sumienia po niemiecku

Najważniejszy jest pacjent i jego prawo do pełnej informacji na temat choroby i leczenia

Poruszony bardzo kontrowersyjnymi posunięciami warszawskiego ginekologa, szefa państwowej placówki o tym profilu, oraz podpisaniem przez kilka tysięcy lekarzy i studentów medycyny tzw. deklaracji wiary chciałbym przybliżyć zagadnienia etyki lekarskiej na styku z wiarą, sumieniem i rolą Kościoła w Niemczech. Mam prawie 30-letnie doświadczenie pracy w tym kraju. W ostatnim czasie rozmawiałem też na temat klauzuli sumienia i deklaracji wiary z wieloma lekarzami, w tym ginekologami, a także z prawnikami i duchownymi.
Po burzliwych protestach studentów w 1968 r. z uniwersytetów w Niemczech zniknęły togi profesorskie, nie ma uroczystych promocji absolwentów, podniosłej atmosfery doktoratów i habilitacji, a o nadaniu tytułu profesora przez głowę państwa można tylko pomarzyć. Dyplom lekarza, zwany tutaj aprobacją do zawodu lekarza, otrzymuje się pocztą. Przysięga Hipokratesa w jej pierwotnym kształcie nie ma praktycznie zastosowania ze względu na rozwój chirurgii i innych operacyjnych dziedzin medycyny, ale częściowo pozostaje nadal aktualna w zmienionej w roku 1948 formie, znanej jako Deklaracja Genewska. Przyrzeczenia takiego nikt tutaj nawet nie składa, gdyż nie ma ku temu żadnej uroczystej okazji. Pozostaje więc mieć nadzieję, że studenci niemieccy pilnie uczęszczali na zajęcia z etyki lekarskiej.
Mimo wszystko ten system zupełnie dobrze funkcjonuje, choć od czasu do czasu pojawia się jakaś czarna owca. Najważniejszy jest pacjent i jego prawo do wyczerpującej informacji na temat choroby i wszelkich opcji terapeutycznych. To jest centralne zagadnienie w stosunkach lekarz-pacjent i jeżeli dochodzi do jakichkolwiek nieporozumień, kończących się nawet rozprawą sądową, to właśnie z powodu nieudzielenia odpowiednich informacji pacjentowi bądź upoważnionym przez niego najbliższym osobom.
Pojęcie klauzula sumienia istnieje w słownictwie lekarskim i jest regulowane przez prawo. Nie można nikogo zmusić do wykonywania czynności niezgodnych z jego sumieniem i – podobnie jak w Polsce – chodzi w tym wypadku przede wszystkim o przeprowadzanie aborcji, diagnostyki prenatalnej czy o przepisywanie środków antykoncepcyjnych. To prawo każdego lekarza traci jednak swoją moc, jeżeli powołanie się na klauzulę sumienia mogłoby spowodować utratę zdrowia lub życia. Klauzula sumienia dotyczy lekarza i powoływać się na nią może tylko lekarz, a nie personel pielęgniarski czy studenci. Istnieje niepisany obowiązek lekarza poinformowania o swoich przekonaniach przed podpisaniem umowy o pracę. Powoływanie się szpitala na klauzulę sumienia jest absurdalne.
W Niemczech działa prawie 2,1 tys. szpitali i wszystkie są finansowane na mocy odpowiednich umów z kasami chorych. Dwie trzecie z nich to szpitale komunalne, państwowe, niezorientowane na zysk, oraz szpitale prywatne, które mają nie tylko pomagać pacjentom, ale i zarabiać. Pozostała jedna trzecia to szpitale, których właścicielem jest Kościół, najczęściej katolicki, rzadziej protestancki. W szpitalach katolickich z założenia nie przeprowadza się aborcji, a diagnostyka prenatalna ogranicza się najwyżej do ultrasonografii. Powołując się na przykład pacjentki z Warszawy, taka czy podobna diagnoza postawiona w tutejszym szpitalu katolickim nie spowodowałaby przeprowadzenia aborcji ani też pacjentka nie zostałaby poinformowana, gdzie taki zabieg mógłby zostać wykonany. Jednak niepoinformowanie pacjentki o stanie faktycznym i o możliwościach terapeutycznych byłoby nie do zaakceptowania, choćby nawet w myśl tego, że najważniejsza jest matka, jej zdrowie fizyczne i psychiczne. Choć nie istnieje jakakolwiek lista szpitali, które wykonują aborcje, co sugerują polscy hierarchowie, takie nastawienie szpitali należących do Kościoła katolickiego i w mniejszej liczbie protestanckiego jest znane każdemu lekarzowi domowemu. Wie on zatem, gdzie może pacjentkę skierować. Sytuacja, do jakiej doszło w Warszawie, w Niemczech w państwowym lub prywatnym szpitalu byłaby nie do pomyślenia, nawet jeżeli te szpitale zatrudniają lekarzy, których sumienie jest takie, a nie inne.
Kościół w Niemczech ma nieporównywalnie mniejszy wpływ na życie niż w Polsce, nie mówiąc już o próbach wywierania jakiegokolwiek nacisku na kogokolwiek. Od czasu Republiki Weimarskiej sprawa finansowania Kościoła jest rozwiązana poprzez płacenie podatków (8-9% od dochodu) przez osoby deklarujące przynależność do takiego czy innego Kościoła. Na tacy lądują raczej tylko drobne, ale i tak dochody Kościoła w Niemczech, mimo stałego spadku liczby wiernych, przekraczają 10 mld euro rocznie. Z tych środków finansowane jest wynagrodzenie księży i pokrywane są wszystkie inne wydatki. Nie ma to jednak zastosowania do szpitali kościelnych, które finansowane są przez kasy chorych.
Żadnego z moich niemieckich rozmówców podpisana w Polsce deklaracja wiary nie wprawiła w zachwyt. Nie mogli nawet uwierzyć, że taki akt jest w ogóle możliwy. Jeden z moich ordynatorów spuentował tę sytuację: „Rozumiem, że my, gastroenterolodzy, nie powinniśmy usuwać polipów z jelita grubego, a jedynie im się przyglądać od czasu do czasu, aż przemienią się w raka albo i nie, wszystko w imię Boga”.

Autor jest profesorem medycyny, specjalistą chorób wewnętrznych i gastroenterologii, dyrektorem Uniwersyteckiego Szpitala w Hamburgu-Eppendorfie, Elbe Klinikum Stade, absolwentem Akademii Medycznej w Krakowie

Wydanie: 32/2014

Kategorie: Opinie

Komentarze

  1. Baśka
    Baśka 1 lipca, 2016, 21:26

    My Polacy nie gęsi i swój rozum mamy.
    Popełniamy błędy i dobrze nam z tym. Na pewno nie jesteśmy tak grzeczni jak Niemcy dlatego i tyle w nas sprzeczności. Dobrze na tym nie wychodzimy, ale….
    Pozostaniemy przy swoich waśniach i dyskusjach bo to nadaje życiu sens.
    I nie będziemy brać przykładu z posłusznych i bezkonfliktowych Panów Niemców.
    No taka nasza przysłowiowa ułańska fantazja.

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy