O „rządzie dusz”

O „rządzie dusz”

Liberum veto

Określenie to zawdzięczamy Mickiewiczowi. W Wielkiej Improwizacji Konrad, z podszeptu Szatana prowokujący Boga, mówi m.in.: „Daj mi rząd dusz (…) Ja chcę władzy, daj mi ją lub wskaż do niej drogę / Ja chcę mieć władzę, jaką Ty posiadasz / Ja chcę duszami władać, jak Ty nimi władasz…”.
Kto dziś w Polsce sprawuje „rząd dusz”, to znaczy ma istotny wpływ na myśli, uczucia, wyobraźnię, postawy i zachowania obywateli III RP? Moim zdaniem (może mylnym), jesteśmy świadkami, a zarazem uczestnikami walki o „rząd dusz”, która toczy się na trzech głównych frontach.
Pierwsza linia starć powiela – mutatis mutandis – sytuację, jaka wytworzyła się na przełomie XVIII i XIX w., gdy wystąpiły dwa zasadnicze,

skrajnie różne obozy:

zwolennicy „cudzoziemszczyzny” oraz „Sarmaci”.
Dziś ta dwubiegunowość przybrała formę sporu między „euroentuzjastami”, szczególnie aktywnymi na łamach „Gazety Wyborczej”, oraz „eurofobami” spod znaku księdza Rydzyka i posła Leppera.
Na prima aprilis „Polityka” piórem Zdzisława Pietrasika zafundowała czytelnikom „wywiad z profesorem Pimkowskim”, stanowiący przezabawną satyrę na ekstremalnych „euroentuzjastów”. Nie należę do ich grona, wszelako jedno nie daje mi spokoju. „Pimkowski” powiada na temat „Pana Tadeusza”: „Sam Tadeuszek to prowincjusz zachwycający się polskim niebem tylko dlatego, że innego nie zna (…). Szkoda, że Andrzej Wajda nie uczynił głównymi bohaterami filmu Telimeny, Hrabiego i Jankiela. To są jedyni Europejczycy w tym całym Soplicowie, które, przykro to mówić, jest zwyczajnym Ciemnogrodem”.
Sęk w tym, że Mickiewicz, emigrant trawiony nostalgią, nie tylko nakreślił przepiękny obraz rodzimej przyrody, której uroki nie zawsze doceniamy, ale też wyniósł na piedestał typowe „sarmackie” cechy jak sybarytyzm, gnuśność intelektualną („w naukach mniej pilni”), kult wojenki i wreszcie swoiste cwaniactwo Sopliców, osobliwie kolidujące z rangą „Chrystusa narodów”, jaką naszej ojczyźnie, a właściwie polskiej szlachcie Wieszcz przypisał.
Kto dziś pamięta, że współemigrantem Mickiewicza tudzież innych Wielkich był Kazimierz Deczyński, którego losy Leon Kruczkowski opisał w „Kordianie i chamie”, drastycznie je modyfikując? Bo wbrew zakończeniu powieści

„cham” Deczyński

wziął udział w powstaniu listopadowym, w rezultacie znalazł się na emigracji i wskutek szykan ze strony nobliwszych rodaków – nie zdołał wydać swoich wspomnień.
Mickiewicz, edukowany syn „kauzyperdy” (tak wówczas nazywano adwokatów…) – należał do grupy z czasem mianowanej inteligencją. To właśnie inteligenci „dobrze urodzeni” mieli przez dwa wieki rządzić duszami Polaków, a potem sprawować władzę, skądinąd reprezentując bardzo różne ideologie walki. Symbolem mogą tu być dwie postacie: Józef Piłsudski i Feliks Dzierżyński. Pierwszy stworzył Legiony, dokonał „cudu nad Wisłą” i zdominował międzywojenne 20-lecie; drugiego – który przyczynił się do obalenia caratu i był jednym z ojców założycieli Kraju Rad – uznać można za patrona PRL-u. Obaj wywodzili się z mniejszości, jaką w Polsce stanowiła szlachta, ciemiężąca większość narodu – chłopów. W Polsce odrodzonej chłopski przywódca, wybitnie inteligentny samouk, Wincenty Witos – znalazł się w więzieniu i był zmuszony do emigracji. Tak to Kordiani rozprawili się z chamem…
I tu przechodzimy do drugiego „frontu”, na jakim toczy się walka między tradycyjnymi, „prawdziwymi” inteligentami oraz ich akolitami a tymi „zza stodoły”.
Oto co na łamach paryskiej „Kultury” pisał wyjątkowo bystry obserwator, Juliusz Mieroszewski:
„Gdyby nie było drugiej wojny światowej i komunistycznych rządów w Polsce – nawet i wówczas inteligencja poszlachecka nie zdołałaby na dłuższą metę utrzymać swej elitarnej pozycji (…). W warunkach swobodnego rozwoju powstałaby nowa inteligencja, która byłaby świadoma swojego własnego, oryginalnego dorobku kulturalnego (…). Gdyby Polska niepodległa żyła i trwała nieprzerwanie od 1918 roku, proces „mutacji elit” odbywałby się stopniowo i ewolucyjnie (…). Komunizm zatrzymał normalną ewolucję społeczną. W rezultacie kadry chłopskiego i robotniczego pochodzenia nie mają możliwości wypracowania własnego profilu kulturalnego” (cytuję za antologią tekstów pt. „Wizja Polski na łamach „Kultury””).
Mieroszewski jakby nie zauważa, że polski „komunizm” przy wszystkich swoich błędach-i-wypaczeniach umożliwił masowy awans intelektualny synów chłopskich i robotniczych, z tym że polscy robotnicy – jak Wałęsa – w ogromnej większości także wywodzą się z chłopów. Dzięki powojennym przemianom zaistniało jedyne w swoim rodzaju zjawisko, jakim jest „nurt chłopski” w naszej literaturze.
Zgadzam się natomiast z opinią, że

„neointeligenci” mają kłopoty

z określeniem własnej tożsamości, do czego walnie przyczynia się postawa poniektórych inteligentów tradycyjnych, na różne sposoby podsycających kompleksy „nowych”. Z rozlicznych na to dowodów przytoczę tytuł, jakim „Gazeta Wyborcza” skwitowała niedawno pomyślny finał negocjacji w sprawie obrotu kapitałów: „Kalinowski show w Brukseli”. No comment.
Trzeci, nie najmniej ważny „front walki” to starcie między „cwaniakami” a „frajerami”, to znaczy ludźmi, których cwaniacy uważają za frajerów. W jakiej mierze cwaniacy różnego kalibru i maści przejęli „rząd dusz” w III Rzeczypospolitej?… Tak czy owak, za ich to sprawą prywata, korupcja i różnorakie przekręty stanowią plagę obecnego życia w Polsce.
Wymienione trzy „fronty”, nakładając się na siebie, tworzą błędne koło z właściwym tej sytuacji poczuciem beznadziei. Z tym też chyba wiąże się sygnalizowana ostatnio wyjątkowo niska samoocena Polaków jako społeczeństwa.
Jakie byłoby wyjście z tego fatalnego kręgu? Chyba tylko zawarty ponad podziałami SOJUSZ FRAJERÓW, to znaczy ludzi uczciwych, wrażliwych i myślących, którym naprawdę zależy na dobru wspólnym i którzy liczą się z realiami, nie zaś błądzą w „krainie ułudy”. Ale marzenie o takim sojuszu to może też ułuda?…

 

Wydanie: 18/2002

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy