Dąb dla Dzięcioła

Dąb dla Dzięcioła

Za datek na dom dziecka Janusz Dzięcioł otrzyma tabliczkę na jednym z dwóch drzew-pomników przyrody. Pierwszy nosi imię Kazimierza Wielkiego

– Początkowo nie zwracałam uwagi na „Big Brother” – przyznaje Violetta Antkowska, dyrektorka Domu Dziecka w Bąkowie koło Grudziądza – zainteresowałam się nim, kiedy pojechałam na urlop. Dziwiłam się Januszowi, że bierze udział w programie. Odbiegał od innych uczestników wiekiem, zainteresowaniami i nic nie zapowiadało, że może zostać zwycięzcą. Jednak w miarę upływu czasu coraz bardziej byłam przekonana, że to on zwycięży. W holu, na tablicy, zaczęliśmy wieszać wycinki prasowe o przebiegu programu „Wielki Brat”. Jedna z koleżanek obserwowała w Internecie notowania uczestników programu i przekazywała nam na bieżąco ich pozycje.
Osobą najbardziej zaangażowaną w przebieg akcji w domu Wielkiego Brata była Anna Bryska-Zawadzka, wychowawczyni z domu dziecka. – Program oglądałam od samego początku – wyjaśnia.
– Kiedy ogłoszono oficjalnie, że zwyciężył Janusz, popłakałyśmy się wszystkie.
Prawdziwy szał ogarnął wszystkich, kiedy Janusz zapytany, co zrobi z pieniędzmi, jeśli wygra program, odpowiedział, iż 20 tys. złotych przekaże na potrzeby Domu Dziecka w Bąkowie.
Dzieci nie miały zgody na oglądanie programu TVN, jednak były na bieżąco informowane o sytuacji w domu Wielkiego Brata przez tych, którzy śledzili program w internatach. Kibicowanie przerodziło się w oczekiwanie, gdy zwycięzca powiedział publicznie, że 20 tysięcy złotych przeznaczy na ich dom dziecka.
Od tej chwili dzieci co chwilę pytają: – Kiedy przyjedzie? Nikt nie jest w stanie odpowiedzieć. Janusz zachowuje milczenie. W domu dziecka narasta nerwowość. I to nie dlatego, że mogłoby się okazać, iż zwycięzca nie dotrzyma obietnicy. Wszystkim, a szczególnie dziewczętom, chodzi o możliwość zobaczenia go z bliska, otrzymania autografu.
Na szczęście dla dzieci, pytanie: „Da, czy nie da?”, nie jest dylematem w rodzaju: „Być albo nie być”.
– Każdy sygnał telefonu wzbudzał we mnie nadzieję, że to już on – mówi Violetta Antkowska. – Ale niestety, Janusz milczał. Zdawałam sobie sprawę, że jest rozrywany przez wszystkich. Miałam nadzieję, że my również doczekamy się jego wizyty. Nie wiem jednak, skąd niektóre gazety mają informację, jakoby Janusz Dzięcioł u nas kiedyś pracował.

Przerwane milczenie
Nareszcie w telefonie odezwał się właściwy głos. To Teresa Dzięcioł chciała rozmawiać z dyrektorką. Obie panie szybko nawiązały kontakt. Żona głównego bohatera TVN zapowiedziała, że Janusz przybędzie do Bąkowa 5 lub 6 lipca br.
W domu zaczęły się przygotowania do spotkania. Dyrektorka miała dwa scenariusze. Jeżeli gość będzie miał mało czasu, to chciałaby, aby zjadł wspólny posiłek z wychowankami i kadrą, wtedy ewentualnie można by z nim porozmawiać. W przypadku, gdyby Janusz przyjechał na dłużej, Antkowska chce zorganizować festyn z udziałem mieszkańców okolicznych miejscowości.
Tak czy owak odbędzie się uroczyste nadanie imienia bohatera „Big Brother” dębowi rosnącemu w parku. Jest tam kilka starych drzew uznanych za pomniki przyrody. Jedno z nich nosi imię Kazimierza Wielkiego, następny otrzyma imię Janusza Dzięcioła. Tabliczka jest już przygotowana.

Przydadzą się
Historia Domu Dziecka w Bąkowie zaczęła się w roku 1946, kiedy ulokowano tam sieroty wojenne oraz byłych powstańców warszawskich. Potem był tu ośrodek rehabilitacyjny dla dzieci, a w 1970 r. powstał dom dziecka.
W domu dziecka mieszka sześćdziesięcioro dzieci. Są sierotami społecznymi. Dzieci nie rozdziela się na grupy według płci czy wieku, lecz wedle przynależności do rodziny. Nie ma tu bowiem sierot pojedynczych. Są rodzeństwa liczące od dwóch do pięciu osób. Rozpiętość wieku od siedmiu do 19 lat. Ci, którzy uczą się w szkołach średnich, mieszkają przez cały tydzień w internatach, a do domu dziecka przyjeżdżają na weekend.
Dzieci mają do dyspozycji pokoje czteroosobowe. Każda “rodzina” ma też pokój dziennego pobytu wyposażony w radio, telewizor oraz komputer. W przydzielonych im pomieszczeniach gospodarczych mogą wyprać swoją odzież w automatycznej pralce.
Nad wszystkim czuwa 26-osobowy zespół wychowawców i pracowników administracyjnych z Violettą Antkowską na czele.
– Budżet domu dziecka jest niewielki – przyznaje dyrektor Antkowska. – Razem z moim zespołem musimy nieźle się “nagimnastykować”, aby zaspokoić potrzeby dzieci. Jednak nie narzekamy. Dzięki życzliwości starosty, który jest organem zarządzającym domem dziecka, a także wójtowi gminy Warlubie, dajemy sobie radę z pokonaniem trudności. Niemałą pomoc otrzymujemy od sponsorów, wśród których są Pomorska Fabryka Mebli oraz firmy Frantschach i Frantschach IPP ze Świecia nad Wisłą.
– Pieniądze otrzymane od pana Janusza chciałabym przeznaczyć na stworzenie tzw. chronionego mieszkania – marzy dyr. Antkowska. – Ci, którzy ukończą 18 lat i są zdolni do samodzielnego życia, mogliby w nim, pod naszą kontrolą, uczyć się, jak samodzielnie wydawać pieniądze i nabierać doświadczenia w prowadzeniu już własnego domu. Jeżeli to się nie uda, zmodernizujemy plac zabaw, wymienimy kołdry, poduszki itp. Wszystko, oczywiście, będzie wymagało uzgodnień ze starostą.

To była tylko pomoc
Dlaczego Dom Dziecka w Bąkowie? Gdzie właściwie pracował nasz bohater? Wbrew doniesieniom niektórych mediów, nie był pracownikiem placówki w Bąkowie. Pracował w sąsiednim Rulewie, gdzie do 1992 roku funkcjonowało Państwowe Gospodarstwo Rolne.
– Dzięcioła pamiętam dokładnie, choć wydaje mi się, że on zwolnił się wcześniej, niż nastąpiła likwidacja PGR-u – mówi Waldemar Osiecki, emeryt z Rulewa. – Ja pracowałem do roku 1992. Janusz był człowiekiem bardzo koleżeńskim i sympatycznym. Nawet jak awansował na kierownika jednego z zakładów, nie zmienił swojego stosunku do ludzi. Nasz PGR był bogatą firmą. Dobrze zarządzany, miał dobre wyniki. Razem z jednostką wojskową opiekowaliśmy się Domem Dziecka w Bąkowie. Dostawali od nas zarówno wsparcie finansowe, jak i rzeczowe. Sądzę, że Janusz ma z tego okresu sentyment do tej placówki.

 

Wydanie: 27/2001

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy